Abp. Ignacy Tokarczuk - "Artykuły"

Prawo narodu do istnienia

Czym jest naród? Zagadnienie niesłychanie skomplikowane i bogate w swej treści. Teoretycznie właściwie w pełni nierozwiązane do tej pory. Można je bowiem rozpatrywać z punktu ontologicznego: kiedy się naród zaczyna, jaki jest dalszy los narodów, czym się skończy - obserwujemy przecież w skali światowej zjawisko zanikania różnic pomiędzy narodami. Każdy naród kiedyś, w przeszłości, miał swój sposób bycia, swój sposób ubierania się, budownictwa, wszystko miał swoiste, a dzisiaj wiele z tych dziedzin nabiera charakteru międzynarodowego, natomiast pojęcie swoistości jakby się zacieśniało. Powstaje, więc pytanie: Jak dalece w stosunku do całej ludzkości ma rację bytu naród, jaka jest przyszłość narodu za jakieś parę tysięcy lat?

Tutaj jednak zajmiemy się narodem z punktu widzenia socjologicznego, z pominięciem strony ontologicznej, prawnej czy historycznej. Nie chodzi o analizowanie istoty narodu, ale ukazanie rozumienia pojęcia naród, jako wprowadzenie do właściwych rozważań.

Z socjologicznego punktu widzenia naród jest wspólnotą, jednością duchową, złączoną więzią uczuć, świadomości, przeżyć historycznych i woli trwania w jedności. W pojęciu tym mieści się, więc wspólnota kultury, wspólnota języka oraz pochodzenia.

Pojęcie narodu utożsamia się bardzo często z pojęciem ojczyzny, ale wielu autorów ma zastrzeżenia, co do takiego utożsamiania, bo pojęcie ojczyzny jest bardziej związane z terytorium, natomiast określenie "naród" podkreśla bardziej aspekt wspólnoty duchowej. Warto jednak na to rozróżnienie zwrócić uwagę.

Naród jest, więc wspólnotą duchową, zgodną z prawem natury, a więc i z prawem Bożym. Jest czymś odrębnym od państwa. O przynależności do danego narodu decyduje, więc przede wszystkim rozum i wola człowieka, a nie rasa, bo trudno mówić o całkowitej czystości rasowej jakiegokolwiek narodu, zwłaszcza w Europie.

Istnienie narodu jest nie tylko zgodne z prawem natury, ale jest postulatem prawa natury. Bóg, bowiem stworzył człowieka jako istotę społeczną, ażeby mógł osiągnąć pełne wymiary zamierzeń Bożych, jakie Bóg ma w stosunku do każdego człowieka przy powołaniu go do życia. Człowiek potrzebuje, więc na swojej drodze rozwoju dwóch społeczności: potrzebuje rodziny i narodu. Rodzina daje człowiekowi życie i miłość oraz swego rodzaju zaplecze, zwłaszcza w wieku młodzieńczym - chociaż w pewnym sensie oparcie to potrzebne jest człowiekowi przez całe życie. Naród natomiast daje te wartości, które są potrzebne w dalszym rozwoju do pełni człowieczeństwa, a więc daje kulturę, zakorzenienie w historii, daje język i całe bogactwo własnej kultury.

Tak przedstawia się naród od strony, jak byśmy powiedzieli, subiektywnej, a więc z punktu widzenia każdej istoty ludzkiej. Każda, bowiem istota ludzka do pełni swojego rozwoju potrzebuje właśnie tego szerszego, aniżeli rodzina, zaplecza.

Podchodząc zaś do zagadnienia z płaszczyzny obiektywnej, globalnej, trzeba powiedzieć, że każdy naród jest tak samo potrzebny całej ludzkości. Można porównać całą ludzkość do jakiejś wspaniałej, wielkiej orkiestry, złożonej z niezliczonej ilości instrumentów. Orkiestra wprawdzie zagra, gdy zabraknie poszczególnych instrumentów, ale to nie będzie pełnia możliwości. Natomiast gra wszystkich instrumentów stanowi jakąś wielką, wspaniałą symfonię ludzkości, która wzbogaca wszystkie narody, nie tylko poszczególne jednostki żyjące w tym narodzie, ale właśnie całą ludzkość.

Tak, więc każdy naród jest potrzebny nie tylko dla niego samego, dla członków tego narodu, ale także jest potrzebny całej ludzkości. Takie jest prawo natury, zakorzenione w odwiecznym prawie Bożym. Prawo ludzkie, międzynarodowe, w zasadzie też stoi na tym stanowisku, chociaż nieraz praktyczne postępowanie wielu państw i mocarstw jest przeciwne tym zasadom, które zostały przez niepodpisane i uznane. Oczywiście, to prawo każdego narodu do istnienia nie ma charakteru bezwzględnego, to znaczy niezależnego od człowieka, ale w pewnym sensie charakter względny, tzn. że dany naród, ażeby istniał, musi tego chcieć, musi wszystko robić w tym kierunku, ażeby się rozwijać, ażeby swoje istnienie jak najbardziej przedłużać w przyszłość.

Ponieważ jednak w człowieku z pierwiastkiem duchowym nierozerwalnie związane są i pierwiastki materialne, powstaje, przeto więź narodowa. Chociaż główny rdzeń jest natury duchowej, powstaje ta więź nie tylko pod wpływem przeżyć duchowych, lecz także materialnych. Do przeżyć duchowych będzie należała przede wszystkim kultura narodowa i dzieje narodu, do materialnych zaś terytorium i pochodzenie etniczne.

Z pojęciem narodu łączy się bardzo ściśle obowiązek miłości narodu, czyli patriotyzm, który jest przyrodzoną cnotą społeczną. Święty Tomasz z Akwinu stawia miłość ojczyzny na trzecim miejscu po miłości Boga i rodziców. Miłość ojczyzny jest bardzo ważnym ogniwem realizacji przykazania miłości bliźniego, danego nam przez Jezusa Chrystusa. Tak pojęta miłość ojczyzny nie ma w sobie elementu nienawiści w stosunku do innych narodów; prawdziwy patriotyzm jest, bowiem daleki od wszelkiego rodzaju nacjonalizmu czy szowinizmu. Można to ująć w następujących stwierdzeniach: po pierwsze - prawdziwy patriotyzm każe swój naród i wszystkie jego wartości kochać, ale równocześnie szanować wszystkie wartości innych narodów; po drugie - prawdziwy patriotyzm nie jest postawą zamkniętą, ale postawą otwartą: chce swój naród prawdziwie wzbogacić. Jeśli więc widzi jakieś wartości, stara się nimi - niezależnie od ich pochodzenia - o ile tylko są to wartości autentyczne, wzbogacić swój naród. Dlatego też prawdziwy patriotyzm nigdy nie doprowadzi do palenia książek w obcym języku, do niszczenia zabytków obcej kultury - bo swoje kocha, a obce szanuje jako wartości, z których skorzystać mogą wszyscy.

Trzeba to sobie jasno uświadomić, bo często pojęcie patriotyzmu może być zafałszowane choćby przez nacjonalizm czy szowinizm, co do niczego pozytywnego nie prowadzi. Warto o tym pamiętać, gdyż niektóre nawet stronnictwa przedwojenne, które bardzo afiszowały się katolicyzmem, w sobie jednak ten nacjonalizm czy szowinizm miały, co więcej, nieraz nawet pewne warstwy duchowieństwa i Kościoła takie stanowisko uważały za swoje. W gruncie rzeczy jest ono sprzeczne ze stanowiskiem chrześcijańskim.

Także dzisiaj obserwujemy próby odnowienia tych kierunków pod bardzo chwytliwymi hasłami, które są często bardzo dalekie od postawy autentycznie chrześcijańskiej. Nie wystarczy, bowiem wystawić nawet bardzo katolicki szyld, kiedy treści niezgodne są z postawami humanistycznymi i katolickimi. Próbuje się i dziś lansować podobne hasła, wzbudzać rozmaite fobie i nacjonalizmy w stosunku do rozmaitych grup, także takich, które u nas właściwie już nie istnieją. A to nam bardzo szkodzi w skali międzynarodowej, jak też zatruwa pojęcie autentycznego patriotyzmu, autentycznej miłości Ojczyzny.

Patriotyzm prawdziwy, szanujący wartości innych, otwarty, prawdziwie wzbogaca człowieka, natomiast każdy szowinizm czy nacjonalizm uboży człowieka: zarówno pojedynczego, który ten pogląd wyznaje, jak też całą społeczność.

Patriotyzm jest postulatem prawdziwego ducha chrześcijańskiego. Nie będę wspominał o obecnym Ojcu Świętym, u którego kwestia patriotyzmu przewija się na każdym kroku. Wspomnę jego poprzedników, choćby Piusa X, który w Liście apostolskim z 10 kwietnia 1909 r. powiada, że patriotyzm nie jest nienawiścią do innych narodów, lecz miłością. To samo wcześniej podkreślał Leon XIII, mówiąc, że prawo naturalne każe nam kochać w szczególny sposób kraj ojczysty i swoich rodaków i to do tego stopnia, że w razie potrzeby prawdziwy syn ojczyzny nie waha się oddać największej ofiary za swój naród.

Naród jest inną rzeczywistością niż państwo, chociaż najlepsze warunki dla rozwoju narodu są wtedy, kiedy naród ma własne państwo. Naród posiadający własne państwo nie zawsze się z tym państwem pokrywa, bo czasem państwo ma szerszy zakres niż dany naród, a czasem węższy. W takiej sytuacji jest nasz naród - wiadomo przecież, że wiele milionów Polaków mieszka poza granicami kraju, nie tylko za oceanem, ale i bliżej, o czym się czasem zapomina lub mało mówi o prawie upominania się o nich. Oni są też cząstką narodu.

Prawo narodu do rozwoju

Naród nie jest strukturą statyczną, wykończoną raz na zawsze; jest czymś dynamicznym, rozwijającym się, gdyż, dlatego, żeby trwał, musi się rozwijać - kto nie idzie naprzód, ten się cofa. Można wymienić wiele wartości, dzięki którym naród może się rozwijać. Są to wartości konieczne, nieraz conditio sine qua non dla rozwoju narodu:

 1.  Wolność i suwerenność narodu. Brak wolności wypacza człowieka. Znamy dzieje wielu narodów, obok naszego, które wskutek niewoli doznały wielu krzywd, wiemy ile tam powstało wykrzywień i urazów. Potrzeba potem wiele czasu, aby je wypełnić, ale najłatwiej pozbyć się ich w atmosferze wolności i suwerenności. Tak jak drzewo przywalone głazem nie chce umrzeć, chce żyć i rozwijać się, ale przywalający głaz nie pozwala mu rosnąć prosto, więc rośnie krzywo, tak też naród niemający wolności w jakimś sensie rośnie krzywo, ma rozmaite bolączki. Przypomina się tu doskonała ilustracja: córka Marii Skłodowskiej-Curie opisuje w pamiętniku taki epizod, o którym matka często wspominała - gdy była ona uczennicą gimnazjum polskiego w Warszawie, daleko przed I wojną światową, przyszła wieść o zamordowaniu w Moskwie cara. Wszystkie dziewczynki wyszły z lekcji i zaczęły tańczyć z radości. Skłodowska mówiła: gdybyśmy byli wolni, nigdy byśmy tego nie robiły, bo przecież nie jest normalną rzeczą cieszyć się, tańczyć i śpiewać, gdy ktoś został zamordowany. Ale właśnie niewola wypacza.

Kiedy się potocznie mówi o wolności, wydaje się, że jest to sprawa bardzo jasna. Któż nie pragnie wolności? Gdy się jednak przystąpi do szczegółowej analizy tego, co to wolność, okazuje się, że jej pojmowanie jest bardzo zróżnicowane. Wielu formułuje definicje, które właściwie nie mają nic wspólnego z autentyczną wolnością. Trzeba, więc to zagadnienie z grubsza przynajmniej uporządkować.

Jeden z filozofów amerykańskich podzielił kiedyś wolność na dwie kategorie: wolność "od" i wolność "do". Wolność "od" jest to ta wolność, którą można by nazwać wolnością konsumpcyjną, która nie chce żadnych skrępowań, żadnych powiązań: pragnie uwolnić cię od przepisów, od przykazań Bożych, od wszystkiego, co stawia pewne tamy. Jest to właściwie wolność negatywna, która do niczego pozytywnego nie prowadzi - jest zaprzeczeniem wolności.

Natomiast "do" jest to dążenie do stworzenia takich warunków życia, ażeby i poszczególny człowiek, i całe społeczeństwo mogli w pełni realizować najwyższe swoje zadania.

Kiedy więc tu mówimy o prawie do wolności, mamy na myśli przede wszystkim taką właśnie wolność, a nie wolność anarchistyczną, konsumpcyjną, negatywną. Mówimy o wolności pozytywnej, twórczej, która do czegoś prowadzi i która coś człowiekowi daje.

Mówiąc o wolności, trzeba zrobić jeszcze jedno rozróżnienie. Myślimy często tylko kategoriami politycznymi, myślimy o wolności politycznej, która jest niezmiernie ważna: naród do niej musi dążyć i musi ją mieć; ale zapomina się często o równie ważnej, a może nawet ważniejszej, bo stanowiącej korzeń wszelkiej innej wolności - wolności od wszelkiego zniewolenia wewnętrznego, moralnego. Nieraz widzimy tylko wolność zewnętrzną. Czasem zazdrościliśmy narodom zachodnioeuropejskim i innym, że tę wolność mają, ale przy tym zapominaliśmy, że problem wolności i u nich jest relatywny, gdyż jest tam wiele zniewoleń wewnętrznych, moralnych, (choć i u nas ich nie brakuje).

Ojciec Święty w swej katechezie do narodu bardzo silny nacisk kładł właśnie na wolność od zniewoleń wewnętrznych. Niejednokrotnie one właśnie prowadzą do zniewolenia zewnętrznego, politycznego czy społecznego. Wystarczy wspomnieć alkoholizm - to nie jest tylko sprawa moralna. Każdy alkoholik, każdy pijący w nadmiarze, jest sojusznikiem sił, które chcą naród zniewolić i systematycznie niewolą. To sobie jasno i otwarcie powiedzmy.

Tak samo narkomania, rozbicie rodziny, demoralizacja młodzieży. Nie jest to rzecz nowa. Pamiętamy, że w XIX w. na Uniwersytecie Wileńskim, chcąc odciągnąć młodzież od zainteresowań społecznych, próbowano wciągnąć ją w rozpustę i pijaństwo. Działalność Filomatów i Filaretów dowodziła o bezskuteczności tych zabiegów.

Dlatego też nasze pojęcie wolności trzeba koniecznie pogłębić. Społeczeństwo musi wiedzieć, że jedną z zasadniczych podstaw wolności politycznej i społecznej jest obrona przed zniewoleniem wewnętrznym, moralnym; bez wolności nie ma prawdziwego rozwoju narodu, tylko rozwój kulawy, niewydobywający najlepszych wartości narodu.

Z pojęciem wolności łączy się suwerenność. Mówi się czasem o tym, że dziś nie ma państw suwerennych, gdyż wszystkie są powiązane w rozmaite związki. To prawda, zwłaszcza, że o tym, czy dane państwo miało wstąpić, decydowano nie we własnym kraju, ale za granicą. Na tym polega różnica - gdy państwa łączą się w związki, ale decyzja taka zapada we własnym kraju - jest to znak suwerenności. Kiedy natomiast decyzja podejmowana jest poza krajem, suwerenności brak.

 2.  Drugim dobrem, koniecznym dla rozwoju narodu, jest prawo do własnej kultury narodowej. Prawo nie tylko do tożsamości, lecz także do bogacenia tej kultury. Dwie są miary wartości kultury narodowej: pierwsza to zdobycze, jakie naród osiągnął poprzez wieki, a druga to zdolność asymilacyjna kultury danego narodu, a więc zdolność przyciągania nie mieczem, nie gwałtem, nie siłą, ale wartościami, które dana kultura posiada.

My jesteśmy od 200 lat, wskutek utraty niepodległości i ciągłej walki o nią, obolali i czasem na skutek tego brak nam może w pełni obiektywnego spojrzenia nawet na naszą przeszłość i zobaczenia własnych pozytywów. Zapytajmy o to demografów. Otóż demografowie, wychodząc z przyjętej gęstości zaludnienia (4 osoby na km kw.), obliczają liczbę ludności polskiej za czasów Chrobrego na około milion. I raczej liczba ta jest zawyżona aniżeli zaniżona. W tym czasie Ruś Kijowska liczyła 4,5 mln, a Niemcy ponad 5 mln. W XIV wieku Polacy stanowili tylko 15 procent wobec zaludnienia Niemiec. Mimo jednak słabego potencjału ludnościowego naszego narodu, naród ten odgrywał większą rolę niżby potencjał ludnościowy na to pozwalał. Popatrzmy, więc, ilu z jednej strony kolonizatorów niemieckich przyjęło kulturę polską, która miała swoistą siłę przyciągającą. Przecież Polacy budowali wszystko od zera. Niemieckie państwo, jak wiemy z historii, powstało przynajmniej w części na dziedzictwie imperium rzymskiego, miało tradycje kulturowe i gospodarcze; u nas zaczynało się wszystko od zera - wśród lasów, pól i łąk, jakie tu wtedy były. A jednak coś ta polska kultura miała w sobie, co pociągało. Nawet w okresie zaborów.

W zaborze austriackim np. utworzono szereg kolonii niemieckich i austriackich, nie było polskiego państwa, a jednak ludzie ci spolonizowali się - bez żadnego nacisku, gwałtu czy przymusu. A więc ta kultura polska w sobie coś miała.

Znamy narody o wielkiej kulturze materialnej, ale o małej sile przyciągania. Natomiast polski dorobek, zarówno ekonomiczny, jak i społeczny, w pierwszych stuleciach nie był taki wielki, było jednak w psychice, duszy słowiańskiej, polskiej coś, co jednoczyło przybyszów z zachodu, południa i także ze wschodu. Przypomnijmy sobie problem szlachty ruskiej.

Także ostatnie choćby, współczesne fakty wskazują na to. Pamiętam, gdy pracowałem na Warmii, z parafii, gdzie byłem proboszczem, wyjechała na zachód jedna z rodzin. Matka była urzędniczką w województwie, niewiele zarabiała. Po wyjeździe początkowo była zafascynowana nową sytuacją, bo wszystko, co było jej potrzebne, mogła sobie kupić. Przysyłała do znajomych listy: początkowo entuzjastyczne, po 2-3 latach jednak ich tonacja zmieniła się. Stwierdziła: Owszem, tutaj materialnie jest lepiej, ale w Polsce, choć byłam tylko maszynistką, wszystkich nas traktowano jednakowo. A tutaj są kasty, jest arystokracja, na nas patrzą z góry. My to czujemy.

Właśnie ta kultura polska coś miała w sobie, mimo trudności i skomplikowanych warunków.

Po odzyskaniu niepodległości w 1918 r., kiedy trzeba było nadrabiać wszelkie zapóźnienia, w ciągu 18 lat zrobiono bardzo wiele: zjednoczono naród, wprowadzono wiele innowacji gospodarczych - na miarę ówczesnych możliwości techniki i zasobów materialnych. Nie było jednak tej siły przyciągającej. Polska była bardzo uboga, nie miała siły atrakcyjnej ani na granicach zachodnich, bo ogólny stan kraju był niższy, ani też na wschodzie, gdzie socjalizm miał jeszcze jakiś błysk przyszłościowy, siłę przyciągającą w postaci nadziei. A proszę popatrzeć dzisiaj: kultura polska ma wielką siłę przyciągającą. Chłop polski, wyzyskiwany, w porównaniu z kołchoźnikiem jest panem. Tamci biedni ludzie patrzą na nas często tak, jak my patrzymy na kraje najwyżej stojące, np. na Amerykę.

Niejednych zadziwia u nas wolność religijna, przez społeczeństwo wywalczona. Pytają nas nieraz: Czego wy jeszcze chcecie? Żebyśmy my mieli to, co wy macie! Polskie audycje, czasopisma i książki są naprawdę rozchwytywane. To jest właśnie ta siła atrakcyjna, która przysparza narodowi i liczbę mieszkańców, i siłę moralną. Kiedy porównamy te 15 procent z XIV w. z oboma państwami niemieckimi, a następnie ze zjednoczonymi Niemcami, to dzisiaj mamy 50 proc., a to już coś znaczy. I wielkie prawo moralne do obrony naczelnych wartości całej ludzkości.

 3.  Trzecim warunkiem rozwoju narodu jest prawo do ziemi. Jest jakiś bardzo bliski, nierozerwalny związek każdego narodu z ziemią. Naród zapuszcza w ziemię swoje korzenie, czerpie z niej siły, wszystko z niej czerpie. Jest ona ciągle źródłem jakiegoś odradzania się moralnego. Zwłaszcza dzisiaj, wobec zagrożenia środowiska, wiemy jak to jest ważne. Kiedyś, kiedy były czyste wody i czyste powietrze, nie wiedziano, że to kiedyś będzie problem krajowy czy nawet światowy. Dzisiaj to już jest problem. Dlatego też ziemia dobrze uprawiana, dobrze utrzymana, jest siłą narodu.

Ziemię tę trzeba rozumieć dwojako: jest to ziemia, na której naród siedzi, która musi mieć odpowiednią powierzchnię, a równocześnie ziemia w sensie rolnictwa. Trzeba tu mocno podkreślić, jakim wielkim błędem było, z punktu widzenia polskiej racji stanu, tworzenie wielkich PGR-ów. Urzędnik to jest piasek lotny: dziś może być tu, jutro kilkaset kilometrów dalej. Natomiast rolnik zakorzenia się swoją pracą, swoją miłością, on zakorzenia cały naród i to stanowi siłę narodu i jego przyszłość. Popatrzmy na nowoczesny Izrael - on nie miał tradycji rolniczych, jednak tworzy warstwę rolniczą, wielkim kosztem to się czyni, bo czuje się, że naród bez tej warstwy, bez zakorzenienia, też jest tylko lotnym piaskiem, który można zdmuchnąć z tej czy z tamtej strony.

Polska polityka agrarna była tak błędna, że przecież państwo dopłacało ogromne pieniądze rocznie do każdego hektara ziemi upaństwowionej. Natomiast rolnika indywidualnego niszczyło się, obarczało ciężarami ponad siły, ale to on, mimo takich warunków, zapewnia trwanie narodu, jego zakorzenienie się, szczególnie tu, na Ziemiach Odzyskanych. Oczywiście, jakiś mały obszar pod uprawy kulturowe, np. nasiennictwo, powinien być uspołeczniony, ale gros ziemi powinno być w rękach gospodarstw rodzinnych. Wtedy i chleb byłby, i do chleba byłoby wszystko, a przede wszystkim naród by się zakorzeniał.

Nie brak w Polsce ludzi, którzy chcą w rolnictwie pracować. Tworzy się nowoczesny typ polskiego farmera, który ma już opanowaną technikę i potrzebne wykształcenie: To nie jest ten zabiedzony, ciemny chłopek z XIX w. Kiedy rozszerza się trochę wolność dla rolników, widzimy, jak ci ludzie wyrastają.

Lansowało się teorię, że wielki przemysł jest źródłem bogactwa. Tymczasem zapotrzebowanie na żywność jest wielkie. Świat zapłaci każdą cenę. Jeszcze tradycja naszego rolnika nie jest zniszczona, jeszcze chęć do pracy jest i rolnictwo by nawet ekonomicznie przyniosło wielkie wartości dla całego narodu i państwa. Dania np. nie buduje wielkiego przemysłu, a wiadomo, jakim jest od dawna społeczeństwem: i bogatym, i kulturalnym, i rozwiniętym.

Polska potrzebuje zdrowej polityki agrarnej, zdrowej reformy rolnej, gdyż reforma to jest właśnie uzdrowienie struktury agrarnej, a ona w Polsce wciąż choruje na rozdrobnienie i brak komasacji. A gdy komasację gdzieś się u nas robi, to tak, żeby wszystkich ludzi skłócić. Taka komasacja mija się z celem.

 4.  Żeby naród rozwijał się, potrzeba mu solidnej, rzetelnej pracy. Oczywiście, zagadnienie to jest niezmiernie skomplikowane; nie sposób go tu całkowicie ogarnąć. Warto jednak zwrócić uwagę na naszą sytuację. Może znów dla ilustracji przykład. Gdy pracowałem na Warmii, dojeżdżałem do parafii niedaleko Olsztyna. Od dworca kolejowego podwoził mnie na miejsce swoim motocyklem pewien Warmiak, który kiedyś spytał wprost:

- Jestem stolarzem - powiada - pracuję w Olsztynie na budowie. Co robię, zwykłem robić solidnie: drzwi, okna, podłoga, wszystko ma być solidne. Nigdy nie wykonałem normy. Żona się denerwuje, dzieci też, koledzy się śmieją i mówią wreszcie: Słuchaj, ty tak nie wytrzymasz, rób z grubsza, wtedy wykonasz normę i będziesz zarabiał. Ja zacząłem tak robić - ciągnął - ale czuję, że nie tak powinno być, że to nie jest praca. Nie daje mi to satysfakcji, zresztą kieruję się sumieniem. Co ja mam robić?

To pytanie prostego stolarza pokazuje problem dzisiejszego pracownika w Polsce, robotnika w Polsce, gdyż jest jakaś wielka demoralizacja pracy, utracenie godności pracy. Oczywiście, gdybyśmy mówili: ludzie pracujcie, pracujcie na każdym stanowisku, bylibyśmy naganiaczami niewolników. Ale z drugiej strony, skoro zagadnienie istnieje, nie można przejść obok niego obojętnie. Dlatego trzeba mówić o pracy, ale w kontekście prawa człowieka pracującego, w kontekście wolności, w kontekście jego podmiotowości, ażeby on decydował o tym, co się wypracuje, jak się wypracuje, na co zarobek pójdzie itd.

Wracając do strony praktycznej: nie wszyscy pracują na posadach państwowych. Jest wielu zatrudnionych w innych dziedzinach, nieobjętych tak ścisłymi rygorami. Ale jednak i tam, wszędzie, wdziera się zaraza lekceważenia pracy. Dlatego o sprawie tej trzeba mówić, w całej jej złożoności: żebyśmy nie byli naganiaczami niewolników, ale też nie rezygnowali ze stawiania wymagań. Zwłaszcza tam, gdzie człowiek jest wolny, gdzie sam sobie dyktuje normy, powinien solidnie, rzetelnie pracować; tam zaś, gdzie są normy, człowiek winien domagać się sensu pracy, jakiegoś ładu, powinien wskazywać na nonsensy, wykazywać to, że pomieszanie dwóch płaszczyzn: ideologii z gospodarką prowadzi do nieporozumień. Są to różne dziedziny i nie można ich mieszać: w ekonomii decydują prawa ekonomiczne, a nie prawa ideologii. Bez pracy naród właściwie nie ma szans rozwoju. Tym, czym narody będą ze sobą rywalizowały, czym już rywalizują, jest właśnie praca, rzetelna, solidna praca.

Łączy się z tym fakt poniżania pracy umysłowej, intelektualnej. Nie chodzi o to, żeby prosty robotnik nie zarabiał na utrzymanie - niech zarabia jak najwięcej; ale ktoś, kto ma za sobą wyższe studia, kto poświęcił się kulturze narodowej, bez której przecież nie ma rozwoju, powinien otrzymywać jakieś sprawiedliwe wynagrodzenie, godne jego przygotowania i wysiłku. Szanujemy każdą sprzątaczkę jako człowieka i pracownika, ale paradoksem jest, że sprzątaczka nieraz zarabia tyle, co człowiek o najwyższych kwalifikacjach. Jest to niszczenie własnej kultury, własnego dorobku i niebezpieczeństwo zniszczenia elity twórczej, bez której nie ma perspektyw rozwoju.

Naród, aby mógł się rozwijać, potrzebuje także obecności i pracy Kościoła. Bez tego, zwłaszcza w trudnych sytuacjach, nic nie wyjdzie. Pomijam tutaj naturalnie względy zasadnicze, religijne, mówię tylko o sprawach doczesnych, społecznych. Obecność i praca Kościoła jest jak najbardziej potrzebne narodowi.

Jest jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności historycznych, że w Polsce pomiędzy Kościołem i narodem jest jak gdyby równoległość rozwoju. Nigdy nie było jakichś zasadniczych konfliktów na tym odcinku i dlatego, gdy naród był wolny, to i Kościół był wolny, gdy Kościół był uciśniony, to i naród doznawał ucisku. Tę prawidłowość historyczną jeszcze bardziej potwierdziły i pogłębiły czasy ostatniej wojny i powojenne. Inaczej układało się to np. u naszych pobratymców z południa, gdzie z powodu wyniszczenia kiedyś szlachty czeskiej, z powodu zgermanizowania w pewnym okresie Kościół czeski był w dużym stopniu opanowany przez duchowieństwo niemieckie i niejednokrotnie nie było równoległości, ale krzyżowanie się interesów narodu i Kościoła. Nie byłoby kwestii Cyryla i Metodego, gdyby było inaczej. Zaczyna się tam powoli rodzić nowa sytuacja - w bólu i cierpieniu rodzi się to, co u nas jest od tysiąclecia - owa równoległość, która jest wielką siłą i mocą dla naszego narodu, dla naszego społeczeństwa. W trudnych sytuacjach naród ma, bowiem, na kim się oprzeć.

Trzeba tu wspomnieć o jeszcze jednym zagadnieniu: Kościół a polityka. Kościół można pojmować w różnym sensie; w znaczeniu szerokim pojmujemy Kościół jako cały Lud Boży, w którym większość stanowią ludzie świeccy, do którego należy i duchowieństwo z Ojcem Świętym. Ludziom świeckim więcej wolno, nie angażują, bowiem całości Kościoła, nie angażują Kościoła hierarchicznego. Gdy chodzi o duchowieństwo, trzeba tu odróżnić, ogólnie rzecz ujmując, dwa rodzaje polityki: 1) polityka jako dążenie do władzy poprzez swoje stronnictwo, poprzez jakiś ruch itd. Tego duchowieństwo nie powinno robić. Doświadczenia historyczne pokazały, że prowadzi to donikąd. Prędzej czy później kompromituje to Kościół, a z drugiej strony, gdy naród będzie potrzebował autentycznego nauczania kościelnego, nie znajdzie go. Ucierpią też na tym struktury społeczne i polityczne. 2) Polityka jako troska o życie wspólne w domu ojczystym jest nie tylko dopuszczalna, ale jest obowiązkiem. Ewangelia jest nauką, która naświetla wszystkie problemy każdego pokolenia i wszystkie te problemy trzeba owym ewangelicznym światłem rozświetlić, pokazać, jak one po ewangelicznemu powinny wyglądać. Dlatego też głoszący hasło "kaznodziejstwa czystego" właściwie sprowadzają je do tego, że pod tym hasłem uprawiają konformizm i wygodnictwo. A trzeba pamiętać, że jeśli przez 40 lat nie mówiło się pewnych rzeczy, to potem w oczach społeczeństwa katolicyzm jest też jakiś kulawy, bo zabrakło mu całej prawdy, całego ducha Ewangelii.

Kościół naturalnie nie może utożsamiać się z żadnym państwem, bo jest czymś szerszym metafizycznie, teologicznie, jest ponadprzestrzenny i ponadczasowy. Tym bardziej nie może utożsamiać się z jakimś jednym ruchem, najbardziej nawet słusznym i sprawiedliwym, bo się w nim nie zmieści, bo najbardziej nawet godny ruch danego czasu jest zbyt wąski, żeby cały świat ogarnąć. Z drugiej jednak strony Kościół, każący służyć człowiekowi, nie może być obojętny na to, co z tym człowiekiem się dzieje. Przecież św. Tomasz z Akwinu, mnich z XIII wieku, zdawałoby się oderwany od życia, mówił, że do życia moralnego, uczciwego, konieczne jest pewne minimum dobrobytu, potrzebny jest także jakiś ład społeczny, bo każdy chaos utrudnia ludziom życie moralne.

Choćby więc z tego względu musimy się tymi problemami zająć, a z drugiej strony Kościół musi być po stronie cierpiących, po stronie uwięzionych, bitych, prześladowanych za słuszną sprawę, a nawet musi być przy więźniach, którzy za swoje winy cierpią, bo każdy człowiek powinien mieć ze strony Kościoła jakieś wsparcie moralne.

Kościół nie może się dać zinstrumentalizować. Wysiłki w tym kierunku trwają 50 lat: najpierw żeby wykopać przepaść między Kościołem i narodem, a potem żebyśmy w jedną trąbkę dmuchali. Czasem jednak i inne ruchy chciałyby nas zinstrumentalizować, sprowadzić do roli narzędzia - też nie wolno, bo byśmy Kościół zubożyli. A my najlepiej narodowi i wszystkim będziemy służyć, kiedy będziemy tym, czym jesteśmy, dając pełny obraz nauki Jezusa Chrystusa.

W związku z tym powstaje nieraz problem mówienia o moralności narodu. Rozmaite czynniki chciałyby moralizować, upominać "niesforny" naród, bo on wszystkiemu jest winien. Tymczasem takie tanie moralizowanie do niczego nie prowadzi. Jest ono często niesłuszne, nieobiektywne, bo nie bierze pod uwagę warunków. Prawdziwe odrodzenie narodu wtedy nastąpi, gdy narodowi pokaże się jakieś dalekosiężne perspektywy, horyzonty, zasady, prawdy, o które dzisiaj cały świat walczy. Równocześnie narodowi trzeba dać możność czynu, bo jak kiedyś Szczepanowski w XIX wieku napisał: "Polaka rozkłada bezczynność, natomiast dać Polakowi czyn, wtedy się go najbardziej uszlachetnia, wydobywa jego talenty i zdolności". Potrzeba więc i dzisiaj organizowania wzajemnej samopomocy, która będzie czynnikiem łączącym cały naród, aby tworzył prawdziwy sojusz i chłopsko-robotniczy, i chłopsko-inteligencki, i kościelno-narodowy. A więc wszelkiego rodzaju samopomoc, tworzenie życia kulturalnego, dopomaganie. Mamy wielu ludzi utalentowanych, którzy chcą służyć - trzeba to wykorzystać, ażeby stworzyły się struktury, które by nawet najprostszym ludziom pokazały sens, dały jakiś oddech, dały równocześnie jakąś możliwość wzniesienia się ponad codzienne utyskiwania i braki szarego życia.

Dlatego trzeba nam dzisiaj iść w głąb, trzeba dać narodowi katolicką naukę społeczną - jest to pierwszy postulat - ponieważ przychodzi czas, że znowu nasz naród, od chłopa i robotnika do inteligenta, będzie myślał, będzie dyskutował, będzie głosował, będzie decydował o obliczu narodu. A od czasu niewoli przerwana została tradycja. My wszyscy wiemy, czego nie chcemy, ale często nie wiemy, czego chcemy. Trzeba dlatego dać ludziom podstawy katolickiej nauki społecznej, żeby ją przemyśleli, żeby byli przygotowani na ten czas, kiedy będzie się decydowało o obliczu gminy, fabryki, narodu i państwa.

Ten czas już nadszedł, dlatego naszym wielkim zadaniem jest dać czyn, dać perspektywy, pokazać szerokie horyzonty, że jesteśmy w pierwszej linii jakiejś globalnej walki. Naród pozbędzie się wtedy, pomimo swego nieraz ubóstwa materialnego, kompleksu niższości, bo zobaczy, jaką wielką służbę spełniamy wobec siebie, wobec całej ludzkości. To, co naród nasz w tej chwili przeżywa, jest jakimś wielkim egzaminem historycznym, egzaminem dojrzałości, co zawsze jest trudne, ale jego zdanie podniesie nas naprawdę na wysoki poziom. Dlatego czasy wymagają, żeby iść w głąb. Jeden z naszych historiozofów porównał dwa narody: Japonię i jednego z sąsiadów Japonii. Japonia, mały, prężny kraj, naród mający tylko 16 proc. areału rolnego, żeby się wyżywić, musiał gdzieś iść. Kiedy nie wpuszczono go gdzie indziej, poszedł w głąb siebie: zaczęto wydobywać z siebie zdolności, wypracowywać talenty - i wypracowano. Dzisiaj imponują całemu światu. A sąsiad rozwiązywał swoje problemy zaborczością - nie szedł w głąb, tylko wszerz.

Przed nami stoi zadanie, ażebyśmy dzisiaj szli w głąb siebie i wydobywali te wielkie wartości, które tkwią w duszy naszego narodu. Trzeba też narodowi pokazać, o co się toczy dziś walka, żeby drzewo naszych trudności nie zasłaniało lasu problematyki.

W 1834 r. ks. Felix Lamennais, przyjaciel Mickiewicza w pierwszym okresie, spisał taką wizję czasów, które nadchodziły: "Pewnego razu zeszli się z sobą rządcy tego świata i wtedy jeden z nich tak przemówił: Moi bracia, lud zaczyna się niepokoić, wulkan grozi wybuchem, cóż czynić, ażeby zgładzić wolność, bo jeżeli jej panowanie rozpocznie się, nasze ustanie. Nasza sprawa jest wspólna, niech każdy powie, co mu się zda dobrem - oto moja rada: przed przyjściem Chrystusa któż nam zawadzał? To religia Jego nas gubi - wytępmy religię Chrystusa! I wszyscy odpowiedzieli: wytępmy religię Chrystusa!

Potem drugi zbliżył się do tronu, wziął czaszkę ludzką, nalał krwi, wypił i rzekł: Nie samą tylko religię trzeba wytępić, ale zarazem prawdziwą naukę i myśl, bo nauka chce to wiedzieć, czego dla naszego dobra i bezpieczeństwa ludzie wiedzieć nie powinni, a myśl sprzeciwia się zawsze władzy. I wszyscy odpowiedzieli: Prawda, wytępmy prawdziwą naukę i myśl.

Potem trzeci wstał i uczyniwszy to, co dwaj pierwsi, rzekł: Pogrążywszy ludzi w dawną dzikość przez odjęcie im wiary, głębokiej nauki i myśli wprawdzie wiele uczyniliśmy, ale jeszcze nam niemało do uczynienia pozostanie. Dzicy mają instynkt i pociąg społeczny niebezpieczny. Niech jeden lud nie słyszy głosu drugiego ludu, aby jeśli się jeden porusza i użala, drugi nie miał pokusy i nie naśladował go. Niech żaden gwar z zagranicy do nas się nie wciska. Zamknijmy granice.

Potem czwarty wstał i rzekł: Sprawa ludu jest przeciwna naszej sprawie. Jeśli się ludy połączą przeciw nam, jakiż im opór postawimy? Dzielmy więc i panujmy. Otwórzmy w każdej ziemi, w każdym mieście, w każdej chacie interes przeciw interesowi innych chat, innych miast i innych ziem. Tym sposobem będą się nienawidzili i w żadną zmowę przeciw nam nie wejdą.

Piąty zaś po dwakroć wypełniwszy czaszkę krwią ludzką rzekł: Pochwalam te wszystkie sposoby, dobre są one, ale jeszcze nie dość na tym. Obracajcie ludzi w bydlęta, to dobrze, ale jeszcze trzeba straszyć te bestie. Przerażajcie je sądami nieubłaganymi i wymyślajcie dla nich okropne katusze, jeśli nie chcecie, ażeby was prędzej czy później pożarły. Kat jest pierwszym ministrem mocnego władcy.

Potem szósty wstał i rzekł: Dobre są kary prędkie, straszne, niechybne, wszelako trafiają się duchy uparte, które gardzą mękami. Chcecie snadno rządzić ludźmi, zmiękczajcie ich rozpustą i zepsuciem. Cnota dla nas jest niepotrzebna, ona żywi siłę, wypędźmy ją raczej przez demoralizację.

Nareszcie siódmy, napiwszy się jak tamci z czaszki ludzkiej, depcząc krzyż, tak mówi: Precz z Chrystusem, wojna na zabój. Wojna wieczna między Nim a nami. Ale jak tu ludy od Niego oderwać? To niepodobna. Cóż począć? Słuchajcie mnie: Trzeba ująć kapłanów Chrystusowych skarbami, dostojeństwami i władzą. I przykażą ludowi w imię Chrystusa, aby nam ulegał we wszystkim, cokolwiek byśmy czynili, cokolwiek rozkazywali.

I powiedziane było sprawiedliwemu, który w tej chwili czuwał i modlił się przed krzyżem. I natychmiast potem światło zgasło i wszyscy rozeszli się, ażeby w świecie te idee realizować".

Ten obraz sprzed 160 laty pokazuje problem dzisiejszy. W świetle jego pokazuje się, jaka jest rola Kościoła wobec narodu.

Przedruk za COLLOQUIUM SALUTIS
Wrocławskie Studia Teologiczne,
23-24: 1991-1992

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści