O. Jacek Salij - "Pytania nieobojętne"

Często do spowiedzi zrażają sami księża. Wiele mnie kosztowało, żeby nakłonić koleżankę do spowiedzi. W końcu poszła, ale odeszła od konfesjonału cała roztrzęsiona. Mówi, że już więcej do spowiedzi nie pójdzie. Najbardziej ją upokorzyło, że ksiądz wypytywał ją, ile razy jakiś grzech popełniła. "Musiałabym prowadzić notesik!" - oburza się. I nie mogę odmówić jej racji. Czy spowiednikowi wolno dopytywać się o liczbę grzechów?

Już na studiach teologicznych uczy się kleryków, że istnieje ścisła hierarchia trosk spowiednika. Pierwszą jego troską powinno być okazanie życzliwości i miłości każdemu, kto przychodzi do konfesjonału. Nawet wówczas - są to przypadki wyjątkowe - kiedy spowiednik czuje się w obowiązku odmówić rozgrzeszenia, bo nie widzi u spowiadającego się żalu za grzechy ani żadnej woli poprawy. Również w takiej sytuacji spowiednik powinien cierpliwie i z miłością wyjaśnić zainteresowanemu powody, dla których nie otrzymuje rozgrzeszenia; ponadto powinien starać się go przekonać, że lepiej jest odejść od konfesjonału bez rozgrzeszenia, niż otrzymać je po świętokradzku i nieważnie. Krótko mówiąc, nie ma wyjątków od tej zasady, że obowiązkiem spowiednika jest przyjąć każdego życzliwie i z całym szacunkiem.

Drugim obowiązkiem kapłana jest pomoc penitentowi, aby jego spowiedź była naprawdę wyznaniem grzechów. W spowiedzi nie chodzi przecież o to, żeby opowiedzieć swoje grzechy albo zdać sprawozdanie ze zła, jakie się uczyniło. Przychodzimy wówczas do Chrystusa, żeby uzyskać od Niego przebaczenie tych grzechów, jakie Mu wyznajemy. Zdarza się czasem, że ktoś mówi na spowiedzi o jakichś swoich grzechach tylko dlatego, że w Kościele są one za takie uważane, on sam jednak żadnego zła w nich nie widzi. Zatem człowiek ten dokonuje jedynie sprawozdania z tych grzechów, ale ich nie wyznaje. Dobry spowiednik stara się wówczas pomóc temu penitentowi w zobaczeniu zła zawartego w takich czynach oraz w postanowieniu poprawy.

Dopiero na trzecim miejscu spowiednik winien się troszczyć o integralność spowiedzi, to znaczy o to żeby wyznane zostały wszystkie grzechy ciężkie, jakie penitent sobie przypomina. Czasem ktoś spowiada się tak ogólnikowo, że kapłan ma obowiązek poprosić o wyznanie bardziej dokładne. Bo jeśli na przykład ktoś spowiada się, że zgrzeszył przeciwko piątemu przykazaniu, to naprawdę trudno się domyślić, czy chodzi tu aż o grzech zabójstwa, czy może tylko o zaszkodzenie sobie przez zjedzenie zbyt obfitego obiadu. Liczba grzechów też może być bardzo ważna, bo świadczy o stopniu duchowego zagrożenia: zabójstwo dziecka poczętego jest bardzo ciężkim grzechem, a cóż dopiero, jeśli jakieś małżeństwo uczyniło to już pięć razy. Niekiedy ważniejsza od liczby grzechów jest sytuacja trwania w nich: istnieje kolosalna różnica między pojedynczą zdradą małżeńską a stworzeniem małżeńskiego trójkąta, między pojedynczą kradzieżą a utrzymywaniem się ze złodziejstwa. Rzecz jasna, nie znaczy to, żeby wolno było bagatelizować pojedynczą zdradę małżeńską: w starożytnym Kościele grzech ten uważano za tak ciężki, że w ogóle lękano się go rozwiązywać.

Zdarza się również, że kapłan ma wątpliwości, czy ktoś nie spowiada się z czegoś, co nie jest grzechem. Ktoś na przykład wyznaje, że opuścił w niedzielę Mszę świętą, a kiedy go zapytać, z jakiego powodu, okazuje się, że miał wówczas czterdzieści stopni gorączki. Ktoś inny spowiada się, że miał nieczyste myśli - mogły to być zarówno pokusy, z których wyszedł zwycięsko, jak uprawianie myślnej rozpusty. Nieumiejętność rozróżnienia grzechu od niegrzechu zwykle prowadzi do fatalizmu: przeświadczenia, jakoby w niektórych sytuacjach człowiek musiał czynić zło. Toteż trudno mieć za złe spowiednikowi, jeśli stara się z takiego błędu go wyprowadzić. Ważne tylko, żeby odnosił się do penitenta z całą życzliwością i szacunkiem.

Koleżankę Pani najbardziej uraziło dopytywanie się o liczbę grzechów. Zastanawiam się, co mogło być korzeniem tego niewątpliwie bardzo przykrego dla niej przeżycia. Zacznijmy od możliwych błędów spowiednika. Mógł on na przykład pytać o liczbę grzechów, nie zauważywszy, że spowiadająca się wcale nie była przekonana o ich moralnej naganności. W takim wypadku najpierw powinien był próbować pokazać jej zło tego grzechu, a dopiero później troszczyć się o materialną integralność spowiedzi. Błąd jego mógł również na tym polegać, że ponieważ chodziło o grzech stosunkowo częsty ("musiałabym prowadzić notesik!"), powinien był zapytać nie tyle o liczbę, co o czas trwania w tym grzechu, ewentualnie o częstotliwość jego popełniania. W spowiedzi nie chodzi przecież o dokładną buchalterię, ale o szczere przedstawienie swojej duchowej sytuacji. Na przykre przeżycie tej spowiedzi przez Pani koleżankę mogło wpłynąć również to, że spowiednik okazał jej zbyt mało życzliwości i cierpliwości.

Nie wykluczałbym również źródeł tego nieporozumienia po drugiej stronie. Może się przecież zdarzyć, że ktoś czysto formalnie spowiada się z czynów niewątpliwie niezgodnych z Bożym przykazaniem, gdyż nie uważa ich za grzech. Spowiednik ma wtedy niewielką szansę dojścia do porozumienia z takim penitentem. Penitent zwykle nie jest wówczas w stanie zrozumieć, że kapłan nie ma władzy nad Bożymi przykazaniami, niekiedy zaczyna odnosić się do niego arogancko, przypisując niesłusznie swoje własne zachowanie kapłanowi.

W liście Pani czuję ukryte następujące pytanie: niby dlaczego mamy spowiadać się księdzu, który jest tylko człowiekiem, ze wszystkich swoich grzechów? W odpowiedzi na to pytanie od wieków odwołujemy się w Kościele do dwóch obrazów: sądu i leczenia. Że w sakramencie pokuty jest coś z sądu, wynika to z samych słów Chrystusa: "którym odpuścicie grzechy, będą im odpuszczone, którym zatrzymacie, będą im zatrzymane" (J 20,23). Zatem Zbawiciel uzależnił odpuszczenie grzechów od rozeznania tych, których do tego powołał. A jak mogliby rozeznać, gdyby ten, kto się ubiega o odpuszczenie grzechów, nie chciał odsłonić przed nimi swego wnętrza?

Dziwny to zresztą sąd, bo jego podstawowym celem jest leczenie duszy. Odsłaniam przed spowiednikiem swoje sumienie, podobnie jak pacjent obnaża się przed lekarzem. Pokazuję mu chore miejsca mojej duszy, również te, które udaje mi się ukryć przed innymi. Wierzę bowiem w uzdrawiającą moc Chrystusa, wierzę, że w sakramencie pokuty działa ona najszczególniej. Zadaniem spowiednika, przed którym otwieram najbardziej tajemne rany duszy, jest umocnić mnie w mojej decyzji odwrócenia się od grzechów i podjęcia pracy nad tym, co lepsze, pomóc mi w jak najszerszym otwarciu się na moc Chrystusa.

Sakrament pokuty jest to sąd nie tyle nade mną, co nad starym człowiekiem, człowiekiem grzechu, który ciągle jeszcze we mnie mieszka. Sędzią jest nie tylko Chrystus, nie tylko Jego pełnomocnik, ale również ja sam: lepsza cząstka mnie samego, która jest już warta życia wiecznego, to znaczy człowiek nowy, Chrystusowy, w którego powoli się przemieniam. Istotę samooskarżenia w sakramencie pokuty stanowi walka człowieka nowego ze starym: człowiek nowy, jaki mocą Bożą we mnie rośnie, odsłania Chrystusowi całą brzydotę człowieka starego, jakim ciągle jeszcze jestem, z pokorną prośbą, aby On, Zbawiciel, raczył - dla mojego dobra - działać przeciwko mnie samemu, aby raczył niszczyć we mnie starego człowieka.

Dla wielu katolików wyznanie grzechów jest najpoważniejszą barierą, jaka ich powstrzymuje przed uczestnictwem w sakramentach. Jeśli jednak wgłębić się w religijny sens samooskarżenia w sakramencie pokuty, może się zdarzyć, że wewnętrzne opory przed spowiedzią zmienią się w żywą potrzebę wyznania swoich grzechów: wszystkich, jakie się popełniło. Stara to prawda na temat człowieka, że jeśli zobaczę jakiś wielki sens, znikają dotychczasowe przeszkody i coś zaczyna mnie jakby pchać do urzeczywistnienia tego sensu.

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści