Feliks Koneczny - "Dzieje administracji w Polsce w zarysie"

Z obfitych wzmianek w całej literaturze, wszędzie i gdziekolwiek, wiemy doskonale, co złego było w polskiem sądownictwie; osobne dzieła i dziełka poświęcone są ciemnym jego stronom. Dla sprawiedliwości wiedzmyż też, co w niem było dobrego!

Z trzech naczelnych zasad polskiego sądownictwa dwie były dobre bezwzględnie, a jedna względnie. Pierwszą z nich niezależność sądownictwa od rządu, niezawisłość stanu sędziowskiego. Od roku 1578 niezależność ta jest pełną. Niezależność od króla sięga dalej, niż za naszych czasów. Nietylko niema od owej daty apelacji do króla, ale król nie posiada nawet prawa łaski; ułaskawić mógł tylko sejm, a za każdym razem trzeba było uchwalać do tego osobną "konstytucję".

Drugą kardynalną zasadą naszych sądów była jawność. Dlatego-to wady jego były też głośne, uderzające, z dala dla każdego widoczne, boć były jawnemi; wszystko działo się publicznie. Gdzieindziej za granicą znalazłoby się nieraz niejedno podobieństwo w wadach, ale trzeba tego szukać, bo było to tajnem, toteż wiedzą o tem i obecnie tylko badacze dziejów sądownictwa, podczas gdy u nas każde pacholę polskie potrafi dysputować o ujemnych stronach trybunału lubelskiego i t. p., jak to bywało "prawem i lewem". Ale rzadko kto wie, że jawność procedury sądowej polskiej, to wielka zdobycz i prawdziwa zasługa kulturalna; jawność ta znaną była przed rewolucją francuską tylko Anglji i Polsce.

Trzecią zasadą była wyborczość, a to już tylko wględnie jest dobrze. Trudno - jacy wyborcy, tacy wybrańcy! Gdzie większość wyborców składa się z ludzi porządnych, tam z urny wyjdzie osoba szanowna; gdzie wyższe wykształcenie nadaje ton wyborczemu zebraniu, tam nieuka nie wybiorą. Zdarzają się atoli podobno (ja wolę temu nie wierzyć!.) istne osady złodziejskie, których ludność rozjeżdża się na występy gościnne po bliższej i dalszej okolicy. Otóż gdyby w takiej osadzie były wybory na sędziego, wybranoby zapewne jakiego sędziwego przestępcę, niezdatnego już do zawodowej "pracy", żeby na stanowisku sędziego sam miał... emeryturę i żeby całej osadzie był pożytecznym. Czyż nie tak?

Współczesnym przyznać trzeba, że sami poznali się na niedostatkach sądownictwa. Ale współcześni nigdy nie wiedzą wszystkiego; dopiero zebrane doświadczenie i dalszy rozwój studjów zawodowych pozwala potomnym ogarnąć całość przedmiotu. Zacznijmy od tego, o czem współcześni nie wiedzieli, z czego nie zdawali sobie sprawy.

Dotkliwym brakiem ówczesnego sądownictwa (nietylko polskiego) był zupełny brak prokuratorji. Żadna instytucja państwowa nie występowała ze skargą przeciw zbrodniarzowi; musiał być oskarżyciel prywatny, a gdzie takiego nie było, tam nie było procesu. Oskarżyciel zwał się delatorem, co dosłownie oznacza donosiciela. Musiał więc oskarżyciel mieć się bardzo na baczności, żeby mieć zebrane wszystkie dowody i nie narazić się na zarzut oszczerstwa, że jest k u l u m n i a t o r e m, bo na takiego prawo przewidywało karę równą karze za przestępstwo, o które donosiciel sam oskarżał tamtego. Co więcej, oskarżyciel musiał obwinionego sam dostawić do sądu. A zanim nadeszła kadencja sądowa, któż miał zbrodniarza pilnować? Nam dzisiaj wydaje się to czemś nieprawdopodobnem, że nie było aresztu śledczego i że państwo samo nie ścigało zbrodni przez powołane do tego urzędy (prokuratorje), że same urzędy nie czyniły dochodzeń, ażeby sprawcę wykryć. Aleć i w Anglji było do ostatnich niemal czasów nie lepiej; tam tworzyły się osobne stowarzyszenia prywatne do tropienia zbrodniarzy. Straż bezpieczeństwa, policja bezpieczeństwa, istniała tylko przy urzędzie marszałkowskim w Warszawie, jako przy rezydencji królewskiej.

Drugą ujemną stronę ówczesnego wymiaru sprawiedliwości stanowił dziwny brak więzień, tak, iż zdarzało się, że więźnia literalnie nie było gdzie pomieścić. Nie było tez zgoła żadnej stałej administracji więziennej. Główne więzienie znajdowało się w podziemiach twierdzy w Kamieńcu Podolskim, obliczone na 200 osób, dokąd odwożono z całej Polski cięższych przestępców.

Ponieważ nie było aresztu śledczego, nie mógł nikt być więziony przed wyrokiem, chyba, że przyłapany na gorącym uczynku. Odpowiadało się tedy wobec sądu "z wolnej stopy". Do "odsiedzenia" kary skazany sam się zgłaszał. A kara była ciężka, bo więzienia ówczesne były naprawdę ciężkie; nikt nie dbał o wygody skazańca, lecz przeciwnie trzymano się jakby zasady, że więzienie powinno dawać się więźniowi we znaki, żeby czuł, że jest karany.

Więzienie nazywano "wieżą", bo mieściło się zazwyczaj w baszcie grodu, czyli w wieży zamkowej. Dawne grody do niczego nie były już potrzebne; zaniedbane, często walące się, tem mniej wykazywały porządku w części przeznaczonej na więzienie. Odsiadywanie wieży na górze, na piętrach, wystawionych na działanie powietrza i słońca, przeznaczone były dla wypadków "nie hańbiących", za przewinienia, przez które nie traciło się czci obywatelskiej. Drugą kategorję stanowiły wypadki, w których traciło się cześć na czas od zapadnięcia wyroku aż do odcierpienia kary; wreszcie "wypadki gardłowe" odejmowały cześć na zawsze.

Już w drugiej kategorji więzienie było ciężkie, a zwało się "wieżą in fundo", t. j. więzieniem podziemnem, koło fundamentów, w gruncie. Kara ta mogła trwać najdłużej rok i sześć niedziel, a w takim razie równała się niemal wyrokowi śmierci. Nam dziś wyda się to barbarzyństwem, ale wówczas nikt nie skarżył się na to i nie wołał o reformę. Wieża in fundo spotykała zazwyczaj szlachtę, bo mieszczanie mieli swoje więzienia po miastach, a lud wiejski nader rzadko dostawał się pod sądy poza władzą patrymonialną właściciela wsi, czyli dziedzica.

Więzienie "in fundo" mieściło się w głębokości sześciu łokci pod "wieżą" i nie miało ani komina choćby, a światło i powietrze mogły dochodzić tylko przez jedyny otwór, otwór w górze, w pułapie, ten otwór, przez który więźnia pod ziemię na linie, spuszczono. Ilu zdołało wyjść cało z całorocznego pobytu w podziemnej norze, pozbawionej ogrzewania, przewietrzania i dostępu światła dziennego? wszakżeż to była ciemnica! A taką "wieżę in fundo" trzeba było odsiadywać bez towarzystwa, w samotności, co powiększa wielce dotkliwość kary. Wcale więc nie jest prawdą, jakoby szlachta nie była narażoną na więzienie ciężkie, jakoby przewinienia jej traktowane były lekko.

Więzień sam się zgłaszał do "fundum", bo od tego zawisła cała jego dalsza przyszłość. Odbywszy karę, odzyskiwał bowiem cześć obywatelską; ale jeżeli dobrowolnie nie poddał się wyrokowi, sąd ogłaszał go wyjętym z pod prawa. Znaczyło to, że żaden sąd nie przyjmie skargi od niego, żaden sąd nie będzie mu wymierzał sprawiedliwości, gdyby jemu kto wyrządził krzywdę. Znaczyło to w praktyce, że każdemu wolno go bezkarnie choćby zabić. I rzeczywiście tak było. Wyjęty z pod prawa nie był pewny godziny, dnia ni nocy; zemsta prywatna mogła się nad nim nasycać, każdy mógł targnąć się na jego mienie i życie, każdy mógł mu wyrządzać bezkarnie szkody w gospodarstwie i t. d. Jedynym ratunkiem dla takiego człowieka było ucieczka za granicę, toteż możny skazaniec pozwalał sobie czasem na to, ale w takim razie nie mógł już wracać do kraju, musiał wyrzec się majętności i związków rodzinnych. Wyjęcie z pod prawa było tedy pośrednio skazaniem na wygnanie i dlatego zwało się też osądzeniem na banicję. Bywały zaś wyroki skazujące na wygnanie, a wyjmujące z pod prawa takiego, któryby kraju nie chciał opuścić; to samo, lecz z drugiej strony niejako.

Troska współczesnych o wysoki poziom sądownictwa była skazaną na bezowocność dla braku teoretycznego wykształcenia prawniczego; skutkiem tego nie wiedzieli, w czem przyczyna i w czem rada. Mniemali, że wszystko zależy do stosownego doboru osób i temu zagadnieniu poświęcali całą uwagę... Od tego zależy wiele, bardzo wiele, lecz nie wszystko! a są takie sprawy, na które najlepszy choćby dobór osób nie poradzi, jeżeli błąd tkwi w okolicznościach od tych osób niezależnych, w wadliwem urządzeniu rzeczy. O tem nie wiedziano, bo tylko zawodowy sędzia potrafi się w tem orjentować.

Ażeby pozyskać jak najlepsze jednostki na sędziów, obostrzano np. coraz bardziej warunki wyboru na deputata trybunalskiego. W r. 1611 obstaje konstytucja sejmowa na nowo przy tem, że dopiero po czterech latach można być wybranym powtórnie. Sejm z r. 1616 dodał, że ani nawet w innem województwie, ani nawet jednomyślnym wyborem! Zastrzeżono też, że nie można być równocześnie posłem sejmowym i deputatem trybunalskim; również, że nie wolno wybierać nikogo takiego, kto sam w danej kadencji ma sprawę w trybunale. Wszystkie te obostrzenia nie wstrzymały jednak upadku trybunałów, które upadły dlatego, że upadło wszystko, bo wszystko chore było na ubóstwo i ciemnotę; bogatszy a sprytny kierował tedy wszystkiem, nawet trybunałami.

W trybunale decyzje zapadały większością głosów, a głosowanie (zawsze jawne) zarządzał i głosy zbierał marszałek, pochodzący z wyboru z pomiędzy deputatów.

Na ujemnych stronach jednorocznej funkcji deputata spostrzegło się duchowieństwo i od r. 1670 kapituły wybierały swych deputatów na dwa lata. Ci sądzili, gdy jedna ze stron była stanu duchownego; natenczas deputaci do takiej sprawy byli po połowie świeccy i duchowni; w razie równości głosów odsyłano sprawę do sądu królewskiego. (lecz w razie wydania wyroku większością głosów apelacji żadnej nie było; przy równości wyrok nie zapadał wcale).

Wybitni pisarze XVII w., jak Wespazyan Kochowski, Szymon Starowolski, wyrażali się o trybunale bardzo ostro. Narzekano między innemi na powolny tok sądownictwa najwyższego. Starowolski proponował, żeby ustanowić po dwa trybunały w Koronie i na Litwie. Krzysztof Opaliński w "Satyrach" swych piętnuje brak wykształcenia prawniczego u deputatów; sędziami stają się osoby nie znające całkiem prawa, dla których trybunał jest dopiero szkołą prawniczą! Szlachta na niesfornych sejmikach wybiera na deputatów krewniaków osób wpływowszych, ażeby nawzajem mieć w razie potrzeby ich protekcję. Zaczynają się skargi nawet na przekupstwo sędziów trybunalskich; tem większe zaś skargi na forytowanie osób możnych, wobec których chudopachołek sprawiedliwości otrzymać nie może.

W roku 1645 sejmik wołyński zdobył się na wytknięcie trybunałowi wad: że nie znając prawa sądzi według widzimisię, i w podobnych sprawach różne wydaje wyroki, różne nakłada kary, bo nie posiada norm ustalonych. Podczas bezkrólewia po śmierci Michała Wiśniowieckiego (1673-74) spotkał się trybunał z zarzutem, że się wcale nie stosuje do "ordynacji", wyroki wydaje według przynależności strony partyjnej, i że "więcej się bankietami, niż sądami zabawiają". W roku 1671 szlachta województwa kijowskiego wsunęła sprawę poprawy trybunału w instrukcję poselską. W r. 1676 pojawia się głos wojewody czernihowskiego Stanisława Bienieckiego. "Bóg widzi, że prawdę mówię, iż trybunał koronny tak na dół poszedł, że się nam prawie obrócił w truciznę". Sejmik dobrzyński wyrzeka, że kto ma znajomości, może broić śmiało, bo dostaną mu się ledwie grzywny, gdzie należałby się kryminał, a nawet banicja.

Sądownictwo, nie wyjmując najwyższych trybunałów, stało się narzędziem intryg zwalczających się wzajemnie oligarchów, z których każdy gromadził za swe dostatki około siebie istne obozy popleczników, gotowych choćby do wojen domowych. Ci magnaci dążyli do tego, żeby mieć w swym ręku i wymiar sprawiedliwości. Na sejmikach deputackich nie o to chodziło, kto najgodniejszy zaufania, lub kto najlepszym znawcą prawa, lecz o to, kto którego domu możnowładczego jest sługą. Zbrojne drużyny magnatów rozstrzygały o wyborze deputatów trybunalskich, a na kadencjach sejmowych zdarzało się, że powód i pozwany przyjeżdżali z orężnymi hufcami, jeżeli sprawa wchodziła w interesy którego z magnatów; a cóż dopiero, jeżeli była sprawa sądowa bezpośrednio między dwoma możnowładcami! Z jednej tedy strony straszono sędziów zbrojną przemocą, a z drugiej kaptowano ich nieustannemi ucztami. Czasy nastały pijackie, i kadencje trybunalskie stawały się nieustannym pijackim festynem. Sprawiał ucztę marszałek, drugą wyprawiał powód, a pozwany trzecią. Taki potentat, jak Karol Radziwiłł, osławiony "Panie Kochanku", zjeżdżał z wojskiem nadwornem swojem na kadencje trybunalskie do Wilna i Mińska i rozkazywał, jaki ma być wydany wyrok w sprawach, któremi się interesował. W r. 1763 otaczał salę sądowa swymi żołnierzami, ustawiał ich na progu sali, a na podwórzu zataczał armaty.

Wiadomo, jak w owym okresie sejm po sejmie bywał zrywany; ale w roku 1749 zdarzyło się, że zerwanym został nawet trybunał w Piotrkowie, przez zastosowanie "liberum veto" przy wyborze marszałka. Był to szczyt obłędu; nie powtórzyło się to już po raz drugi.

Dużo, bardzo dużo pisano o przekupstwie. Niesposób przypuścić, żeby to miało być stała przywarą większości deputatów; jakżeż wytłumaczyć, że wołające o poprawę sejmiki wybierały same wciąż ludzi przekupnych? Przekupstwo było, niestety; a choćby go było najmniej, zawsze za dużo! Ale czy nie tłumaczono przekupstwem wyroków mylnych, a które mylnemi bywały dla innych przyczyn? Czyż nieuctwo nie musiało być źródłem opacznych wyroków; czyż przy nieuctwie możliwym jest należyty wymiar sprawiedliwości w sprawach choćby cokolwiek zawilszych? Wystarczy, co czytamy w broszurze wojewody ruskiego Jabłonowskiego: "Skrupuł bez skrupułu", żeby sobie wiele rzeczy wyjaśnić i bez przekupstw: "Kto ma za skrupuł przyjąć deputactwo, nie umiejąc prawa i nawet marszałkiem trybunału zostać, nigdy ni nauki ni praktyki nie miawszy prawa, a nawet ni procesu, jak iść powinien?"

Przy nieuctwie ulega się łatwiej wpływom ubocznym, nawet bez złego zamiaru. Zło stanie się wpierw, nim nieuk się spostrzeże, ile złego narobił. Nie dziwójmyż się, że za Augusta III Sasa (1735-1763) trybunał pozostawał - jak czytamy w pamiętnikach ks. Kitowicza - pod zupełnym wpływem partyj politycznych, które i w sądownictwie znalazły pole do wzajemnego zwalczania się; boć są to czasy największej w Polsce ciemnoty. Wtedy-to, w r. 1749 zaszedł wypadek zerwania trybunału, bo nieuctwo uważało, że liberum veto może być stosowane i w sądownictwie. Jedyny ten wypadek zaszedł na kadencji piotrkowskiej; nie naśladowano go nigdzie i nigdy się nie powtórzył, bo przejął zgrozą opinię publiczną całego kraju. Nawet ciemne umysły rozpitej szlachty, która "za króla Sasa jadła, piła, popuszczała pasa", a od książki stroniła bardziej, niż od zarazy - drgnęły ze zgrozy i nastąpiło otrzeźwienie, postanowienie poprawy. Ale za Augusta III jeden tylko sejm doszedł, więc kto miął reformę przeprowadzić, zwłaszcza, gdy król sobie jej nie życzył? Można było tylko wydawać broszury z projektami reform.

Najgłębiej sięgnął w sądownictwo polskie król Stanisław Leszczyński w słynnym swym "Głosie Wolnym Wolność ubezpieczającym", bo domaga się zniesienia przepisu, że nie wolno być deputatem rok po roku, aż do czwartego przynajmniej roku. On przeciwnie, chciałby, żeby się wyrobili prawnicy zawodowi, stale zajmujący stanowiska deputackie i radzi wyznaczyć im stałe pensje. "W inszych krajach ludzie całe życie trawią na jurisprudencji!" - woła Leszczyński. Projekt Leszczyńskiego mieścił w sobie, w zawiązku niejako, utworzenie osobnego stanu sędziowskiego, złożonego z zawodowych prawników, pozostających na służbie państwa i za to przez państwo opłacanych. Słusznie podnosił, że w razie ustanowienia stałych, dożywotnich deputatów, znalazłaby się młodzież, któraby się za wczasu do tego stanu naukowo przygotowywała.

Przestrzeganie, żeby nikt nie był sędzią w trybunale rok po roku, wydawało ujemne następstwa również przy sądownictwie ziemskiem i wpływało na ruchomość ziemskiego także sądownictwa. Polska znalazła się wobec zupełnego niemal braku stałych urzędów sędziowskich. A sądy nasze składały się z samych nieprawnikówi Dobrze jest dopuszczać nieprawników do udziału w sądownictwie (np. sędziowie pokoju, przysięgli, ławnicy obywatelscy i t. p.), aleć przynajmniej jeden między sędziami musi być prawnik, choćby dlatego, żeby tamci nie tracili bez potrzeby dziesięć razy więcej czasu, niż trzeba, żeby wyrok ich nie zawierał w sobie powodów do nowych procesów, żeby nie dawali się wywodzić w pole sprytniejszemu i t. d. Jeżeli sędziowie nie są prawnikami, potrzebują prawnika, żeby był ich przewodnikiem po nieznanych im drogach i ścieżkach.

W Polsce XVII i XVIII wieku jedynym stanem prawników zawodowych był zawód obrońców, adwokacki. Rzecz prosta, że sądom złożonym z nieprawników trudniej oprzeć się wymowie adwokackiej, a przez to stan obrończy nabiera w sądownictwie nadmiernego wpływu, co oddziaływa wielce niezdrowo na sadownictwo całe. Ale i ci obrońcy, "mecenasi" owych czasów, nie posiadali wykształcenia prawniczego teoretycznego, naukowego. Pracy naukowej nie było nic a nic! Obrońcy posiadali tylko praktyczne wykształcenie, dochodząc do swego stanowiska drogą taką samą, jak szewc lub krawiec do stanowiska majstra. Szedł młodzieniec do kancelarji mecenasa na pisarczyka, "aplikował się" i w miarę zdatności podpatrywał, jak się robi robotę adwokacką. Gdy zwierzchnik dopatrzył się w nim zdolności, przyjmował go potem w "dependencję", a z latami, nabrawszy doświadczenia i nawiązawszy odpowiednie stosunki, wyrabiał się nowy mecenas - nieraz istotnie tęgi znawca prawa, ale tylko od tego, żeby umieć niem obracać, ale wcale nie od tego, żeby zdołać prawo rozwijać, kształcić, podnosić poziom prawniczy w społeczeństwie. Bywali mecenasi poważni i jak najuczciwsi; ale nie było ani jednego, któryby wiedział, jak sądownictwo reformować.

Znaczniejsza "korektura" trybunału była w zasadzie postanowioną już w roku 1678, ale sporo minęło czasu nim sprawę wykończono należycie. Pracowała nad tem komisja sejmowa niejedna. W roku 1693 upominają się o to sejmiki. Dziwnie jednak długo sprawa się na nowo zaczęła przewlekać. Wreszcie sejm roku 1722 energicznie zabrał się do rzeczy. Wybrano wtedy komisję sejmową złożoną z 23 członków, 10 dostojników małopolskich i 13 wielkopolskich pod przewodem biskupa płockiego Andrzeja Załuskiego i wojewody lubelskiego Jana Tarły. Dzięki ich pracy doszła wreszcie do skutku w roku 1726 "korrektura". Obejmuje aż 107 artykułów, bo też omawia wszystkie szczegóły całej "ordynacji trybunału koronnego". Przedewszystkiem normuje oczywiście to, czego okazał się brak w ordynacji pierwotnej, a co dopiero praktyka na jaw wyprowadziła, pouczając o niedostatkach i niedopatrzeniach, których się z razu nie przewidywało, ani przewidzieć wogóle nie mogło. Ale to są rzeczy dla niniejszego dziełka nazbyt szczegółowe.

Wielkie Księstwo litewskie wspólnemi z Koroną krocząc szlakami, cieszyło się z tych samych dodatnich i cierpiało na te same ujemne strony sądownictwa. Samo prawo sądowe inne jednak było na Litwie ("statuty litewskie") ale tem się tu nie zajmujemy, gdyż prawo sądowe do kwestyj administracyjnych nie należy, a tylko urządzenie sądów, sądownictwo, czyli administracja sądowa.

Językiem urzędowym był wciąż ruski (białoruski). Nigdy żadnemu Letuwinowi nie przeszło przez myśl, żeby język letuwski wprowadzić do urzędu i sądu! Od roku 1696 spisywano samą właściwą treść aktów sądowych w języku polskim, bo strony od dawien już nie znały języka ruskiego; ale formuły ściśle urzędowe, początek i koniec aktu, stwierdzenia urzędowe i t. p. były wypisywane nadal po rusku. Prócz pisarza sądowego nikt tego już czytać nie umiał.

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści