Feliks Koneczny - "Dzieje administracji w Polsce w zarysie"

Od roku 1295, od koronacji króla Przemysława, nastaje okres państwa opartego na społeczeństwie. Niebawem nastąpiła reakcja z powodu rządów czeskich, lecz społeczeństwo polskie podjęło z niemi zaraz walkę, jako z ustrojem państwowym społeczeństwu narzuconym. Od roku 1306 zaczyna się zwycięstwo państwa narodowego nad obcem, dynastycznem; chociaż następcy Wacławów, królowie czescy z dynastji Luksemburgów podnieśli również uroszczenia do polskiego tronu, nie udało im się zasiąść na nim; społeczeństwo obroniło wolę swą.

W roku 1306 zjechali się w Krakowie przedstawiciele szlachty ziemi krakowskiej, sandomierskiej, kujawskiej, sieradzkiej i łęczyckiej i uznali Władysława Niezłomnego swym wspólnym władcą. Każda z tych ziem, stanowiąca osobne księstwo okresu dzielnicowego, zapraszała z osobna Władysława na tron swego księstwa, do siebie na pana. Była to wspólnie dokonana elekcja wszystkich tych dzielnic. Chodziło o to, żeby uniknąć zarzutów i usunąć wszelki pozór prawny do roszczeń o następstwo w tej czy owej dzielnicy, czy to ze strony innych Piastów, czy też cudzoziemskich dynastów. W taki przezorny sposób dokonywano łączenia ziem polskich w nowe królestwo.

Nowe państwo miało stanowić federację dzielnic. Nigdy też nie przestały istnieć podziały według dawnych księstw dzielnicowych. Pozostały one w ciele Rzeczypospolitej, jako jednostki historyczne i jako dzielnice administracyjne; jako województwa i t. zw. ziemie, obszarem mniejsze, ale odrębnie administrowane. Każda kraina polska, choćby najmniejsza, jeżeli stanowiła kiedykolwiek osobną dzielnicę książęcą, zachowywała do końca swą odrębność autonomiczną. Zewnętrznym tego symbolem było pozostawienie wszystkich urzędów dworskich dawnych księstw i księstewek, zamienionych na województwa i ziemie. Urzędy te, pozbawione wszelkiego znaczenia praktycznego, stały się tytularnemi dostojeństwami; istniały, bo nikt ich nie znosił, a nie znoszono ich, bo nikomu nie były szkodliwe, a mieściły w sobie pewne wspomnienia historyczne i łączyły się z tradycją danej krainy. Potem nawet po powiatach bywali urzędnicy dworscy Króla Jegomości: podstoli, cześnik, koniuszy i t. p. Kiedy król podróżując stawał na granicy powiatu, witali go i obejmowali swą "służbę", którą też pełnili, aż król dojechał do granicy drugiego powiatu. To wszystko pochodziło z czasów dzielnicowych, z czasów przed rokiem 1295, po większej części przed 1340, a dochowało się aż do r. 1795 i było przechowywane z całą powagą. Osobne sejmiki dokonywały wyboru tych "dostojników" pozbawionych wszelkiego znaczenia; szlachcic ubiegał się o to, by zostać "krajczym" lub "strukczaszym", bo to był honor, połączony z prawem używania tytułu "Jaśnie Wielmożny". Może Czytelnik uśmiecha się, boć to jest trochę zabawne? Ale w Anglji jest całkiem to samo! Tam również nie znoszono nigdy niczego, co nikomu nie zawadzało; tam do dnia dzisiejszego istnieją stare tytuły i niby urzędy; tam uczeni mężowie, słynni na cały świat z odkryć naukowych, bywają... łucznikami Jego Królewskiej Mości i zjeżdżają na uroczystości publiczne w kostjumie Lucznika z XV wieku i nikt nie widzi w tem nic śmiesznego. Siła społeczna olbrzymia społeczeństwa angielskiego, ta siła, która wydała z siebie taką potęgę polityczną, czerpie ożywcze soki z tradycji narodowej. W Anglji tradycja jest świętością; była nią dawniej w Polsce, i dlatego dochowała się ta symbolika odrębności autonomicznej.

Organizowało się tedy nowe królestwo polskie, państwo Władysława Niezłomnego, i Kazimierza Wielkiego, jako państwo decentralistyczne. Jest to ustrój, przy którym jak najwięcej władzy administracyjnej pozostaje na miejscu, a jak najmniej spraw zastrzeżonych jest dla władzy centralnej.

Średnim wiekom obcą była wogóle centralizacja; wtedy wszystko bywało decentralistyczne i to nawet na dwa sposoby. Nietylko według obszaru, według danego okręgu, ale jeszcze bardziej według przynależności stanowej.

Państwo średniowieczne składało się z t. zw. "stanów", z których każdy miał autonomję. Ilość takich politycznych stanów bywała w różnych państwach rozmaita (w Niemczech przeszło 300). Państwo polskie Władysława Niezłomnego, Kazimierza W. i ich następców składało się z trzech stanów gromadnych, zbiorowych. Stanów osobistych w Polsce nie znano, t. j. nie mogła być "stanem" osoba pewna (jak w Niemczech), lecz tylko zbiorowość osób.

Wielmożowie nie tworzyli wcale "stanu", t. j. nie stanowili żadnej organizacji z określonemi wobec państwa prawami.

Każdy stan rządził się swem własnem prawem stanowem. Państwo średniowieczne nie znało prawodawstwa ogólnego, jednakowego dla wszystkich mieszkańców kraju, ale każdy stan, każda warstwa społeczna miała swoje urządzenia, zastosowane do własnych swoich potrzeb. Były też w Polsce trzy stany: duchowieństwo, szlachta, mieszczaństwo.

Duchowieństwo rządziło się swojem prawem kościelnem, kanonicznem. Organizacja Kościelna była we wszystkich krajach europejskich jednaka, kierowana z Rzymu. Prawo kanoniczne tyczyło się wszystkich krajów katolickich jednako.

Organizacja ziemiańska była w Polsce odmienną, niż na Zachodzie. Tam nie należał do organizacji państwowej nikt kto nie posiadał ziemi na własność. W całem ustawodawstwie Kazimierza Wielkiego - o którem zaraz będzie mowa - ciągle jest mowa o kmieciach. Ilekroć jest mowa o właścicielach ziemi, t. j. o "żołnierzach", o szlachcie, zaraz i za każdym razem jest przy tem także mowa o kmieciach. Prawo ziemskie objęło tedy także lud rolniczy. Stan kmiecy, odrębny pod względem społecznym, należy w ustawodawstwie Kazimierza Wielkiego do stanu politycznego ziemiańskiego.

Mieszczaństwo nie wyrobiło się w Polsce należycie na stan polityczny, jak to było na Zachodzie, gdzie kwitnęły związki miast, bywały ich wspólne zjazdy, organizacje, narady i uchwały obowiązujące w miastach stowarzyszonych; bywały nawet władze wspólne nad wielu miastami równocześnie, nad całemi ich związkami (np. w Niemczech Hanza). U nas każde z miast z osobna podlegało królowi, nie mając z innemi miastami stosunków poza handlem. Mieszczaństwo w Polsce stanęło w połowie drogi, jako stan. Nie można go było za Kazimierza W. dopuszczać do zupełnego rozwoju autonomicznego, skoro mieszczaństwo wrogie było jego ojcu, wrogie narodowemu państwu polskiemu i zachodziła wciąż jeszcze wówczas obawa, żeby miasta nie zwróciły się ponownie przeciwko polskości Polski!

Ponad stanami stał król ze swymi urzędnikami. Gdzieby trzy obowiązujące prawa stanowe stanęły sobie w czemkolwiek na zawadzie, rozstrzygać miał król. W sporach między stanami odnoszono się do króla. Tak naprzykład krzyżowało się prawo ziemskie z magdeburskiem: jakiemuż prawu miał podlegać szlachcic, o ile przebywał w mieście, lub nabył tam posiadłość? Rozstrzygnął to król Kazimierz W. na korzyść prawa ziemskiego. A z drugiej strony uwolnił król mieszczan od podatków ziemskich od gruntów posiadanych przez mieszczan w obrębie dwóch mil za miastem.

Nie można było należeć do dwóch stanów; nie można było podlegać dwom prawom równocześnie.

Zachowywanie porządku pomiędzy stanami należy do króla i jego urzędników; o porządek zaś w obrębie stanów każdy stan sam się starał.

Król zawiadywał przez swych urzędników tem wszystkiem, co nie było sprawą jednego stanu, lecz całego państwa. Należą tedy do króla bez ograniczenia polityka zewnętrzna i sprawy wojskowe. W tych dwóch dziedzinach pozostał król panem samowładnym. Za Kazimierza W, nastąpiło to tylko ograniczenie, że na wyprawie poza granicami państwa wojsko utrzymuje się kosztem nie własnym, lecz państwa (kosztem "królewskim"}. Do króla też należy budowa nowych grodów.

Cel ustawodawstwa i całej administracji wyrażony jest jasno we wstępie do pierwszego statutu, pierwszego ustawodawczego wiecu wiślickiego z roku 1346: "... ażeby był jeden król, jedno prawo i jedna moneta". Tak pojmowano tedy istotę państwa.

Zastał król Kazimierz dwóch królów polskich, bo czescy uważali się wciąż jeszcze za władców Polski; zastał rozmaitość praw w dzielnicach dawnych książęcych i moneta krążyła najrozmaitsza. Po latach dwudziestu doprowadzono do tego, iż w zakresie prawa magdeburskiego było ono jednakowe w całej Polsce od roku 1365, a w zakresie ziemskiego od roku 1368.

Wspierali króla uczeni mężowie, których pamięć należy przekazywać z pokolenia w pokolenie: Jarosław Bogorya Skotnicki, arcybiskup gnieźnieński; Janusz Suchywilk Strzelecki, tamtego siostrzeniec i następca; Spytek Melsztyński, kasztelan krakowski (dawny powiernik Władysława Niezłomnego) i w czasach późniejszych Jan Rzeszowski. Skotnicki kształcił się w Bolonji we Włoszech; Rzeszowski pozostawał w stosunkach z drugim uniwersytetem włoskim, w Padwie, i syna tam posyłał także. Tenże Rzeszowski bardzo był czynny około przygotowań do założenia własnego polskiego uniwersytetu, co nastąpiło w roku 1364.

Król reprezentował całe państwo, wszędzie był najwyższym sędzią i szafarzem dobra państwowego. Nie był jednak monarchą absolutnym, absolutyzmu, samowładztwa wieki średnie nie znały. Władza królewska jest w całej Europie ograniczoną prawami "stanów", które król musi uszanować.

Król nie jest prawodawcą sam z siebie, lecz sam prawom podlega, a posiada tylko moc interpretowania, t. j. wyjaśniania i rozstrzygania, gdy nasuwają się wątpliwości, jak w pewnym wypadku prawo rozumieć należy. Prawodawstwo nowe może powstać tylko za zgodą stanu, którego ma dotyczyć, na zjeździe jego przedstawicieli, byle odbytym w obecności króla, a zatem zwołanym przez niego samego (inaczej nie przybyłby na zjazd!). Niema tedy prawodawstwa bez króla, tem bardziej niema go wbrew królowi; król musi w tem uczestniczyć i dać swą zgodę, - lecz król sam nie może nic.

Jako zwierzchnik odpowiedzialny za wszystkie stany i całe państwo, musi król mieć urzędników, których władza nie byłaby ograniczoną żadnym okręgiem administracyjnym; urzędników najwyższych. Za Kazimierza Wielkiego ustanowione były tylko trzy takie wielkie urzędy królewskie, na całe państwo: Marszałek był naczelnikiem dworu królewskiego i obejmował władzę naczelną wszędzie, gdziekolwiek król przebywał, jeżdżąc zawsze z monarchą. O trzy mile od miejsca, w którem król przebywał, obowiązywały znacznie surowsze kary za wszelkie przestępstwa kryminalne (na samym dworze królewskim samo dobycie oręża pociągało za sobą karę "na gardle").

Również podróżował z królem ciągle kanclerz, przechowujący pieczęć królewską; był to zwierzchnik kancelarji, przez którą przechodziły wszelkie dokumenty królewskie, państwowe; dlatego też należały do niego stosunki z innymi monarchami, a więc był to dostojnik państwowy do polityki zagranicznej, zewnętrznej.

Trzeci z najwyższych urzędników, podskarbi królewski, był zawiadowcą dochodów państwowych, a więc dóbr ziemskich królewskich i podatków. Z ziemi niczyjej porobiły się gospodarstwa na rzecz skarbu królewskiego, stąd dobra te zwano królewszczyznami. Zarządzali niemi podwładni podskarbiemu wielkorządcy, prokuratorowie i włodarze.

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści