Feliks Koneczny - "Dzieje administracji w Polsce w zarysie"

Odrębność Prus w Polsce polegała na odmienności struktury społecznej o tyle, że tam miasta nadawały krajowi cechę, ton, charakter. Kierunek historyczny Europy całej zmierzał ku temu, by miasta wysunąć na czoło, by jaknajbardziej zmieszczyć narody europejskie. Prąd ten zowie nauka urbanizacją. Pod tym względem były Prusy Królewskie najbardziej europejską prowincją Polski. W wieku XV cała Polska szła za ich przykładem, ku urbanizacji. Są to złote czasy miast polskich, które już się też polszczyły, odniemczały.

Przerwaliśmy przegląd spraw administracji miejskiej w poprzednim rozdziale na tem, jak wójtowstwa, sprzedażnemi będąc, już za Kazimierza Wielkiego bywały wykupywane przez gminy miejskie. Prąd ten wzmógł się wielce w XV wieku. Jeżeli prawa wójtowskie do części czynszów i grzywien sądowych, do wolnych jatek, do młyna i t. d., mogą być odsprzedawane ludziom obcym, toć czyż nie najlepiej będzie, jeżeli wykupi je sama gmina miejska? Ten sposób załatwienia kwestji narzucał się z prostą konsekwencją.

Wykupywanie wójtostw przez miasta zaczęło się na Śląsku, poczem dopiero Kraków poszedł tym torem, a za Krakowem inne miasta. Wykupno następowało w najrozmaitszy sposób, szybciej lub wolniej, zupełne, częściowe, w rozmaitych częściach i działach. W każdem mieście bywało inaczej, stosownie do okoliczności i możności.

Wykupione prawa wójtowskie przechodziły na radę miejską. Rada zarządza tedy wykupionymi łanami (parcelami), domami, jatkami, sklepami, gospodami, młynem dawniej wójtowskim; pojawiają się miejskie domy, miejskie jatki, młyny miejskie, grunty miejskie; do kasy miejskiej poczynają wpływać należytości wójtowskie z czynszów i kar sądowych; miasto zaczyna miewać swoje własne regularne dochody. Gdzie sądownictwo przechodzi na gminę, tam rada miejska ustanawia osobnego wójta sądowego.

Rada miejska wstępuje tedy stopniowo na miejsce wójtów; gdzie pozostawiono urząd wójtowski, tam wójt jest urzędnikiem rady, przez radę mianowanym, pełniącym takie funkcje, jakie mu rada przekaże. Rada ma prawo odwołać go z urzędu i mianować na jego mejsce kogokolwiek innego; o dziedziczności urzędu niema mowy. Co najważniejsze, uposażenie takiego wójta zależało w zupełności od rady miejskiej; był na jej łasce i niełasce, jak każdy urzędnik. Toteż wójt teki musiał starać się o łaski osób wpływowych w mieście i uważać dobrze, ,,skąd wiatr wieje". Jak widzimy, z dawnego wójta została tylko nazwa, sam tylko wyraz, który atoli... zmienił zupełnie znaczenie.

Taka ewolucja wójtostwa odbywała się nietylko w Polsce. W Niemczech po większej części zostało już tak na zawsze, że wójt jest urzędnikiem rady miejskiej, jej podwładnym.

Miasta mniejsze często nie posiadały środków potrzebnych do wykupna wójtostw. Dopomagało im do tego państwo, a wykupione wójtowskie prawa tymczasem przechodziły na króla, który przekazywał zawiadowanie niemi staroście grodowemu najbliższego "grodu", t. j. miasta starościńskiego, jako swemu urzędnikowi administracyjnemu. W takich wypadkach prawa wójtowskie przechodziły w administrację rządową. Miało to być tymczasowem, do czasu, aż gmina miejska zbierze środki pieniężne, aż poprawią się jej finanse. Ale miasta zaczęły potem podupadać i zapomniano nawet o tem, że to miało być czemś tymczasowem. Zaginęła zgoła tradycja, w jaki sposób się to stało. Starosta, administrując wykupionemi przez króla, t. j. przez państwo, prawami i posiadłościami wójtowskiemi, zyskiwał przez to samo wpływ na administrację miejską wogóle.

Nasuwa się porównanie skupu sołectw a wójtostw. Kmiecie nie mogli wykupywać sołectwa, bo ziemia, na której gospodarowali, nie była ich własnością. A choćby nie było zasadniczej przeszkody z tego powodu, nie byliby mogli dokonać skupu, bo nie byłoby ich na to stać. Jeżeli miasta musiały kołatać w tej sprawie do pomocy rządu, jakżeż kmiecie mogliby sami zdobyć się na analogiczną akcyę finansową?

Analogia nasuwa się atoli ściślejsza znacznie z tego powodu, że jak wykupu sołectwa, podobnież wykupu wójtowstwa mógł dokonać szlachcic. Miasta bywały bowiem dwojakie (w Polsce i w innych krajach): t. zw. królewskie i prywatne. Zależało to od tego, na czyim gruncie były zakładane. Niejeden właściciel ziemski otrzymywał od króla prawo założenia miasta w swoich posiadłościach, Taki wykupywał potem bardzo chętnie wójtowstwo i skutkiem tego sam właściciel gruntu stawał się dla tego miasta wójtem dziedzicznym. W sprawowaniu urzędu mógł się wyręczyć, kim zechciał. Wyszło więc potem na to, że miasto takie zawisłe było od oficyalisty swego "pana". Gdybyż miasto rozkwitało, gdybyż rosło w dobrobycie! w takim razie nie dałoby sobie przewodzić, i byłoby znalazło sposoby, żeby i "pana" razem z jego wójtowstwem wykupić! byłoby znalazło sposoby dawać się we znaki swemu "panu", tak, iżby ten z ochotą przystał na skup. Ale miasta ubożały potem, a prywatne były mieścinami nędznemi, w których oficyalista, ustanowiony przez właściciela gruntu na wójta, rządził się prawdziwie, jak szara gęś - o czem potem.

Dodajmy, że w "posiadaniu" miasta przez "pana" nie było nic takiego, coby mieszkańców miasta miało poniżać. Płaciło się czynsze i rozmaite opłaty właścicielowi gruntu, na którym stały domy miejskie, a który gruntu tego mieszczanom nie sprzedawał. Miasta prywatne długo istniały nietylko u nas, a są do dnia dzisiejszego w Anglii, Znaczna część Londynu zbudowana jest na miejscu dawnych wsi podmiejskich; przedmieścia te stanowią dotychczas własność prywatną potomków ówczesnych właścicieli wsi, i nikogo to nie razi ani dziwi, bo własność prywatna jest tam święta. Jedyny sposób wyzbycia się prywatnego właściciela: odkupić, jeżeli sprzedać zechce.

W okresie Jagiellońskim można już mówić o "rodach radzieckich" po miastach, jako o wyróżniającej się warstwie ludności. Pod koniec wieku XV składała się warstwa ta niemal wyłącznie z kupców. Niegdyś Kazimierz W. przykazał w Krakowie, żeby wojewoda mianował (bo Kraków utracił prawo samorządu) zawsze połowę rajców z rzemieślników; lecz w wieku XV przepis ten stał się niewykonalnym, bo już nie było patrycyuszów pomiędzy rzemieślnikami. Ludność miast wzrastała szybko, a rodzin patrycjuszowskich przybyło nie wiele, a więcej wymarło w ciągu pokoleń; z nowych obywateli rzadko kto dostał się pomiędzy tych możnowładców. Chudopachołek nawet zresztą nie chciałby być rajcą, bo nazbyt zaniedbałby swego warstatu i za często narażony byłby na rozmaite wydatki, które ciężko dawałyby mu się we znaki. Toteż z końcem XV wieku koło rajców było już bardzo ograniczonem. Wszyscy rajcowie nietylko byli dobrymi znajomymi, lecz po większej części krewnymi. Rządziło miastem szczupłe grono osób, związanych osobistymi interesami. Nieliczni patrycjusze zajmowali tedy kolejno urzędy, a że wszyscy byli z jednej wielkiej familji, spowinowaceni przez żony, zmiana dostojników miejskich stawała się formalnością bez znaczenia. Gdzie były wybory, dobrzy znajomi wybierali siebie samych nawzajem; a gdzie z nominacji, kręciły się nominacje ciągle w tem samem ciasnem kółku. Były to więc rządy oligarchiczne w całem znaczeniu tego słowa. Tak samo było i zagranicą aż późno w wiek XIX.

Odkąd z ogółu obywateli, t. j. z "pospólstwa" wyodrębniła się warstwa rządzących oligarchów, odtąd też przez pospólstwo rozumiało się obywateli mniej zamożnych, mniej wpływowych, nie mających faktycznie dostępu do rady miejskiej. Oczywiście rozpoczęła się walka o wpływ na rządy miejskie. Wszakżeż pierwotnie wszystko było przy "pospólstwie" i jego reprezentacjach! W Krakowie, gdzie bezpośrednia ingerencja królewska znaczyła najwięcej, zapadło w roku 1418 postanowienie Władysława Jagiełły, jako pospólstwo ma wybierać 16 delegatów, po połowie z kupców (drobniejszych) i z rzemieślników, a delegacja ta ma odtąd należeć do rady. Bez zezwolenia tej delegacji nie można było uchwalać wilkierzy, ani nakładać podatku; co więcej, rada winna corocznie zdawać przed nimi sprawę z rachunków miejskich.

Jak pospólstwo wojowało z radą, tak też samo miało u siebie wojownika, wojującego z niem. Czeladź wyrzekała nieraz na majstrów o wyzysk, a próbowała poprawić sobie warunki bytu... strajkiem. Tak jest! już pod koniec XIV wieku spotykamy się z wydarzeniami w kronikach cechów, które śmiało strajkami nazywać można. W roku 1392 krakowska rada miejska wypędziła z miasta 15 takich czeladników, którzy wstrzymując się od pracy chcieli wymusić większe wynagrodzenie. Z końcem XV wieku wybuchnął we Lwowie strajk wielki rzemiosła krawieckiego. Porzucili pracę wszyscy, ale to wszyscy czeladnicy i terminatorowie. W nocy wydostali się chyłkiem poza mury miejskie, zamierzając uciec i już do Lwowa nie wracać. Dogoniono ich, a straż miejska, ażeby ich zmusić do powrotu, musiała użyć broni. Kilkunastu czeladzi poległo w krwawej rozprawie. Na miejscu tego przykrego wypadku wystawiono potem kościół św. Anny, ufundowany przez zbogaconych majstrów, niegdyś jako czeladników z tego właśnie starcia gwałtem przez straż miejską do miasta odstawionych. Dzięki temu... doszli do majątku, więc zrobili fundację ku uczczeniu pamięci tych, którzy polegli.

Pospólstwo, zwłaszcza drobniejsi kupcy, doznawało nieraz współzawodnictwa od szlachty mniej zamożnej, która przesiedlała się do miasta i przechodziła na zajęcia mieszczańskie, ażeby się wzbogacić. Szlachcic taki próbował nie poddać się ciężarom prawa miejskiego, powołując się na to, że podlega prawu ziemskiemu; a jakkolwiek kwestja ta była nieraz rozstrzygniętą na korzyść miasta, jednakowoż miasto za każdym niemal razem musiało na nowo sprawę wywodzić. Szlachta trudniła się w tym okresie "łokciem i kwartą" bez jakichkolwiek trudności i nikomu z nich to nie uwłaczało. Stany nie były od siebie odgrodzone jakąś nieprzebytą przepaścią, jak to nastąpiło później, w drugiej połowie XVII wieku; przechodziło się ze szlachty w mieszczan, z mieszczańskiego stanu do szlachty bardzo często. Np. miasto Kazimierz pod Krakowem miało kupców, karczmarzy, składowników pół na pół ze szlachty. Kiedy niebawem potem poczęły powstawać liczne nowe miasta na Mazowszu, mieszczaństwo ich było pierwotnie po większej części szlacheckiego pochodzenia.

Szlachcic był w mieście niebezpiecznym współzawodnikiem, ale mieszczanin zbogacony jeszcze skuteczniej współzawodniczył z szlachcicem i to... w ziemiaństwie. W wieku XV, coraz więcej mieszczan nabywało dobra ziemskie. Posiadali nad szlachtą ogromną przewagę kapitału. Ku schyłkowi XV wieku znajdywały się w ręku mieszczan całe okolice podmiejskie, bo koło każdego miasta wykupywali dobra z rąk szlacheckich, przepłacając, a skutkiem tego znajdując zawsze takich, którzy sprzedać chcieli. W najbliższej okolicy Krakowa nie było już ani jednej wioski w posiadaniu szlachcica. Obywatele takiej mieściny, jak Proszowice, byli właścicielami dóbr ziemskich, i to nie małych, a cóż dopiero krakowscy bankierowie! Książęta śląscy, Piastowicze, naprawiali sobie fortunę posagiem bogatych krakowianek; możnowładcy ziemiańscy piorunowali na zbytki mieszczan, ale żenili chętnie swych synów z ich córkami. Bankierowie i wielcy kupcy głównych miast, zwłaszcza Krakowa, mieli pośród możnowładztwa poufałych znajomych i powinowatych niemało.

Wreszcie ta miejska oligarchja, czując się równą ziemiańskiemu możnowładztwu, sadowiąc się na coraz większych obszarach dóbr ziemskich, poczuła w sobie także ambicję polityczną i zaczęła sięgać po stanowiska wpływowe w państwie. Bliskie tronowi mieszczaństwo krakowskie wybawiało nieraz z ciężkich kłopotów skarb państwa, stawało się potężnym czynnikiem na królewskim dworze. Od tego był tylko krok do zajęcia odpowiedniego stanowiska w państwie.

Przesądów stanowych w XV wieku jeszcze nie było, a w pierwszej połowie XVI wieku ledwie się odzywać poczęły. Mieszczaństwo i szlachta drobna mieszały się z sobą po mazowieckich miastach, lwowscy rzeźnicy wydawali córki za szlachtę (dając zięciom po trzy wsie w posagu), a bankierowie za Piastów. Czemużby tedy w końcu sami bogacze mieszczańscy nie mieli zostać szlachcicami, nawet wielmożami?

Toteż krwi mieszczańskiej w polskich "arystokratycznych" rodach "historycznych" pelno! Nie należy to wprawdzie do historji administracji, ale fałszywe mniemanie, jakoby stany w Polsce oddzielone były od siebie nieprzekraczalnemi przegrodami i jakoby nasze "wielkie rody" były koniecznie od początku szlacheckiemi - tak jest rozpowszechnionem, że nie od rzeczy będzie skorzystać ze sposobności i... pokazać, jak świat na prawdę wygląda, bez literackich szkieł.

Pośród rodów szlachty wybitniejszej, która utrwaliła swe fortuny mieszczańskiemi małżeństwami, spotykamy nazwiska Dębskich, Kalinowskich, Kościeleckich, Lanckorońskich, Melsztyńskich, Radziwiłłów, Stadnickich, Tenczyńskich i t. d. ale co ciekawsze, że ci Melsztyńscy, możnowładcy tacy wybitni już w wieku XIV, są sami mieszczańskiego pochodzenia! Nowsze badania naukowe wykazały, że "pierwsze rodziny w państwie" powstawały często z kupców, którzy kapitały swe rezerwowe lokowali w dobrach ziemskich. Ów wiekopomny Zyndram z Maszkowic, wódz nasz z pod Grunwaldu, był mieszczańskiego rodu. Dla przykładu trochę nazwisk rodów pierwotnie mieszczańskich: Firlej, Herburt, Jordan, Kmita, Mazaraki, Melsztyński, Morsztyn, Szembek, Tarnowski, Wielopolski, Wodzicki i t. d. i t d. Wszyscy oni są "z łokcia i z kwarty".

Stosunek kmiecia do szlachcica pozostawał przez cały wiek XV. nadal stosunkiem czystej dzierżawy, z zupełną osobistą wolnością. Nie wolno było dziedzicowi uszczuplić samowolnie gruntu kmiecego. Mamy z tych czasów dowody procesów, wytaczanych szlachcicom przez kmieci o naruszenie granic. Obszar dzierżawy, wziętej niegdyś przez kmieciego przodka, przechodził z pokolenia w pokolenia nieuszczuplony, bo ani skrawek z tego dzierżawą kmiecą nie przestawał być, a tylko mogła się zwiększać na tym obszarze ilość dzierżawców, skutkiem rozrodzenia się kmiecej rodziny.

Wobec sądownictwa był kmieć tak samo stroną, jak szlachcic. Mamy z wieku XV. dowody pozwów kmiecych przeciw szlachcie o zranienie. W roku 1464, udali się na drogę sądową kmiecie wsi Krosna w ziemi sanockiej przeciw Herburtowi Błozowskiemu o rozmaite szkody i prześladowania. Sprawa doszła przez apelację przed samego króla; kmiecie nietylko otrzymali sprawiedliwość, ale Herburt musiał złożyć olbrzymią, niesłychaną wprost sumę 3.000 dukatów na rękojmię (kaucyę), jako nie będzie już krzywdzić kmieci. Mógł więc kmieć używać opieki sądowej tak samo, jak szlachcic, bo szlachcic nie miał do osoby kmiecia żadnych praw poza tem, co wypływało z umowy dzierżawnej.

Cały majątek kmiecia przechodził na jego dzieci. Mamy z tych czasów wiadomość o procesie dwóch braci o parę koni ze spadku po ojcu, kmieciu. Na Rusi Czerwonej brał dawniej właściciel ziemi po kmieciu, t. zw. umorki, co było przeżytkiem prawa ruskiego; ale prawo polskie usunęło to zupełnie. Zakazał umorków surowo sejmik ziemi Chełmskiej (dawna ziemia "Grodów Czerwieńskich"), odbyty roku 1477 w Krasnymstawie. Rozporządzał też kmieć całkiem dowolnie swem zbożem, inwentarzem i gotówką. Zboże sprzedawał, komu chciał; szlachcicowi, albo kupcowi z miasta.

Mógł kmieć zebrać majątek, albo też popadać w długi; szlachcica to nie obchodziło. Mamy we współczesnych źródłach dowody, jako kmiecie zadłużali się u mieszczan i to nieraz ponad możność swego majątku. Z końcem XV wieku słychać było utyskiwania, że kmiecie ubierają się kosztownie i żyją wystawnie (nie było jeszcze owych ubiorów, zwanych w nowszych czasach "ludowymi"}. Panował więc dobrobyt w tej warstwie, a który chciał za dużo wydawać, miał z czego.

Aż do roku 1496 mógł kmieć polski nabywać ziemię na własność. Zamożny kmieć trzymał sobie zagrodnika zupełnie tak samo, jak szlachcic. Mamy ciekawy przykład z końca XV wieku, jak jeden kmieć wydzierżawia drugiemu część swej własnej dzierżawy. We wsi Tyrnawie, w ziemi sanockiej, wydzierżawił kmieć Lew (Leon) kmieciowi z innej wsi, Semkowi, zwanemu Kocian, z Olchowic, trzecią część swych gruntów na cztery lata. Najstarszy-to wiadomy dotychczas przykład dzierżawy rolnej na czas ograniczony. Tytułem dzierżawy zobowiązał się Kocian do czterech dni robocizny dla Lwa; a gdyby po czterach latach chciał nadal dzierżawić, miał potem płacić po pół grzywny rocznie. Mamy tu przykład robocizny pomiędzy samymi kmieciami, przez nich samych obmyślonej; robota zamiast gotówki, odrobek jako czynsz dzierżawny. Robocizna nie była tedy oznaką jakiegoś poddaństwa, tylko pewnym sposobem uiszczania się z należytości dzierżawnej. Widocznie kmiecie nie upatrywali w tej robociźnie nic zdrożnego, nic ubliżającego ni krzywdzącego, skoro sami między sobą ją wprowadzali.

W ciągu XV wieku szerzy się w Polsce gospodarstwo folwarczne; coraz więcej właścicieli ziemskich przestaje wykrawać ze swych posiadłości łany na dzierżawę czynszową, a udziela dzierżaw nowych tylko z warunkiem odrobku, na robociznę, bo potrzeba im rąk roboczych na folwarki. W różnych okolicach różne bywały warunki dzierżaw kmiecych; toteż kmiecie próbują nieraz zmiany na warunki lepsze, lżejsze. Zwłaszcza młodsi synowie kmiecy, zamiast zostawać w domu na rozdrabnianym coraz bardziej łanie, woleli szukać w świecie szczęścia, w danym razie tańszej dzierżawy. Czem bliżej Gdańska, tem droższa była ziemia i tem trudniejsze warunki dzierżawy; ziemie wschodnie, jeszcze należycie nie zagospodarowane, nęciły taniością ziemi, a zatem także mniejszemi wymaganiami od dzierżawcy. Młodzież kmieca rzucała się na wschód, a często całe rodziny emigrowały na Ruś litewską.

Opuszczony grunt nie zawsze dawał się przyłączyć do folwarku i trzeba było szukać nowego osadnika - dzierżawcę. Ustawiczna zmiana rolniczej ludności musiała się dawać we znaki i wywierać ujemny wpływ na gospodarstwo. Interes właścicieli wymagał, żeby się porozumieli i żeby wszyscy pod jednakiemi warunkami wypuszczali grunty kmieciom. Przykład dali ziemianie ziemi chełmskiej, uchwalając na sejmiku roku 1477 w Krasnymstawie, żeby z łanu (30 morgów) wymagać rocznie 24 groszy czynszu i jeden dzień robocizny. Przez jednostajność ciężarów chciano zapobiec wędrówkom corocznym kmieci, a zwłaszcza zbieganiu ich z gruntów nawet bez spełnienia warunków dzierżawnych. Nadzieje przywiązywane do tej uchwały okazały się płonnemi, bo wkrótce rozpoczęło się wielkie osadnictwo w krajach Wielkiego Księstwa litewskiego, na Rusi litewskiej, i lud począł tam emigrować tłumnie. Bliższa tamtych stron ziemia chełmska poczęła to wnet odczuwać. Ten sam sejmik uchwalił, że kmiecia zbiegłego nie wolno nikomu zatrzymać u siebie pod karą trzech grzywien. Być może, że wszyscy obywatele ziemi chełmskiej trzymali się tej uchwały solidarnie - ale cóż z tego, skoro inne ziemie pilnowały także swego interesu, a ten interes polegał znowu na tem, żeby przyjmować do prac rolnych każdego, kto się zgłosi. W zachodnich prowincjach zakładano folwarki, ale na wschodzie w najlepsze kwitnęła jeszcze gospodarka czysto czynszowa i grunt albo dostawał dzierżawcę, albo leżał odłogiem.

W zachodnich ziemiach polskich, gdzie mniej było nieużytków, a zwłaszcza w Wielkopolsce, gdzie było ich najmniej, nie wydzielano już zgoła nowych łanów kmiecych. Tam szlachta starała się już o zagrodników, o czeladź folwarczną, a nie o kmieci nowych. Synowie kmiecy musieli się tedy tam coraz częściej dzielić ojcowskim gruntem. Bywały już gospodarstwa kmiece ćwierćłanowe, t. j. po pół ósma morga, podczas gdy na folwarki liczyło się zazwyczaj po cztery łany, t. j. 120 morgów. A jednak pomimo to łanów kmiecych razem wziętych było więcej, niż dworskich. Stanowi to dowód, jak folwarki były jeszcze rzadkie i daleko od siebie.

Czynsz płaciło się nie od gospodarstwa, lecz od łanu. Kto miał pół łanu, płacił połowę dawnego pierwotnego czynszu. Obojętnem było, czy synowie podzielili się ojcowskim łanem, lub jego częścią, czy też gospodarują wspólnie; czy każdy z nich stawia nowe "dworzyszcze", czy też mieszkają razem. Urządzali się rozmaicie, naprzykład w Karaczynowie powiatu lwowskiego, mieszkało wspólnie w jednem dworzyszczu aż 17 kmiecii a nie daleko stamtąd, w Łysiatyczach powiatu stryjskiego było dworzyszcz sporo, bo aż 32, a gospodarowało na nich 157 ludzi.

Jeszcze nie wynajmowano w Polsce robotnika rolnego na tygodnie do letnich tylko robót. Nie każdy zaś miał ochotę osiąść w danej wsi i wejść w stały stosunek służbowy na folwarku. Coraz liczniejsze gromady robotnicze znajdowały zarobek w miastach, a do robót wiejskich wynajmowali się o tyle, o ile znajdowali przytem zarobek znaczniejszy, a więc tylko podczas żniw, w porze, kiedy po miastach zmniejszają się właśnie zarobki. Robotników takich, ludzi "luźnych", trzeba odróżniać od zagrodników, a tem bardziej od kmieci, z którymi nie mieli tamci najmniejszego związku, stanowiąc inną warstwę społeczną i to znacznie niższą. Kmieć opuszczał dzierżawne gospodarstwo, jeżeli znalazł indziej lepsze warunki dzierżawy, ale nie wędrował za zarobkiem dziennym.

Zyskiwała jednak szlachta wciąż coraz większą przewagę osobistą i prawną nad kmieciem przez to, że skup sołectw odbywał się na coraz większą skalę. Około roku 1500 niemal już wszędzie sołtysem był sam dziedzic, a przez to stawał się sędzią i urzędowym zwierzchnikiem swego dzierżawcy. Takie połączenie władzy sądowej, administracyjnej i przewagi ekonomicznej w jednem ręku musiały mieścić w sobie niebezpieczeństwo społeczne właśnie dlatego, że pozwalało to skupić nazbyt wiele władzy jednemu człowiekowi na drobnym obszarze. Szlachcic poczynał naprawdę panować we wsi, chociaż żadna ustawa nie robiła go panem nad kmieciami. Bez najmniejszej intencji krzywdy, samą siłą okoliczności, dziedzic stawał się panem nietylko gruntów, ale ludzi.

Ustawa nie zmieniła się. Wieś polska posiadała nadal stary samorząd, którego naczelnikiem był ten, kto był sołtysem, ale nie podaje się tu historji ludu polskiego, tylko zbiera się przykłady potrzebne do wyjaśnienia dziejów administracji w Polsce.

Dodajmyż jeszcze, jako po sołtysie zostawały młyn i karczma, a szlachcic ani we młynie, ani w karczmie sam nie siedział. Młyny pobrali tedy w dzierżawę kmiecie, ci sami, którzy brali je od sołtysów nieraz. Powstaje w Polsce liczny stan wiejskich młynarzy, którego resztki jeszcze się spotyka tu i ówdzie. Powstał drugi stan, jeszcze liczniejszy, karczmarzy. Przyszli jednak wkrótce żydzi, zajmujący się ze szczególnem upodobaniem zawodem karczmarskim, a potem, gdy już karczem dla nich nie starczyło, rzucili się także na młyny. Zaczęło się to pod koniec panowania Kazimierza Jagiellończyka, a w sto lat potem wieś polska bez żyda należała już do wyjątków. I czy kto wtedy przypuszczał, że wieś polska stanęła na przełomie swego dziejowego losu?

Osiedlenie się Żydów w polskiej wsi jest dla jej dziejów faktem bez porównania donioślejszymi obfitszym w skutki od dążności do ograniczenia praw kmiecych, co przejawiło się po raz pierwszy na sejmie piotrkowskim 1496 roku. Była już wzmianka o tem, że kmieć mógł swobodnie nabywać ziemię na własność tylko do roku 1496. Nie jego samego w tem ograniczono; zresztą nie o niego chodziło, chudopachołka, który czasem zdołał się dorobić niewielkiej własności, ale o kapitalistów miejskich, którzy kapitały swe lokowali w dobrach ziemskich; chodziło o tę oligarchię mieszczańską, która zamieniała się coraz częściej w ziemskich wielmożów. Przeciwko nim wymierzone było ustawodawstwo sejmu 1496 roku - a wymierzone... bezskutecznie.

Dziełko niniejsze nie jest poświęcone historyi stanów w Polsce (ani w szczególności dziejom ludu wiejskiego)2 , ale przytaczam z ustaw 1496 roku niektóre, jako przykłady, jak dalece sztuczne prawodawstwo nie posiada żadnej wartości, jak ustawa ukuta sztucznie nie da się wykonać; choćby kłaść na nią największy nacisk, napróżno. Pod tym względem Historya jest bezwzględna i bezlitosna; jednako odrzuca sztuczne urządzanie stosunków społecznych za pomocą ustaw, czy to w roku 1920, czy w 1496 - jednako!

Sejm piotrkowski zakazał mieszczanom kupować ziemię, ale mieszczanin mógł brać od szlachcica zadłużonego wieś prawem zastawu a bogaty bankier czy kupiec wystarał się w kancelaryi królewskiej o nadanie szlachectwa.

W roku 1496, ograniczono swobodę przesiedlenia się kmieci (że jednemu tylko wolno w ciągu jednego roku przesiedlić się). Aleć Polska była za duża, żeby w niej odnaleść kmiecia, gdy puścił się w świat szeroki! A żaden szlachcic nawet przybysza nie wydał, bo witano wszędzie chętnie przybytek jednej pary rąk do pracy, żałując, że ich nie przyszło od razu dziesięciu! Garnęlli się też kmiecy synowie do miast.

Uchwalono w interesie mniej zamożnych (jak mniemano), żeby wolnym był od cła, jeżeli kto sprowadza towar z zagranicy nie dla handlu, lecz na własne potrzeby. Aleć sprowadzać sobie cokolwiek wprost z zagranicy mógł tylko ktoś zamożny; ustawa wyszła więc właśnie na korzyść bogatszych. Skutek był wręcz przeciwny, niż pragnął prawodawca.

Ustawodawstwo sejmu z roku 1496 miało jednak dla Polski znaczenie zasadnicze. Szlachta przyjąwszy całkowicie władzę w państwie, zajęła się przedewszystkiem swemi własnemi sprawami i - jak zwykle ci, którzy są w sztuce rządzenia początkującymi - zapędziła się od razu za daleko, uchwalając sobie wszystko, czego tylko pragnęła, bez zastanowienia, czy ustawa była wykonalną. Zaczyna się bardzo ożywiona działalność legislatoryjna szlachty polskiej, działalność, której większa połowa nie zdała się na nic, bo życie szło swoją drogą, nie dbając o sztuczne kombinacje prawodawców.

PRZYPISY:

  1. [«]  Ciekawych tego tematu odsyłam do popularnej swej pracy p. t. "Skrót Dziejów ludu wiejskiego w Polsce", Wilno, Zawadzki 1922.

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści