Feliks Koneczny - "Dzieje administracji w Polsce w zarysie"

Wieś polska miała gdzie podziewać nadmiar ludności w wieku XVI. Ci z kmiecej młodzieży, którzy woleli szukać szczęścia w świecie, niźli biedować na rozdrabnianym nieustannie łanie, mieli do wyboru albo zajęcia miejskie w miastach coraz bardziej kwitnących i potrzebujących coraz liczniejszego napływu ludności, albo też, jeżeli woleli zajęcia rolnicze, mogli emigrować do wschodnich prowincyj państwa, gdzie też zatonęło sporo ludności "mazurskiej". Na wschodzie walka o byt była łatwiejsza. W zachodnich województwach nie mogło się już pomieścić więcej ludności rolniczej (przy ówczesnych metodach gospodarowania), bo właściciele ziemscy nie dawali już nowych łanów w kmiecą dzierżawę.

Niechęć do wydzielania nowych łanów kmiecych powstawała także stąd, że szlachcic jednako płacił podatek z łanu, czy sam na nim gospodarował, czy też wypuszczał w dzierżawę. W roku 1468 postanowiono, że podatek łanowy płacić należy także od gruntów kmiecych. Ustawa podatkowa była w tej mierze niepraktyczną. Kmiecie sami nie byli całkiem opodatkowani przez państwo, a to z tego samego powodu, dla którego nie wymagano od nich służby wojskowej: nie posiadając własności, nie posiadali praw politycznych obywatelskich, ale też nie ponosili żadnych ciężarów państwowych. Tego wymagała sprawiedliwość społeczna. Podatek od łanów kmiecych płacił szlachcic, który pobierał z niej czynsze i robociznę.

Podatek ten był niestały, boć zależał od uchwały sejmowej. Dwa grosze z łanu należały się zawsze i te rozumiały się same przez się każdego roku; ale też do wyjątków należał rok taki, w którymby nie było trzeba było płacić większego podatku. Sejmiki czy sejm mogły niespodzianie uchwalić z łanu groszy sześć, dwanaście, dwadzieścia, gdy zaszła nagła nieraz potrzeba. Gdyby kmieć miał to płacić sam ze swych łanów, nigdyby nie mógł wiedzieć, jakie będą w pewnym roku jego ciężary dzierżawne, a w takim razie i stosunki gospodarcze byłoby niepewne, chwiejne. Właściciel dążył oczywiście do tego, żeby mieć czynsze jak najwyższe, a oznaczając je, pamiętał też o podatku, jaki będzie musiał płacić za łany kmiece, ale właściciel nie mógł wymagać zbyt wiele wobec wzmagającego się prądu emigracyjnego na wschód i musiał poprzestawać na pewnej średniej mierze czynszowej, obliczając sobie pewien średni dochód z kmiecego łanu.

Ile razy podatek podskoczył ponad taką średnią przewidywaną wysokość, tyle razy szlachcic miał stratę. Kmieciom czynszu podwyższać nie mógł, bo nie miał do tego prawa, a gdyby się o prawo nie pytał, toćby mu pozbiegali z gruntów; musiał więc właściciel dopłacać ze swego, poprzestając w takim roku na zmniejszonych dochodach.

Wydzierżawianie łanów kmieciom poczynało być bardzo niepewnym interesem. Łan folwarczny dawał dochód większy, a podatek z niego był taki sam. Prosta, więc rzecz, że wolano powiększać forwarki.

Chwiejność podatków dawała się szlachcicowi i na forwarku we znaki, ale on był państwa obywatelem; kiedy płacił większy podatek, wiedział, na co go płaci, a uchwalał go sam na sejmiku. Opodatkował sam siebie przez poczucie obywatelskie. Ten obowiązek obywatelski ciążył na szlachcicu, ale nie ciążył na kmieciu.

Zyż nie byłoby wiele lepiej, gdyby na kmieci nałożono osobny podatek, zastosowany do ich środków i stosunków? Możeby w takim razie niebyło też takiej niechęci do pomnażania kmiecych dzierżaw, bo nie byłoby straty na tych łanach. Ale... opodatkowanie kmieci na rzecz państwa sprzeciwiało się ówczesnym pojęciom o sprawiedliwości społecznej. Mniemano, że byłoby to niesprawiedliwością społeczną wymagać czegoś na rzecz państwa od takich, którzy nie posiadają ziemi na własność...

Tak tedy bywają grube nawet pomyłki i wielce szkodliwe, choć nie ze złej woli pochodzące. Wiele rzeczy inaczej przedstawia się współczesnym, a inaczej potomnym. Oni odczuwali motywy, przyczyny, rozumowe i uczuciowe racje swych postanowień i czynów. My patrzymy na skutki...

Nazywa się to "perspektywą historyczną".

Synowie kmiecy emigrowali chętnie z Korony do ziem Wielkiego Księstwa litewskiego. Emigracja rolnicza odbywa się zawsze tylko do kraju o niższym typie gospodarstwa, gdzie immigrant staje się wobec ludności miejscowej rolnikiem postępowym.

Aż do XVI wieku gospodarstwo było na Litwie t. zw. naturalne, to znaczy obliczone na samostarczalność każdej osady, a raczej każdej posiadłości bojarskiej. Wszystko, czego tylko można było potrzebować wśród ludzi mających potrzeb niewiele, miało być wyprodukowane na miejscu; stąd rozmaitość zajęć i brak przewagi pewnego zajęcia wśród osób pewnej grupy społecznej. Dopiero wiek XVI zaprowadził w krajach Wielkiego Księstwa litewskiego właściwe gospodarstwo rolnicze, t. j. dążność do wysunięcia na wsi na pierwszy plan prac około płodów rolniczych i oparcie dochodów przedewszystkiem na rolnictwie. Aż do XVI wieku niema w państwie litewskiem co mówić o "rencie gruntowej"; ekonomiczne wyzyskanie roli miało na Litwę zawitać z Polski. Ruś litewska nie stała pod względem gospodarstwa rolnego wcale wyżej od Letuwy.

Dopiero w XVI wieku rząd sam zabrał się do reformy gospodarstwa wiejskiego, przeprowadzając ją w dobrach wielkoksiążęcych (królewszczyznach), poczem naśladowano ją i w prywatnych. Administracja dóbr państwowych litewskich poczęła za Zygmunta I wprowadzać rzecz dotychczas nieznaną: wymierzanie ziemi według samej przestrzeni. Za miarę przyjęto mazowiecką włókę, która była tem samem, co w innych prowincjach polskich łan i wynosiła tak samo 30 morgów (na Podlasiu liczono jednak po 33 morgów). Za Zygmunta Augusta (który był rządcą Litwy od roku 1544) przemierzono w całej niemal Litwie ziemię "gospodarską" (państwową) i sporo prywatnej, a pomiarów dokonywano celem przeprowadzenia największej i najrozumniejszej reformy rolnej, jaką zna historja wogóle. Chodziło o wprowadzenie postępowego rolnictwa, jakiem wówczas była t. zw. trzypolówka, o komasację gruntów, o zaprowadzenie celowej proporcji pomiędzy ilością rąk roboczych a obszarem uprawianym, o utworzenie wsi we właściwem znaczeniu tego wyrazu - na miejsce oddalonych od siebie luźnych sadyb, pozbawionych z sobą innego związku pozatem, że miały wspólnego pana nad sobą. Zarazem regulowano ciężary i obowiązki ludności wiejskiej. Łączyła się ta reforma z przesiedlaniem ludności w zwarte wsie, z zamienianiem na wielką skalę gruntów, z oznaczaniem wzajemnych praw i obowiązków; słowem, była to reforma tak wszechstronna, iż równała się jakby osiedlaniu kraju na nowo, nową metodą, według nowych pomysłów społecznych. Nazywano tę reformę "pomierą wołostną", iż zaczęła się od pomiarów. Przeprowadził ją Polak, Piotr Falczewski, z pomocą całej sieci urzędników, urzędujących po całym kraju - czasowo.

W okresie Jagiellońskim dokonywał się w miastach polskich skup wójtostw coraz szybciej, rady miejskie zyskiwały coraz więcej władzy. Na miejscu dawnych wójtów powstają w miastach znaczniejszych burmistrze, w ciągu następnych wieków we wszystkich przejęci, tak, iż w końcu zaginęła nawet pamięć wójtów po miastach. Gdzie administracja była w ręku starosty, tam starosta mianował burmistrza. W miastach "królewskich", zwanych też "wolnemi". t. j., w takich, w których władza królewska właśnie nie mieszała się całkiem do administracji, rada sama sobie wybierała burmistrza z pośród siebie, i dlatego zowie się on także starszym obywateli, magister civium lub proconsul (bo najpierw musiał być rajcą, c o n s u l). Niektóre miasta, jak np. Kraków i Sącz, obawiając się, żeby z burmistrza nie zrobił się nowy wójt, żeby jedna osoba nie władała nazbyt, zapewniły sobie jednakie znaczenie wszystkich rodów radzieckich w taki sposób, że nie ustanawiając wcale urzędu burmistrza, godność tę zlecały kolejno wszystkim członkom rady na czas krótki. Byli więc tacy burmistrzowie tylko przewodniczącymi na zebraniach rady miejskiej i zwano ich też consules praesidentes. Był w Krakowie okres taki, że co tydzień kto inny z rajców był "prezydentem". W roku 1521 oznaczono czas urzędowania prezydenta na 6 tygodni.

Tegoż roku 1521. Zygmunt Stary powiększył skład delegacji, ale też zmienił stosunek kupców do rzemieślników na nierówny: delegacja ma się składać z 32 osób, mianowicie z 12 kupców i 20 rzemieślników. Chodziło o to, żeby warstwie rękodzielniczej dopomóc. W r. 1548 powraca się jednak do równości, pomnażając ilość delegatów na 40: po 20 rzemieślników i po 20 kupców. Dochowane akty tych spraw świadczą, że nie można było należeć do delegacji, jeżeli się nie posiadało w mieście własnego domu. Po pewnym czasie godność "czterdziestnika" stała się dożywotnią. W razie zgonu dokonywały wyboru starszyzny kupieckie lub cechowe.

Od r. 1585, nie wolno było radzie czynić wydatków powyżej stu grzywien bez zezwolenia pospólstwa lub wybranej przez nie delegacji, która nie wszędzie z 40 mężów się składała, lecz rozmaicie: z dwudziestu, a nawet z dwunastu tylko. Możnaby te delegacje nazywać wydziałami pospólstwa lub stałemi komisjami. Kiedykolwiek tedy trzeba było pomożyć personal urzędniczy lub służebny miejski, albo podwyższyć im płace; zaciągnąć pożyczkę dla miasta, uchwalić podatek na koszta wyprawienia posłów na sejm i t. p., słowem, kiedykolwiek chodziło o zrobienie nowego wydatku, trzeba było uzyskać zgodę pospólstwa, względnie jego reprezentacji. A pospólstwo szczególniej nie lubiło dawać pieniędzy na pokrycie kosztów posłów na sejm walny! Wpływ reprezentacji pospólstwa na kontrolę obrotów pieniężnych w gospodarce miejskiej wzrasta coraz bardziej. Za przykładem szlachty zabierają się mieszczanie w XVI wieku do reformy finansów miejskich i wyznaczają taksacje, taksatorów, poborców, osobnych "sędziów skarbowych" tudzież pełnomocników specjalnych do sprawdzania rachunków.

Przez cały wiek XVI., dochodził do majątku każdy rządny i zapobiegliwy mieszczanin, bo trwał jeszcze okres rozkwitu miast w Polsce. Toteż uboższa szlachta garnęła się do zajęć miejskich, szukając po miastach zarobków. Tak np. w Kazimierzu pod samym Krakowem dużo szlachty oddawało się kupiectwu. Cały szereg nowych miast, jakie powstawały na Mazowszu w drugiej połowie wieku XV, i wciągu wieku XVI, miał ludność w połowie niemal szlachecką. Sklepy po większej części, gospody niemal wszystkie znajdywały się w ręku szlachty z okolicy; a nie tracili oni bynajmiej przez to "klejnotu szlacheckiego". We wszystkich aktach, w których występują ci mieszczanie z szlachty, dopisywano stale przy ich nazwisku dodatek "nobilis" (szlachcic). Szlachta mazowiecka jest w znacznej częściej twórczynią tych miast. Niestety, miały one zaraz w następnem stoleciu podupaść wielce.

Za miarę zamożności miasta posłużyć może wysokość szosu (główny podatek miejski, o którym niżej), toteż nie od rzeczy będzie przytoczyć pierwszy dziesiątek miast koronnych: Kraków zapłacił 4.000 złp.; Poznań 1.400; Lublin 800; Nowy Sącz 320; Wschowa 320; Bydgoszcz 247; Kościan 243; Kalisz 242; Samdomierz 224; Biecz 224; Krosno 200; i t. d. Największa ilość miast płaciła mniej, niż 100 złp. szosu podwójnego; a były mieściny, w których "dwój" nie dał całego złotego (np. Budzinek w województwie łęczyckiem).

Miast, opłacających szos, było za króla Stefana 678. Ilość ich przedstawia się podług województw, jak następuje: Województwo krakowskie 64, sandomierskie 100, ruskie 90, poznańskie 53, kaliskie 77, mazowieckie 56, Wołyń i Podole 42, województwo sieradzkie 25, rawskie 15, łęczyckie 24, Podlasie z ziemią bielską 8, inowrocławskie województwo 9, brzeskie 12, płockie 15, lubelskie 27, ziemia mielnicka 11, województwo bełzkie 15, ziemia dobrzyńska 7, chełmska 18, wieluńska 10.

Nawet po większych miastach mieszczanie posiadali za murami miejskiemi gospodarstwa rolne, na gruntach miejskich jeszcze; po małych miasteczkach rolnictwo stanowiło często główny sposób utrzymania mieszczanina, obywatela miasta, które nie zdołało się rozwinąć. Płacili od włóki po groszy 30, a więc najwyższy podatek łanowy. W województwie krakowskiem 62 miasteczek posiadało razem włók 566, wypada więc średnio na jedno 9 włók, niedużo tedy. Ale różnice pomiędzy gminami miejskiemi są olbrzymie, np. miasto Kraków nie posiada zgoła ról miejskich, a Stary Sącz ma ich 40, Lipnica nawet 43, Brzeziny w województwie łęczyckiem posiadały włók 77. Cały podatek łanowy miejski dawał skarbowi około 6,500 złp., mniej więcej czwartą część szosu.

Letuwini miast nie zakładali i aż do XIX wieku po miastach wogóle nie mieszkali. Na Rusi litewskiej były grody dawnych osad wojskowych waregskich, które stopniowo zamieniały się w miasta. Wszystkie one były wielkoksiążęcą własnością, bo w dobrach W. Księcia zakładane. Tworzenie gmin prawdziwie miejskich zaczyna się ku końcowi XV wieku, a władza próbuje "lokować" je na "prawie niemieckim", t. j. według systemu autonomji miejskiej, na wzór miast w Polsce prawa "magdeburskiego" używających. Ale państwo litewskie nie sprzyjało rozwojowi miast. W Polsce rozkwitłszy świetnie- upadły szybko; na Litwie nie zdążyły nigdy rozkwitnąć. Były one nawet w wieku XVI przeważnie drobnemi mieścinami, miasteczkami, a rzekome ich mieszczaństwo utrzymywało się głównie z rolnictwa na podmiejskich włókach.

Siedzieli po miastach Rusini i Polacy. Tamci poczucia narodowego żadnego nie mieli, ale dzieliło i odróżniało jaskrawo jednych od drugich wyznanie. Polski, znaczyło: katolicki; ruski znaczyło: prawosławny. W stolicy państwa, w Wilnie, zarząd miasta składał się po połowie z katolików i prawosławnych. Stykanie się dwóch wyznań, i to z obrządkiem całkiem odmiennym, nadawało miastom litewskim na każdym kroku cechę pewnej odrębności. Cierpiała na tem wielce zwartość jakiejkolwiek organizacji. Po wsiach ludność prawosławna a katolicka nie mieszała się, gdyż były całe krainy tylko prawosławne i inne, wyłącznie katolickie; po miastach jednakże to i tamto wikłało się na każdym kroku. Była o tem mowa, jako cechy były organizacjami religijnemi, rodzajami bractw religijnych. Przeszczepiono je z Polski na Litwę i pierwsze cechy były niewątpliwie całkiem katolickie. Ale napływająca czeladź już była obydwóch wyznań. Czyż można było nie przyjmować do nauki prawosławnych terminatorów? Zanim minęło jedno pokolenie, cech znajdywał się wobec kwestji zrobienia majstrem prawosławnego czeladnika. Skoro uczynił zadość warunkom majsterstwa, nie można było nie robić go majstrem, a zatem trzeba go było przyjąć także do cechu. Póki ich było kilku, płacili składki i wkładki na równi z katolickimi członkami cechu, nie dbając o to, że część tych pieniędzy idzie na kościelne cele cechu, t. j. do kościołów katolickich. Ale kiedy ich było już kilkunastu w cechu, chcieli mieć swój prawosławny ołtarz w prawosławnej cerkwi, toteż musiało się to skończyć na podwójności cechów: gdzie tylko ilość rzemieślników zezwalała na to, było po dwa cechy w każdem (o ile możności) rzemiośle: polski i ruski. W wielu wypadkach pozostawali atoli wszyscy we wspólnej organizacji, a wtenczas w ustawie cechowej było przepisane, ilu ma być starszyzny z katolików, a ilu z prawosławnych; grosz zaś kościelny zbierała sobie każda strona osobno. U kupców nie spotykamy takich rozmaitych zastrzeżeń, bo stan kupiecki nigdy się na Litwie nie rozwinął, ani nawet należycie nie zorganizował. Kupców było stosunkowo tak niewielu, że każdy z osobna wchodził osobiście w bezpośredni stosunek do władz miejskich. Obchodzili się bez organizacji zawodowej. Smutna historja miast litewskich tłumaczy się tem, że nim stan miejski zdołał się rozwinąć, już Żydzi byli panami miast.

Do swoistych urządzeń miast litewskich należały t. zw. "wchody". Były to służebności mieszczan na gruntach niemiejskich, oddalonych znacznie od miasta, nieraz aż kilkanaście mil. Mieszczanie posiadali np. prawo wrębu w najbliższej puszczy "gospodarskiej", czyli, jakby powiedziano w Koronie, w lasach najbliższej królewszczyzny. Zdarzało się, że służebność tego rodzaju przysługiwała im w posiadłości prywatnej. W takich lasach, wcale do miasta nie należących, mieli też prawo wygonu, t. j. wypasania bydła, czasem i koszenia siana. Często posiadali prawo "wstępu" do rzek i jezior dla rybołóstwa. Rzadziej zdarzało się prawo polowania na zwierza w cudzej knieji, obciążonej taką służebnością, lub też prawo utrzymywania pasiek i podbierania barci. Na pierwszem miejscu chodziło zawsze o prawo pobierania drzewa, i to nie na handel, lecz do własnych celów budowlanych, boć te miasta były drewniane. Do celów handlowych służyły tylko rybne służebności - zresztą chodziło o zaspokojenie potrzeb własnych, którym miasta te nie byłyby sprostały bez pomocy państwa. Państwo nadawało im te służebności - w przywilejach wielkoksiążęcych - bo mieszczanie byli za ubodzy, żeby móc kupić sobie to, po co służebność taka pozwalała im... jechać kilka, czasem kilkanaście mil. Są to przywileje ludzi mających ogromnie dużo wolnego czasu, którego nie mają sposobności obrócić na zarobek; są to urządzenia społeczności prymitywnej. A zostały te "wchody" aż do końca Rzpltej.

Roli było w Wielkiem Księstwie więcej, niż w Koronie; toteż choć rola gorzej była obrobiona i chociaż znaczna część leżała pustką, jednakże łanowe, poradlne, czyniło z Litwy niemal tyleż, ile z Korony. Natomiast wszelkie inne źródła dochodów dawały na Litwie bardzo niewiele. Miast było mniej i jeszcze uboższe od polskich mieścin.

Wielkie Księstwo litewskie stanowiło wprawdzie państwo osobne, ale o własnych siłach nie mogłoby istnieć ani roku. Było za ubogie, żeby móc uczynić zadość wymaganiom choćby jednej tylko wojny! Gdyby nie poparcie Polski, byłoby musiało uledz Moskwie już w XVI wieku. Powiększenie dobrobytu na Litwie stanowiło konieczność państwową dla wspólnej polsko-litewskiej państwowości. Ale bliższe rozważanie tej sprawy przekracza ramy tematu niniejszej książki.

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści