Feliks Koneczny - "Dzieje administracji w Polsce w zarysie"

Dalszy rozwój administracji w Polsce w obrębie stanów ziemiańskiego i miejskiego, pozostaje w związku z reformami dokonanemi za panowania Kazimierza Wielkiego. Reformy towarzyszą wszystkim dniom tego panowania. Żadna z nich nie była próżnem eksperymentowaniem. Przygotowywano je na wiecach ustawodawczych, odbywanych w Wiślicy i Piotrkowie kilka razy. Nie tykając zasadniczych cech polskiego ustroju społecznego, umiano pogodzić nowości potrzebne dla rozwoju życia zbiorowego z tradycją, która jest kośćcem wszelkiego trwałego ustroju.

Cała sprawa reform zaczęła się od tego, że chodziło o powiększenie obronności kraju. Usuwając rozmaite dawne urządzenia wojskowe postanowiono w t. zw. ustawodawstwie wiślickim 1347 roku, że każdy właściciel ziemski musi być żołnierzem, bez względu na to, czy posiada ziemię mocą nadania na prawie wojskowem, czy też wywodzi tytuł własności wyłącznie ze starego prawa rodowego. Połączenie miecza i pługa w jednem ręku uczyniono obowiązkiem. Stanęła zasada, że kto chce ziemię posiadać, ten sam jej bronić musi.

Zwiększyła się przez to znacznie ilość żołnierza, skoro wszyscy przymusowo przechodzili na prawo wojskowe. Tyczyło ono odtąd wszystkich potomków starych związków rodowych i znaczyło to samo, co prawo "szlacheckie". Każdy właściciel ziemi, każdy członek dawnego rodu z czasów ustroju rodowego - był szlachcicem. Szlachcic a ťrodowiec", znaczy to samo. Utarły się też na oznaczenie tej warstwy społecznej trzy wyrażenia, posiadające zupełnie to samo znaczenie; ziemianie, rycerstwo, szlachta. Jeżeli nabył ziemię ktoś nie pochodzący z dawnych rodów, stawał się także żołnierzem. W ustawodawstwie Kazimierza W. czytamy też o żołnierzach ze sołtysów i z kmieci. Dzierżawca, pracujący na cudzem, mógł się dorobić własności i nie bywało żadnych przeszkód, żeby nie mógł jej nabyć.

Skoro służba wojskowa ciążyła na ziemi, nastawało pewne przeciwieństwo pomiędzy interesem państwa a Kościoła, gdyż właściciele dóbr duchownych na wojnę chodzić nie mogli. Każda nowa darowizna na rzecz Kościoła uszczuplała tedy wojsko królewskie. Postanowiono w r. 1368 w t. zw. ustawodawstwie piotrkowskiem, jako ziemia, która raz już była na "prawie wojskowem", musi na zawsze przy tem prawie pozostać, w czyjekolwiek przeszła by ręce. Samo duchowieństwo uznało konieczność takiego przepisu. Tylko te nadania kościelne wolne były od służby wojskowej, które pochodziły od samego króla; z innych dóbr muszą duchowni wyszukać na swój koszt ochotników na zastępstwo.

Kmieć nie służył wojskowo, bo nie posiadał ziemi na własność. Wyraz "kmieć" zmieniał w ciągu wieków swe znaczenie. Za czasów Kazimierza W. oznaczał ten wyraz dzierżawcę, biorącego grunt w dzierżawę wieczystą i dziedziczną. Jeżeli właściciel sam organizował w swym majątku osadę dzierżawców i sam był przedsiębiorcą, werbującym przybyszów na dzierżawy, natenczas też on sam stanowił władzę administracyjno-sądową dla swych kmieci. Jeżeli zaś właściciel użył do tego pośrednictwa "osadźcy", ten osadźca stawał się dziedzicznym sołtysem wsi.

Kmieć mógł zmieniać dzierżawę, gdyż był człowiekiem zupełnie wolnym; mógł nawet porzucić całkiem zawód rolniczy. Prawo nie robiło pod tym względem ograniczeń innych ponad te, których wymagała słuszność i prosty rozsądek. I dzisiaj istnieją przepisy, ażeby przeszkodzić nieuczciwym czy lekkomyślnym dzierżawcom, żeby się nie przenosili z gruntu na grunt, nie uczyniwszy zadość swym obowiązkom. Miał jednak kmieć zawsze prawo opuścić grunt bez wypowiedzenia, choćby natychmiast, gdyby właściciel skrzywdził na honorze jego żonę lub córkę, lub gdyby wieś znalazła się bez nabożeństw z powodu klątwy rzuconej na właściciela, dłużej niż rok. W r. 1345 zakazano przeprowadzać egzekucji sądowej przeciw właścicielowi na gruntach oddanych w dzierżawę.

Za Kazimierza Wielkiego wzmaga się ogólny prąd za samorządem. Nadawano go również wsiom od dawna istniejącym i ustanawiano w nich sołtysów i ławników. Sołtysi mieli być pośrednikami pomiędzy szlachtą a kmieciami. Nie wytworzyli jednakże takiej warstwy pośredniej, gdyż zaczęli sprzedawać szlachcie swe sołectwa, a uzyskany z tego kapitał szedł na robienie interesów po miastach, albo też na kupno ziemi w innej okolicy, gdzie zacierali za sobą ślady pochodzenia i wsiąkali w warstwę szlachecką. Szlachcic kupował sołectwo chętnie, bo były to grunty zazwyczaj najlepiej zagospodarowane, a przytem monopol młyna i karczmy - a do tego jeszcze władza sądowa nad ludnością wsi w pierwszej instancji. Szlachcic, będący zarazem sołtysem w swojej wsi, stawał się tedy zwierzchnikiem kmieci.

Stosunki prawne obydwóch warstw rolniczych, szlachty i kmieci, stanowią odtąd t. zw. prawo ziemskie. Obok niego istnieje prawo magdeburskie dla miast, o czem była już powyżej wzmianka. Tu zajmiemy się nieco bliżej sprawą administracji miejskiej. Nie piszemy historji miast w Polsce, nie będziemy więc wchodzić w szczegóły zbyt specjalne - ale trzeba o władzach miejskich wiedzieć coś więcej ponad samo stwierdzenie, że były autonomiczne, bo urządzenie prawne miasta, będąc z konieczności bardziej skomplikowane od administracji sielskiego kraju, jest przez to samo wielce pouczającem. Zachodzi też nawet pewna "aktualność", żeby nas bardziej zaciekawiać sprawami miejskiemi: Upadek miast w Polsce stał się w historji narodowej fatalnym zwiastunem upadku państwa. Obecnie odebraliśmy nasze miasta od państw zaborczych (oprócz może Poznania i kilku jeszcze miast wielkopolskich) w stanie upadku wprost przeraźliwego. Co będzie z nami, jeżeli tych miast nie podźwigniemy i nie wytworzymy z nich ognisk życia narodowego, bezwzględnie polskiego? To też kogo interesują dzieje administracji, winien poświęcić nieco więcej stosunkowo czasu na organizację miast; a miejmyż otuchę, że nie zabraknie nam specjalistów, badających przeszłość urządzeń miejskich w Polsce ze stanowiska prawa administracyjnego.

Jak wiemy, skutkiem najazdów mongolskich trzeba było odnawiać i wsie i miasta. Bywało, że wieś powstawała i zagospodarowywała się na nowo drogą naturalną, gdy wróciła szczęśliwie na zgliszcza reszta "rodowców" danego miejsca, a choćby jedna tylko rodzina i zaczęto na nowo od małej osady, która rozwijała się z biegiem czasu przez rozrodzenie i powolny dorobek Ale droga naturalna musiała być w warunkach ciężkich wyludnionego kraju nader powolną. Bez osadnictwa cudzoziemskiego byłaby Polska długo, bardzo długo w znacznej części pustynią (Małopolska głównie).

Wsie i miasta, osadzane na nowo, lub też i nowo zakładane przez obcego osadnika, przybywającego gromadnie, od jednego razu, powstały sztucznie, według pewnego z góry powziętego planu. Przybysze byli już przedtem mieszczanami gdzieś w Niemczech, szli zaś do Polski, ażeby uzyskać lepsze warunki w walce o byt. Oni mieli już swoje zwyczaje prawne, swe urządzenia, do których przywykli, a które gotowe przenosili do Polski. Zważmy również, że także książę polski, zakładający czy wznawiający miasto, korzystał już z doświadczenia nabytego na dawnych podegrodziach i w targowych osadach, z których drogą naturalną wytwarzały się dalej miasta polskie, gdyby nie najazdy mongolskie. Obecnie miało się już powzięte z góry pewne postanowienia, plany, miało się w myśli pewien zarys urządzeń. Toteż administracja także z góry była obmyślana, i to w całym swym zakresie. Administracja miejska miast nowych powstawała drogą legislatoryjną; była dokładniejszą, zupełniejszą, ściślejszą, bo przewidującą z góry według przykładów zaczerpniętych po miastach niemieckich. A zatem była to droga nie ze wszystkiem sztuczna, boć uwzględniająca doświadczenie i przenosząca wzory już wypróbowane, a nie nowe wymysły. Sztucznem to było tylko wobec stosunków polskich, względnie sztuczne, lecz nie bezwzględnie.

Jak już powiedziano wyżej, wzorem bywała najczęściej administracja przyjęta w Magdeburgu; ale wytwarzały się pewne dodatki skutkiem tego, że przedsiębiorca, dostarczający osadnika miejskiego, musiał być odpowiednio wynagrodzony. W Niemczech powstał urząd wójtowski, jako zastępujący księcia, władcę kraju, a więc był to z razu urząd państwowy, który dopiero stopniowo i ewolucyjnie zamieniał się w autonomiczny. W Polsce osadźca miejski zostawał wójtem dziedzicznym, zupełnie tak samo, jak sołtysem na wsi. Otrzymał on na swą własność dziedziczną znaczniejszą znacznie od osadników "parcelę" (żeby dla ułatwienia użyć nowoczesnego wyrazu miejskiego), zazwyczaj sześciokrotnie większą; prawo zakładania w dowolnej ilości kramów, jatek, młynów na swej posiadłości, z całkowitem zwolnieniem od czynszów do skarbca państwowego (książęcego, królewskiego), czyli: wójt wolny jest od podatków dziedzicznie, t. j. wolni są od nich wszyscy jego potomkowie. Z pokolenia w pokolenie przywilej ten stawał się cenniejszym, bo podatki stawały się coraz wyższe, a rozrodzeni potomkowie pierwszego wójta posiadali coraz więcej sklepów, jatek i t. p. i często niejeden młyn. Nietylko wójt sam nic nie płacił do skarbca królewskiego, ale miał udział w tem, co inni płacili, czyli: jemu ze skarbca publicznego płacono. Każdy mieszczanin płacił państwu podatek, mianowicie czynsz od swego gruntu i domu, tudzież od przedsiębiorstwa, z którego się utrzymywał, od sklepu (kramu, jatki) lub warstatu; z tych zaś podatków wójt pobierał dla siebie zazwyczaj część szóstą, czasem nawet piątą. Pobierał też trzecią część opłat sądowych. Za to obowiązany był wójt do stawiennictwa wojennego, podobnież jak sołtys wiejski, podczas gdy inni mieszczanie obowiązani byli do służby wojennej tylko w razie oblężenia miasta.

Majątek wójta ulegał rozdrobnieniu pomiędzy dziedziców, a skutkiem tego przechodziły też pewne prawa wójtowskie na różne osoby, działkami. Po dłuższym czasie rozmaite wolne od podatku kramy, parcele, młyny znajdują się w ręku rozlicznych osób. Ponieważ stanowią one własność nieograniczoną, więc wolno je sprzedawać; tak tedy przechodzą one częstokroć w ręce osób nie należących bynajmniej do potomstwa osadźcy. Sprzedawane były razem z wolnością podatkową. Sprzedający zarabiał na sprzedaży coraz więcej, skarb publiczny coraz więcej tracił. W miastach począł się wytwarzać uprzywilejowany stan wójciego potomstwa tudzież osób, które mogły od wojcich potomków odkupywać ich prawa. Oczywiście zawadzało to coraz bardziej porządnej administracji, toteż musiało się obmyśleć na to środki.

Osadnicy, którzy przybyli z osadźcą, ponosili trud i ryzyko nie poto, żeby potem ktokolwiek miał zbierać owoce ich pracy i zabiegów; oni zakładali miasto dla siebie i swych dzieci. To takie proste. Obywatelami miasta (cives) mogli być tylko oni, ich potomstwo, tudzież osoby, którym oni obywatelami być pozwolą. Kto nie należy do potomstwa pierwszych osadników, musi nabyć obywatelstwo miejskie, co wcale łatwem nie było. A tylko posiadającym prawo obywatelstwa w danem mieście wolno prowadzić w tem mieście przedsiębiorstwo zarobkowe na własny rachunek (to znaczy utrzymywać sklep, kantor, warstat i t. p. pod własną firmą). Wieki dawniejsze nie znały zgoła wolności zarobkowania, gdzie się komu podobało. To nastało aż dopiero w XIX stuleciu. Każde miasto dostarczać miało zarobków samodzielnych tylko swym własnym obywatelom, ani też nieruchomości posiadać na prawie miejskiem nie mógł nikt, kto nie miał prawa obywatelskiego.

Uzyskać obywatelstwo mógł nowy przybysz, jeżeli wykazał przedewszystkiem dokumentami urzędowemi, że w poprzednich miejscach pobytu dobrze się sprawował i że jest ślubnego pochodzenia; musiał przedstawić t. zw. "list dobrego urodzaju i zachowania". Rozumiało się samo przez się, że musiał być chrześcijaninem; Żyd prawa obywatelstwa nie mógł żadną miarą otrzymać. Co ciekawsze, że nie chciano przyjmować nowych obywateli bezżennych; musieli się zobowiązać, że w ciągu roku ożenią się, i dać na to "poręczycieli"; domagano się również, żeby w ciągu roku nabyli lub wystawili sobie jaką realność. Nie można było być obywatelem miejskim, nie posiadając własnego domu. Łatwo się domyśleć, o co tu chodziło: o córki obywatelskie. Kto z przybyszów uchodził za pożądanego zięcia, ten mógł być pewnym, że prawo miejskie otrzyma. Było to przyżenianiem się do dawnego mieszczaństwa, które w taki też sposób głównie się kompletowało i wciąż odnawiało po kądzieli.

Wszyscy pierwotni obywatele tworzyli odrębne między sobą "pospólstwo". Wyraz ten posiadał znaczenie wielce zaszczytne, później dopiero miał zmienić znaczenie. Wyraz ten był najdawniejszem tłumaczeniem łacińskiego wyrazu: "communitas", t. j. zrzeszenie się, społeczność miejska. Wyrazy zmieniają w ciągu wieków znaczenie, powszechny to objaw we wszystkich językacn, i jest już od tego osobna specjalność w naukach filologicznych. Nazwano rzecz po polsku pospólstwem, chcąc wyrazić, że obejmuje się w tem "wszystkich pospołem". Wszakżeż szlachta używała tego samego wyrazu na oznaczenie swoich terytorjalnych zrzeszeń.

Pierwotne "pospólstwo", zwoływane przez wójta, uchwalało postanowienia lokalne, o ile one mieściły się w ramach prawa magdeburskiego. Uchwały te, zwane "wilkierzami", wymagały zatwierdzenia przez władzę państwową, z początku przez samego księcia, następnie przez króla. Po pewnym czasie pospólstwo poczynało być zbyt liczne, toteż wilkierze wychodziły tylko od "starszych", t. j. od zwierzchników cechowych i kupieckich, zwoływanych w tym celu, i nie wymagają już potwierdzenia od władzy państwowej, reprezentowanej przez wojewodę w miastach większych, przez starostę po mniejszych. Były zastrzeżone niektóre tylko sprawy, w których "wilkierz" zawsze zatwierdzenia takiego wymagał.

Pospólstwo dzieliło się według zajęć zarobkowych na dwie kategorje, na kupców i rzemieślników. W obydwóch zajęciach istniały trzy szczeble: terminatora, pomocnika czyli czeladnika i majstra lub samodzielnego kupca. Wszyscy zajęci w pewnem rzemiośle tworzyli cech, posiadający swoje władze z wyboru członków cechu. Pełnoprawnymi członkami byli tylko sami majstrowie, posiadając czynne i bierne prawo wyborcze; wybierali radę cechową (wydział) z cechmistrzem na czele. Wszyscy cechmistrze mogli w razie potrzeby utworzyć ogólną radę cechowego pospólstwa; instytucja ta jednak nie była stałą. Czeladź wybierała także swoją radę, lecz z nieznacznemi kompetencjami; rada ta służyła jako organ pośredni do porozumiewania się ogółu majstrów z ogółem czeladzi; zresztą czeladź pozostawała pod opieką cechu, a każdy czeladnik z osobna pod opieką majstra, u którego pracował. Wyzwolić się na majstra mógł taki tylko czeladnik, który posiadał prawo obywatelstwa. Kto nie pochodził z rodu mieszczańskiego danego miasta, miał drogę otwartą przez ożenek z córką którego z majstrów. Podobnież zorganizowani byli kupcy w stowarzyszenia (kongregacje) według rodzajów handlu, gdzie była ich większa ilość; gdzie nie było ich na tyle, stanowili wszyscy razem jedną organizację. Rozumiało się samo przez się, że tylko chrześcijanin mógł tu być członkiem. Tak kongregacje, jakoteż cechy były zarazem stowarzyszeniami religijnemi, rodzajem bractw, z własnym ołtarzem w pewnym kościele, zamożniejsi z własną kaplicą i t. p.

Po pewnym czasie było "pospólstwa" za dużo, żeby było zwoływane na ogólne zebrania celem uchwalenia wilkierzy; poprzestaje więc wójt na zwoływaniu starszyzny cechowej i kupieckiej (cives seniores). W taki sposób wytwarza się po miastach pewna warstwa, dość zamknięta w sobie, jakby specjalnie wyznaczona do sprawowania rządów; możnaby powiedzieć: wielmożowie miejscy; a przyjęli też potem nazwę łacińską, oznaczającą nie co innego: patrycjat miejski. Była to warstwa konserwatywna, a przestrzegająca autonomji zrzeszeń miejskich jak najskrupulatniej.

Jeszcze nam daleko do obrazu administracji miejskiej; oznaczyliśmy zaledwie z grubsza pierwotne zasadnicze linje - ale właśnie może w takim najprymitywniejszym szkicu tem przejrzyściej wypadnie orjentować się we właściwościach tej administracji. Działanie jej rozległe. Obejmuje ona wszystko to, co dziś podpada pod ustawę przemysłową, pod pobór i wymiar podatków, i znaczną część urzędowania dzisiejszej policji. A do tego wszystkiego jeden urząd wójtowski i władze stowarzyszeń zawodowych kupieckich i rzemieślniczych. Kto może wykonywać "proceder", jak i gdzie, czy lokal stosowny, czy może trzymać czeladź i terminatorów, to wszystko załatwiała starszyzna cechowa sama. Żaden urząd państwowy ni miejski nie był do tego potrzebny - a czyż rzemiosła nie kwitnęły i czy nie było mieszczan bogatych? Każdy cech sam sobie ustanawiał przepisy. Nietylko nie było wolno wykonywać rzemiosła bez jego zezwolenia, ale cech przepisywał, w jaki sposób to rzemiosło ma być wykonywane, ilu czeladników komu wolno trzymać, jakich trzymać się prawideł w stosunku do innych majstrów i t. d. Ustawy cechowe były tak obmyślane, żeby się jeden nie bogacił nazbyt ponad drugiego i kosztem drugiego, żeby posiadający większy kapitał nie niszczył dobrobytu osób mniej zasobnych. Dawne czasy nietylko nie uznawały t. zw. wolnej konkurencji, ale były jej stanowczo przeciwne. A wszystko to powstało z dążności do tego, żeby zabezpieczyć obfitość chleba miejskiego dla własnego potomstwa. Na dnie wszystkich dawnych urządzeń miejskich tkwi pewna patrjarchalność.

Stan kupiecki okazał się w dochowywaniu owych pierwotnych przepisów mniej konserwatywnym od rzemiosł. Tłumaczy się to tem, że w kupieckim stanie więcej było napływu żywiołów nowych, z poza potomstwa pierwotnych osadników mieszczańskich. Kupiec jest bardziej wędrowny od rzemieślnika; rzemieślnik wędrował tylko za młodu, dla uzupełnienia swej nauki zawodowej, a potem siedział całe życie na jednem miejscu. Kupiec zawsze odbywa podróże kupieckie, jeżeli nie chce pozostać kramarzem prostym. Druga okoliczność, wprowadzająca w stosunki kupieckie więcej żywiołu obcego, wynika z tego, iż kupcy często potrzebują spółek, i to z kupcami z innych miejscowości, gdy tymczasem rzemieślnik rzadko kiedy do zakładania spółki się ucieka. Z tych powodów stan rzemieślniczy był bardziej rodowym, bardziej zwartym familijnie, a kupiecki szybko się z tego ograniczenia rodowego emancypował - i dlatego mniej w nim było patryarchalności, mniej pierwiastka familijnego.

Z zebrań starszych cechowych wytwarzała się stopniowo instytucja rady miejskiej. Lokacje miast nowszych mówią od razu o urządzeniu rady. Radziectwo wymagało niemało czasu, a więc przez to samo dostępne było tylko zamożniejszym i sama ta okoliczność starczyła, żeby siłą faktów radziectwo ograniczyć do patrycjatu. A ponieważ handel bogacił szybciej i częściej, niż warstat, po pewnym czasie patrycjat składał się po wszystkich miastach (nietylko w Polsce) tylko z kupców. Rządy miasta wymykały się z rąk rzemieślników, a skupiały się coraz bardziej w ręku kupców. Wtenczas siłą rzeczy musiało się w końcu zebrać na pewien antagonizm i rzemieślnicy rozpoczęli zabiegi, żeby nie stać się w mieście warstwą nawet prawnie drugorzędną, żeby prawa swe zachować. Zwrócili się o opiekę do władzy państwowej.

Za Kazimierza W. władza królewska postanowiła, że rada ma być w połowie z kupców, a w połowie z rzemieślników. Król wydał to postanowienie dla Krakowa, ale inne miasta przyswoiły je sobie, nie czekając, aż władza państwowa wda się w ich sprawy. (Rada krakowska była z nominacji wojewody od r. 1312 aż do 1677; za karę za bunt miasta przeciw Władysławowi Niezłomnemu).

Każda rada miejska dążyla do ograniczenia władzy wójta. Dziedziczność wójtostwa, a obok tego powstawanie jakiejś warstwy osób uprzywilejowanych, choć żadnego już urzędu nie pełniących, osób wolnych nawet od podatków - dawały się gospodarce miejskiej we znaki. Najbogatsi nie uiszczali podatków ni państwowych, ni miejskich. Na to wyszły z czasem przywileje wójtowskiego stanu. A jakiem bogactwem było wójtostwo, na to mamy w dokumentach świadectw mnóstwo; szlachcic byłby wielmożą, gdyby posiadał majątek taki, jak wójt średniego miasta. Przytoczmy jeden przykład, nader pouczajączy właśnie dlatego, że wzięty z historyi miasta bardzo drugorzędnego. W mieścinie Wolbromie (w Krakowskiem) zapłacono za czwartą część wójtostwa darowizną wsi i stu grzywnami gotówki, co czyniło jakby drugą wieś; wychodziło więc na to, że wójtostwo wolbromskie warte było ośmiu wsi. Kupno czwartej części wójtostwa oznaczało odstąpienie czwartej części dochodów wójtowskich, a nie udział w samejże władzy urzędowej wójtowskiej.

Sądownictwo osad na prawie niemieckiem zakładanych lub na prawo niemieckie przenoszonych zwracało się z apelacyami do Magdeburga, skąd prawo to miejskie pochodziło. Ażeby przeciąć ten ciągły związek z Rzeszą Niemiecką, ustanowił król sądy wyższe "prawa magdeburskiego" w każdej prowincyi i najwyższy sąd na zamku krakowskim; do tych sądów szły apelacye od sołtysów. Reforma ta dotyczyła również części kmiecego stanu, ponieważ dużo wsi było na prawie niemieckiem. Ten tok instancyj uchwalono na wiecu ustawodawczym całego państwa w roku 1365. System ten trwał jednak nie długo, ponieważ w ciągu XV wieku większość sołectw znalazła się w ręku szlachty, a szlachcic nie mógł podlegać prawu magdeburskiemu, lecz tylko ziemskiemu. Przeszły tedy i stosunki prawne całego stanu kmiecego na prawo ziemskie, a dla apelacyj od wyroku szlachcica - sołtysa, urządzono potem sądy osobne, t. zw. asesorskie nadworne.

Walka rady miejskiej z wójtem rozgrywała się najbardziej na tle sądownictwa miejskiego. Było ono z początku w pierwszej instancyi jakby wójcim monopolem, a trzecia część kar sądowych należała się wójtowi. Sąd na wójta, tudzież apelacya od jego wyroków, należały do t. zw. sądu leńskiego, który składał się z siedmiu sołtysów i wójtów, mianowanych do tego przez władzę królewską. Od r. 1365, szły apelacye do owych sądów wyższych prawa magdeburskiego w Polsce; najwyższą zaś instancyą był "sąd sześciu miast", złożony z ławników, wybieranych po jednym przez sześć miast małopolskich, mianowicie; Kraków, Kazimierz, Wieliczka, Bochnia, Sącz i Olkusz. Potem powstawały podobne sądy wyższe we Lwowie, w Bieczu, Sączu, Sanoku.

Z sądownictwem wyższem nie miała tedy władza wójtowska nic wspólnego. Chodziło o to, żeby i z niższego wójtostwo usuwać; widocznie trudno było sądzić się z osobami stanu wójtowskiego! Najpierw zabezpieczano się przeciwko możliwej samowoli i stronniczości przez uczynienie sądów wójtowskich w sprawach grubszych sądami zbiorowemi (kollegialnemi), przydając wójtowi ławników, z razu trzech, potem siedmiu (w rozmaitych miastach bywało zresztą rozmaicie). Następnie zmuszano wójtów, żeby opłacali ze swego znawców prawa miejskiego, sędziów zawodowych, których zwano podwójcimi (advocatus surrogatus), a którzy wójta wyręczali w sądownictwie, mając do rady dodanych ławników. Ingerencya sądowa wójta ograniczyła się do pobierania części kar sądowych. Zważyć trzeba, że wójtowstwo dziedziczne i sprzedażne dostawało się w rozmaite ręce, nie zawsze powołane; niejeden z wójtów nie posiadał najmniejszych kwalifikacyj na sędziego. Ustanowienie podwójcich prawników było tedy najlepszem wyjściem z tego kłopotu; wójt rad był, że sądzić nie potrzebuje,

Skoro wójtowi w końcu zostały tylko same dochody, bez władzy i bez obowiązków, wójtowstwo stawało się dziwaczną anomalią. Ale średnie wieki nigdy nie tykały niczyich praw, nabytych drogą legalną. Nie pojawiła się nigdzie a nigdzie propozycya, żeby potomstwu wójtów poodbierać, co odziedziczyli, lecz powstaje dążność do wykupywania ich praw przez miasta (jak sołectwa przez szlachtę) - o czem w następnym rozdziale.

Była powyżej wzmianka, jako Kraków miał odjęte prawo wyboru swej Rady w roku 1312, za karę za bunt przeciw Władysławowi Niezłomnemu. Bogate mieszczaństwo sprzyjało Wacławowi czeskiemu, a Kraków nie był samotny; podobneż bunty wybuchały w Poznaniu i innych miastach. Skutkiem tego obcinano mieszczaństwu "magdeburgię", ukracano ich samorząd i administracya miejska nie rozwijała się swobodnie. Ażeby to zrozumieć, wystarczy zważyć, że na ziemiach polskich mieszczaństwo było od najazdów tatarskich niemieckie. Warstwa ta nietylko nie przyczyniła się niczem do wytworzenia państwa polskiego z dzielnic książęcych, lecz przeciwnie, przeszkadzała nieraz dziełu narodowemu, podjętemu przez duchowieństwo i ziemian. Za Władysława Niezłomnego kmiecie stanęli mocno przy królu narodowym, ale miasta dwa razy przeciw niemu się buntowały. Należało tedy dbać o to, żeby miasta niemieckie w Polsce nie urosły w potęgę polityczną - zwłaszcza, żeby między niemi nie wyrobiła się wroga Polsce siła państwowa, żeby nie powstał jaki związek miast niemieckich w Polsce. Dlatego Kazimierz W. osłabiał umyślnie znaczenie i wzrost gminy krakowskiej, chociaż to była stolica i nie pozwalał powstających nowych przedmieść wcielać do Krakowa, lecz zakładał z nich nowe, osobne miasta, (Kazimierz i Kleparz). Podobnej polityki trzymał się król wobec innych miast.

Łatwo było poskramiać miasta dzięki tej okoliczności, że średnie wieki nie znały wolności handlowej. Kupiec miał przepisaną drogę, którędy i jak daleko wolno mu wozić powien towar. Po drodze musiał z towarem wstępować do wyznaczonych z góry miast, posiadających od króla na taki towar "prawo składu"; tam musiał kupiec towar przez czas przepisany wystawiać na sprzedaż. Jeżeli zaś nie wolno mu było już jeździć dalej, musiał towar w takiem miejscu albo całkiem wysprzedać, albo wracać z niewysprzedanym. Krępowanie ruchu handlowego takiemi przepisami miało na celu, żeby zarobek rozdzielać na różne miejsca mniej więcej równomiernie; ale też dzięki temu mógł król trzymać te miasta w swem ręku zręcznym szafunkiem łaski i niełaski. Mógł nadawać prawo składu, mógł je też odebrać i przenieść w inne miejsce. Na przykładzie Krakowa pouczył Kazimierz W. wszystkie inne miasta, że tylko uległością mogą coś zyskać. Ta ekonomiczna zawisłość miast od dworu królewskiego wytępiła wreszcie u mieszczan zachcianki robienia niemieckiej polityki.

Jak widzimy, politycy otaczający króla, t. zw. "szkoła polityczna Kazimierza Wielkiego", nie trzymali się żadnej doktryny, t. j. nie wysnuwali planów swych i postanowień z jakiejś wymyślonej samem tylko rozumowaniem reguły, którąby uznawali za nietykalną - lecz uwzględniali na każdym kroku praktykę życia zbiorowego, pytając, co okazuje się pożytecznem a co szkodliwem dla rozwoju narodowego, dla polskości. Samorząd cenili nadzwyczaj, wprowadzali go, gdzie tylko się dało; ale bez namysłu znosili go, gdzie okazał się szkodliwym polskości państwa polskiego.

Do jakiego stopnia nie trzymano się doktryny, znać z pewnego postanowienia z zakresu sądownictwa. Średnie wieki brały dosłownie, jako król jest najwyższym sędzią; toteż każdą sprawę można było wywołać przed jego sąd najwyższy, który on sprawował osobiście. W Polsce za Kazimierza W. spostrzeżono się na ujemnych stronach tego systemu i sam król postanowił, żeby nie było apelacji od wyroku starosty, a potem także od sądów wiecowych. Według ówczesnych popularnych pojęć mieściło to w sobie nietylko ograniczanie władzy królewskiej, ale też tamowanie biegu sprawiedliwości. A jednak mieli słuszność, ograniczając osobiste sądownictwo królewskie, a później trzeba je było jeszcze bardziej ograniczyć.

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści