Feliks Koneczny - "Dzieje administracji w Polsce w zarysie"

Przez cały wiek XVI dobrze działo się miastom w Polsce, na co posiadamy dowodów niemało. Wszelkie ograniczania mieszczan co do nabywania dóbr ziemskich pozostały "na papierze", niewykonywane i niewykonalne! W roku 1602 twierdził podkomorzy krakowski, Stanisław Cikowski, że mieszczaństwo tak dalece wykupiło już szlachtę z dóbr ziemskich, iż "w proszowskim, krakowskim, wiślickim powiecie ledwo ze dwadzieścia szlachciców w wioskach ich znajdziesz". Tak było tedy na zachodzie; czem dalej ku wschodowi, tem mniej było bogactw, a w pobliżu wschodniej granicy państwa nawet dobrobytu niewiele po miastach, których większa ilość powstawała tam dopiero w wieku XVII, a zatem już w czasach upadku miast.

Wiek XVII był dla miast wiekiem klęski; stopniowo lecz nieustannie i niewzruszenie staczały się w dół. Ubożeć musiały w ciągu wieku XVII, gdy wojny toczyły się bez końca; aleć w wieku XVIII nie prowadziła Polska żadnej wojny aż do roku 1792, a jednak aż poza połowę tego stolecia trwa okres upadku miast. Były tego pewne przyczyny administracyjnej natury; zanim jednak je wyłuszczymy, stwierdźmy wpierw te przyczyny, które mieszczaństwo mogło było samo sobie usunąć, które tedy istniały z własnej jego winy.

Najlepszym kamieniem probierczym stanu szerokich mas społeczeństwa jest stan małych mieścin. Niegdyś, aż do początków wieku XVII, małe miasta miewały sporo własnej młodzieży w uniwersytecie, i dostarczały krajowi intelligencji niemniej od stolic, niemniej od szlachty nawet. Słynął np. taki Oświęcim z nad górnej Wisły, który w historji piśmiennictwa polskiego ma kartę gęsto zapisaną. A pod koniec XVII wieku burmistrz Oświęcimia podpisuje się "znakiem Krzyża św."! Ciemnota zaległa sklepy i warstaty. Szlachcic nieuk i mieszczuch nieuk do spółki doprawdy sprowadzali upadek państwa! A nietylko nie posiadali jakiegoś wykształcenia ogólnego, choćby minimalnego, ale nieukami byli w zakresie swych zawodów zarobkowych. Statuty cechowe przepisywały szczegółowo, jak ma być wykonana "sztuka", którą ma przedstawić czeladnik, pragnący zostać majstrem. Np. statut cechu rusznikarzy w Wadowicach (na południe Krakowa) z roku 1649 opisuje z drobnemi szczegółami, jak ma być zrobiona rusznica. Ależ w sto lat potem rusznica taka była wprost śmieszna, a jednak czeladnik musiał się tych przepisów trzymać. Toteż niebawem, kto chciał mieć porządny pistolet (a nawet choćby szablę), sprowadzić musiał z zagranicy. I tak było we wszystkich cechach. Nie chodziło o to, żeby coś wymyśleć, lecz żądano naśladownictwa i kopijowania rzeczy, które od wieka i dłużej kopijowane już były. Nie było rywalizacji pomysłów i nie było popędu do twórczości bez której niema co mówić o rozkwicie rzemiosł. Toteż ginęły od końca XVII wieku te rzemiosła, które wymagają więcej przedsiębiorczości, które są bardziej przemysłowe, a pozostały te, które najmniej wymagają pilności i zdolności, które najgorszy nawet towar zawsze sprzedać mogą. Np. w Kętach na zachodniem Podkarpaciu były pod koniec wieku XVI następujące rzemiosła cechowe: piekarze, rzeźnicy, sukiennicy, tkacze, krawcy, szewcy, kuśnierze, kowale, rusznikarze, ślusarze, kołodzieje, kotlarze, powroźnicy, stolarze. W roku 1720 zostali z tego tylko szewcy, krawcy, piekarze i rzeźnicy, tudzież sukiennicy i tkacze. Pozostały te rzemiosła, które mają odbyt zapewniony bez względu na jakość towaru, gdy niema konkurencji (a konkurencji cechy nie dopuszczały i miały na to sposoby), bo dostarczają towaru, bez którego bez względu na jakość obejść się nie można; ale upadły te, którym trzeba do zbytu towaru i wyrobu należytego i znaczniejszego dobrobytu okolicznej ludności. Sukiennicy, tkacze i krawcy w Kętach robili na eksport (aż do Kujaw na jarmarki). Krawcy szyli kopami odzież wieśniaczą i poślednią mieszczańską i rozwozili po jarmarkach tę "tandetę". Tym wyrazem nazywali sami majstrowie swe wyroby i tego wyrazu użyto w przywileju króla Jana III dla cechu krawieckiego. Trzymały się cechy bezmyślną rutyną. A statuty cechowe protegowały z całych sił synów, zięciów majstrów i tę czeladź, która z wdowami się żeniła po majstrach. Po pewnym czasie grona majstrów składały się z majstrów dziedzicznych, których właśni ojcowie (teściowie) wyzwalali i z majstrów przyżenionych. Ci rozparli się w mieście i partaczyli, pewni swego, bo kto nie chciał wejść do ich koteryj, temu nie dawali prawa miejskiego.

Mało się uczyli, niewiele pracowali, ale zato pili, bodaj czy jeszcze nie bardziej, od szlachty. Połowa przynajmniej każdego statutu cechowego z owych czasów poświęcona jest obowiązkowym piwnym biesiadom.

Zamieniali się też rzemieślnicy coraz bardziej na rolników, osiadłych w mieście. W Wadowicach np. otrzymali sukiennicy folusz (młyn do wałkowania sukna) od króla Stefana około roku 1580; na tem samem miejscu stał w r. 1752 nie folusz, ale zwykły młyn do mielenia zboża.

Tacy mieszczanie, nieucy i pijanice, sprawowali samorząd miejski. Łatwo pojąć, co się działo z funduszami miejskiemi, jak wszelkie urzędy przywiązane były do pewnych rodów! Doszło wreszcie do tego, że sobie nie umieli dawać rady z księgami miejskiemi; nie umieli zrobić rachunków; nie mogli urządzić posiedzenia sądowego w zakresie swego własnego sądownictwa miejskiego - musieli sobie najmować do tego... uboższą szlachtę okoliczną, wśród której łatwiej zawsze było o kogoś, kto jako tako do szkół uczęszczał. Wójtami, burmistrzami, pisarzami miast mniejszych bywają w XVIII wieku szlachcice.

Nad tym tłumem ciemnym, nietrzeźwym, a coraz bardziej ubożejącym nietrudno było panować. Jak szlachtą powiatową rządzi wojewoda, podobnież mieszczaństwem rządzi starosta - jednako nie bardzo troszcząc się o to, co wolno, a czego nie wolno. Działy się nadużycia w miastach "królewskich", które stały na gruntach własnych, i podlegały ekonomicznie tylko skarbowi państwowemu, a cóż dopiero w miastach prywatnych, czyli "dziedzicznych", zbudowanych na gruntach prywatnych, szlacheckich i obowiązanych do czynszu dziedzicom założyciela. Nawet te miasta, które założone były na gruntach kościelnych, ciężko nieraz wyrzekały.

Trwała ciągle "magdeburgia", t. j. administracja samorządna, ale jakżeż to wyglądało w praktyce? Około połowy XVIII wieku skarży się mieszczanin z Koprzywnicy, miasta należącego do Cystersów, że wójt i burmistrze są niby obierani przez "pospólstwo", ale "panowie nasi stanowią tu absolutnie, kogo chcą, nie kogo pospólstwo żąda. Ale niebezpiecznie sprzeciwiać się panom, bo w ich ręku nasze życie i majątek. Boli nas wprawdzie ta niedola, ale jesteśmy w dziedzicznem mieście i niby zacnymi niewolnikami". Przy pobieraniu czynszów za grunta mógł się dziedzic takiemu miastu dawać we znaki, lub też folgować ulgi, jak chciał; mógł nagradzać posłusznych, a karać nieposłusznych sobie mieszczan.

W miastach królewskich zaczęło się zło od rozporządzenia pochodzącego z najlepszej woli, gdy w r. 1565 powierzono starostom dozór nad rachunkami z dochodów miejskich. Taka kontrola państwowa jest w zasadzie i dobra i potrzebna (istnieje też dzisiaj), chodzi tylko o sposób jej wykonywania. Wystarczało, żeby kontrola spadała niespodzianie, jak najsurowsza, ale po pociągnięciu winnych do odpowiedzialności powinny mieć urzędy miejskie zupełną swobodę; kontrola winna być epizodem, a ciągłość jej polegać na tem, że może spaść każdej chwili. Otóż chcąc kontrolę uczynić tem skuteczniejszą, zrobiono ją stałą; nie przewidziano, że równa się to skasowaniu samorządu, bo w takim razie kontroler będzie panem miasta. Gdy konstytucje z lat 1567, 1620 i 1633 powierzały starostom dozór nad murami, wałami miejskiemi i amunicją, starostowie zrobili sobie z tego zawiadywanie wszystkiem, co dotyczyło obronności miasta i zaczęli się wnet mieszać do zarządu miejskiego. Od roku 1567 do 1620 było aż nazbyt dość czasu, by spostrzedz ujemne strony tego postępowania; ale wzrastająca ciemnota po mniejszych miastach sprawiała, iż rzeczywiście coraz trudniej było pozostawić ciemnym mieszczanom tę kwestję obronności, dla państwa najdonioślejszą. Konstytucje sejmów z lat 1611 i 1633 starały się uchronić miasta królewskie od nadużyć; zakazano nawet szlachcie sprawować urzędy miejskie, w mniemaniu, że taki szlachcic może być narzędziem starosty - ale przepis stał się niewykonalnym, skoro po miastach coraz mniej było osób, któreby zdatne były do prowadzenia ksiąg urzędowych.

Zresztą rzadko kiedy miasto takie miało do czynienia z samym starostą bezpośrednio. Starostą był jakiś daleki z drugiego końca Polski wojewoda i t. p., który ani razu nie nawiedził powierzonego sobie grodu, a tylko wyręczał się swym podstarościm, szlachcicem z okolicy. Ten dyktował, kogo wybierać na urzędy miejskie, i wytworzyła się "klika" rabusiów miejskiego mienia. Poprzywłaszczali sobie dochody z propinacji, albo oddali ją takiemu, który z nimi się dzielił, lub który z góry dobrze się im opłacił - najchętniej Żydowi. Pozajmowali grunty miejskie, po to, żeby osadzić je Żydami, z których łupili skórę, ale "żydostwo im się chętnie z majątku swego wyzuwać dopuszcza, byle mu oszukaństwem chrześcijan wolno zostało odzyskiwać dobrowolne utraty".

Jeden z publicystów współczesnych pisał o tem niedługo potem (Mędrzecki w roku 1790) w te słowa: "Któż nie widzi, że dzierżawca dóbr królewskich, mający moc niedopuszczania do urzędów miejskich ludzi przywiązanych do miasta, będzie wystawiał zawsze na czoło rządu takie osoby, które jego przywłaszczeniom pobłażać i wraz z nim z cudzego korzystać będą umiały. Żadnego więc pożytku kraj nie odniósł z powierzonego w dobrej wierze starostom dozoru miast i ich pożytków, szkody zaś z ich bezprawnego i gwałtownie przywłaszczonego rządu wynikłe, upadkiem miast i nędzą spodlonych mieszczan jawne, bez odsunięcia tej władzy nagrodzonemi zostać nie będą mogły".

Na krytykę i opozycję było mieszczaństwo drobnych miast zbyt ciemne; nie umieli sobie sami dawać rady. Czekali, aż się nimi zajęła inteligencja, wychowywana po roku 1740 w zreformowanych szkołach. Zanim nowe pokolenie to doszło do wpływów, minąć musiało lat 30; tymczasem nadszedł pierwszy rozbiór.

Stan miast gorszym był od położenia ludu wiejskiego, bo choć lud ten popadł w poddaństwo i zupełną osobistą zawisłość od dziedzica, jednakowoż ten sam dziedzic we własnym interesie musiał dbać o zdrowie i jakie takie powodzenie poddanego, gdy tymczasem lud miejski żadnej nad sobą nie mając opieki, doznawał tylko wyzysku. Administracja dziedziców po wsiach stała znacznie wyżej od administracji podstarościch po miastach.

Wieś polska za najcięższych czasów pańszczyźnianych posiadała dużo samorządu; wytwarzało się nawet osobne prawo, które możnaby nazwać prawem gromadzkiem. "Gromadę" tworzy cała ludność; jest to tosamo mniej więcej, co "pospólstwo" w mieście. Naczelnikiem gromady jest wójt (tytuł jak w mieście), a obok niego kilku (często siedmiu) przysiężnych czyli ławników i dziesiętnicy. Ludność obowiązaną jest względem dworu do bezwzględnego posłuszeństwa; nie byli jednak "poddani" pozbawieni pewnej samodzielności. O ile każdy z nich, jako jednostka, niewiele znaczył, o tyle gromada miała swój zakres wpływów i działania prawnie określony. Wytworzyło się prawo zwyczajowe co do tego, przestrzegane przez obie strony ściśle.

Gromada posiadała prawo prezentacji starszyzny; z trzech przedstawionych kandydatów dwór jednego zatwierdzał. Niema sądów bez wójta i ławników; bez nich nie może dziedzic poddanego wyzuć z dziedzicznej jego dzierżawy, t. j. z kmiecego gruntu, ani "wyświecić", t. j. wydalić ze wsi. Nie brak przykładów, że ustawy we wsi obowiązujące wychodziły z inicjatywy nietylko dworu, lecz także gromady.

Suma czynszów i opłat jest stałą dla całej gromady; jeżeli jaką rolę przyłączono do dworu, przypadający za nią czynsz oddaje dwór gromadzie. Dwór bardzo często daje ulgi czynszowe. Pańszczyzna, ten najdotkliwszy ciężar, jest pod kontrolą samejże gromady; dwór ekzekwuje ją surowo, gdy tego wymaga jego interes ekonomiczny, ale uwzględnia też wszystkie przypadki przeszkadzające ścisłemu jej odrobieniu. Zaległości wobec dworu bywają znaczne. Np. wieś Kasina Wielka w powiecie limanowskim w Małopolsce (własność od r. 1597 Dominikanów krakowskich) zalegała w r. 1767 za kilka ostatnich lat z sześciu tysiącami dni roboczych.

Dwór miał duży dochód z propinacji i zupełny monopol napitku we wsi. Wstrzemięźliwość mieszkańców jest przeciwną ekonomicznemu interesowi dworu. Od końca XVII wieku rozpowszechnia się używanie wódki.

Grunty dzierżyli chłopi albo dziedzicznie (właściwi kmiecie), albo dożywotnio tylko, a czasem za najmem na czas ograniczony. Dzielą się mieszkańcy wsi na kmieci, zarobników, zagrodników, chałupników i komorników. Mają prawo testamentu. W dziedziczeniu bracia wykluczają prawa sióstr.

Sądy są trojaka: gajone wielkie, rugowe i podsądki. Na "rugowych" wybrany przez gromadę ławnik musiał oddawać t. zw. "rug", t. j. stawał się oskarżycielem publicznym wszystkich przestępstw popełnionych we wsi od ostatniego sądu. Kary były pieniężne i chłosta cielesna; karę więzienia niechętnie oznaczano. Za zabójstwo kara śmierci przez ścięcie; za zdradę pana lub gromady odebranie gruntu. Karę oznacza ława, dziedzic ją zatwierdza lub łagodzi. Za przekroczenia przeciw moralności ława bywała bardzo surową, a dwór względniejszy.

Wieś polska były doprawdy małem państewkiem sama w sobie. Wszelkie potrzeby, tak materjalne, jakoteż społeczne, zaspakajała sobie sama u siebie. Chłop uważał stosunek swój do dziedzica i gromady za naturalny, a związek ten za konieczny; związek zaś wsi swojej z państwem tylko za dodatkowy ciężar. O potrzebie związku z państwem nie miał najmniejszego pojęcia. Istnienie takiego związku dostrzegał chyba aż dopiero wtenczas, gdy przypadła na wieś czasem t. zw. stacja żołnierska. On sam ani wojskowo nie służył, ani podatku do kasy państwowej nie odnosił. Lata całe nic o istnieniu państwa nie słyszał! Dawne sołectwo, skupione przez szlachcica, zamieniło się na "dwór", który mieścił w sobie wszystkie władze, jakim chłop podlegał, odkąd nie wolno mu było "pana" pozywać do sądu.

Każda wieś polska mieściła tedy w sobie wszystkie gałęzie administracji, a wszystkie wykonywane przez dwór i gromadę na miejscu i bez apelacji. Mógł był tedy panować we wsi polskiej doskonały porządek; jakoż panował istotnie, Ale wieś ta obchodziła się bez abecadła i nie miała pojęcia o Bożym świecie. Najliczniejsza warstwa, z państwem za pomocą administracji wcale nie związana, dla państwa zgoła nie istniała. Ten porządek we wsi łączył się, niestety, z nieporządkiem w państwie.

Wszystkie niemal urządzenia z okresu Jagiellońskiego straciły w państwie znaczenie, jakby obumarły, bo... stały się przestarzałemi. Gdy za Augusta III, (1733-1763) jeden zaledwie sejm doszedł, nie było nawet sposobności dyskutować o potrzebnej naprawie Rzpltej. A tymczasem nowe czasy wymagały coraz natarczywiej nowej administracj! Toteż gdy dorosło pokolenie ze zreformowanych szkół pijarskich (pierwsza Konarskiego, w r. 1740 założona), gdy nastało wreszcie przebudzenie narodu, szuka się nowych systemów administracyjnych, tworzy się ciągle nowe urzędy w imię reform. Do tych reform teraz przejdziemy.

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści