O. Jacek Salij - "Rozpacz pokonana"

Wizerunek człowieka uczciwego

Jak wiadomo, nie ma ludzi nieuczciwych. Każdy w swoim mniemaniu jest człowiekiem uczciwym. Sądzę, że mniemania te co najwyżej trochę mijają się z rzeczywistością, w zasadzie rzeczywistość je potwierdza. Bezmiar krzywd, jakie sobie wzajemnie zadajemy, płynie z tej odrobiny nieuczciwości, którą człowiekowi trudno nawet w sobie zauważyć. W końcu wystarczy jedna sekunda, żeby podłożyć nogę bliźniemu, a doba składa się przecież z grubo ponad osiemdziesięciu tysięcy sekund.

Trudno mówić na ten temat, bo natychmiast narazisz się na zarzut, że odbierasz słowom ich znaczenie. Przecież przyjęło się w tym języku uczciwym nazywać człowieka, który nie krzywdzi innych, nie oszukuje, rzetelnie wypełnia swoje obowiązki, jest prostolinijny itd. Tak, ale ja krytykując uczciwość, nie naciągam według swego widzimisię sensu tego słowa; chciałbym tylko pokazać, do jakiego stopnia podporządkowaliśmy je naszemu dobremu samopoczuciu. Zbyt jednostronnie mówi się u nas o zużywaniu się słów oraz o manipulowaniu nimi i odbieraniu im sensu; za mało zauważamy, że w naszych słowach odzwierciedlają się również choroby naszych dusz.

Można by się pokusić o wstępne naszkicowanie typologii uczciwości. Na przykład są uczciwi, którym praktycznie nigdy nie zdarza się krzywdzić drugiego. Ale cała ich zasługa na tym polega, że zamknęli się szczelnie w swoich sprawach prywatnych i nie tylko nie narażą się nigdy dla sprawiedliwości, ale w ogóle nie są skłonni przyczyniać się do dobra wspólnego, jeśli nie łączy się to widomie z ich własnym interesem. Jak pisał najbardziej sarmacki wśród naszych bezbożników, który chyba jednak nie był największym bezbożnikiem wśród Sarmatów:

Zimny rachunek więcej dzisiaj znaczy
Niźli ofiarność dawnych działaczy.
Bo dziś najwyżej człowiek się trudzi
Powiększyć zastęp uczciwych ludzi,
Małomieszczańskie zamknąć kłopoty
Jak jaskiniowiec wśród swojej groty
I w niej bezpiecznie z dala od tłumu
Cieszyć się lampką swego rozumu.

Najgłębszą, a zarazem wielostronną krytykę uczciwości znajdziemy w Ewangelii. Piętnowana przez Pana Jezusa sprawiedliwość faryzeuszy ma wiele różnych postaci. Może to być na przykład pomieszanie hierarchii wartości: cóż po skrupulatnym odcedzaniu komarów, jeśli wodę zaczerpnęliśmy ze studni, w której gnije wielbłąd? Co naprawdę warte są szacowne czyny, jeśli wnętrza, z których wypływają, pełne są plugastwa? Albo cóż to za uczciwość, która ludzi czyniących zło potrafi tylko odtrącić i potępić? Albo która nie waha się dobra swojego narodu budować na niesprawiedliwości zadanej żywemu człowiekowi (J 11,50)? Która zadając krzywdy, głosi albo nawet i wierzy, że to w imię Boga, ojczyzny, wolności, sprawiedliwości itd. (J 16,2)?

Otóż gdyby uczciwość była ostatecznym wymiarem naszego życia, Bóg byłby naprawdę nam niepotrzebny. Człowiek uczciwy ma prawo dopatrywać się w Bogu szkodliwego symbolu, w którym utrwala się infantylne poczucie braku samowystarczalności; ma prawo podejrzewać, że wiarę w Boga rodzi interesowność, ,strach przed śmiercią, ubezpieczanie się na wszelki wypadek lub prosty brak poczucia rzeczywistości, pozwalający wyobrażać sobie świat na modłę swoich życzeń. Człowiek uczciwy, nawet jeśli wierzy w Boga, to w każdym razie nie potrzebuje Zbawiciela. Tak jak nie był On potrzebny faryzeuszom.

Zauważmy jednak, że tam, gdzie uczciwość przyjęto nieważne: świadomie czy nieświadomie - za szczyt człowieczeństwa, panuje gruntowny bezruch. Skoro istota tego, co człowiek może osiągnąć - tzn. uczciwość - jest już urzeczywistniona, to ubiegać się można jeszcze jedynie o postęp społeczny, o rozwój nauki i gospodarki, o życiową stabilizację i uznanie u współobywateli. Najwrażliwsi spośród uczciwych starają się jeszcze o udoskonalenie swojej i cudzej uczciwości. Krótko mówiąc, jest to krzątanina w pociągu, który nie zamierza nigdy wyruszyć w drogę. Proszę mnie dobrze zrozumieć: nie kwestionuję przecież sensowności działań, mających na celu dobro i wygodę użytkowników pociągu. Twierdzę tylko, że jest to sytuacja fundamentalnego bezruchu.

Człowiek uczciwy zdaje sobie oczywiście sprawę ze swoich braków i łatwo przyznaje, że errare humanum est. Ale braki i błędy są przecież nieodłączne od ludzkiego życia i trzeba się z tym pogodzić. Nawet na najbardziej wygodnym posłaniu zmieniamy od czasu do czasu pozycję, bo nie da się tak ułożyć ciała, aby wszystkim członkom było wygodnie. Zatem człowiek przekonany o swojej uczciwości gotów jest zmieniać swoją postawę, jednakże w ramach przeświadczenia o jej fundamentalnej prawidłowości.

Co się dzieje, kiedy człowiek uczciwy spotyka się z odmiennym przeświadczeniem fundamentalnym na temat tego co słuszne? Wydaje się, że musi ogarnąć go wówczas nienawiść, tym bardziej otwarta, im bardziej przynajmniej jedna ze stron usiłuje zmienić na swoją modłę wspólne im środowisko. Człowiek uczciwy nie dopuszcza bowiem u siebie możliwości fundamentalnej pomyłki, a w związku z tym możliwość nawrócenia znajduje się poza zasięgiem jego wyobraźni. Wobec tego "ci inni" stanowią jakąś dziwaczną masę człekopodobnych nieludzi, których - zależnie od okoliczności - się unika lub daje się im odpór. W ogóle nie da się wyobrazić, żeby nieprzekupny idealista Robespierre albo święcie przekonani o zagrożeniu ojczyzny przez Konstytucję 3 maja patrioci z Targowicy byli zdolni do nawiązania dialogu z tymi, co myśleli wówczas inaczej.

Człowiek uczciwy nie odczuwa wewnętrznych oporów przed stosowaniem przemocy, jeśli to uważa za słuszne, a z drugiej strony łatwo popada w beznadzieję, kiedy nie jest w stanie "gwałtu gwałtem odcisnąć". Męczeństwo, a nawet odsłanianie sensów zawartych w cierpieniach i przeciwnościach mniej dramatycznych, nie jest tą szansą, której człowiek uczciwy skłonny byłby się chwytać. Dlatego tak wielu ludzi uczciwych przechodzi do obozu zwycięzców. Oczywiście, w odpowiednim momencie, tzn. wówczas, kiedy zwycięstwo wydaje się już przesądzone. Przejście takie nie jest ani nawróceniem, ani nie narusza zasad uczciwości. Zasady te zlewają się bowiem dziwnie z poczuciem realizmu, a na temat swojego zmysłu rzeczywistości człowiek uczciwy myśli wyjątkowo wysoko.

Paradoksy antropologii chrześcijańskiej

Obrazowi człowieka uczciwego nie da się zarzucić braku logiki: Człowiek jest człowiekiem, tzn. istotą nieco ułomną, zdolną do jakiejś zmiany na lepsze, a zarazem przymuszoną do podporządkowania się rzeczywistości nie ma o czym mówić. Natomiast chrześcijański obraz człowieka zdaje się nieustannie kłócić z zasadą tożsamości, która jest przecież samą podstawą zdrowego rozsądku. Bo jak przedstawia się człowiek w świetle wiary chrześcijańskiej? Człowiek jest grzesznikiem, tzn. choć jest człowiekiem; nie jest nim jeszcze naprawdę, w całym tego słowa znaczeniu. I jakby jeszcze było mało tej nielogiczności: powołaniem człowieka jest przekroczyć swoje człowieczeństwo, stać się kimś więcej niż człowiekiem. I więcej: jeszcze jesteśmy grzesznikami, a więc nie jesteśmy jeszcze ludźmi w całym słowa znaczeniu, a już jesteśmy kimś więcej niż ludźmi, bo już teraz przemienia nas przebóstwiająca moc łaski.

Trudno założyć, że Europa przez całe wieki budowała swoje myślenie o człowieku na absurdzie, toteż spróbujmy przypatrzyć się powyższemu obrazowi z całą życzliwością. Zdarzają się przecież nielogiczności pozorne, wynikające stąd, że używane przez nas pojęcia i sądy pękają jak gdyby od bogactwa rzeczywistości, jakie chcielibyśmy za ich pomocą wyrazić.

W swoim czasie popularnością cieszyło się takie oto przeniesienie idei darwinistycznej na ewolucję duchową człowieka: to, co my obecnie nazywamy człowiekiem, jest zaledwie czymś pośrednim między zwierzęciem a człowiekiem prawdziwym - ten ostatni pojawi się dopiero u kresu długiej drogi, jaka nas jeszcze czeka. Dziś nikogo nie trzeba przekonywać, ile naiwnego optymizmu było w tym przeświadczeniu, jakoby postęp moralny i duchowy był nieuchronną konsekwencją praw ewolucji. Bo cóż z tego, że wzrasta wrażliwość moralna, skoro towarzyszy temu często w tych samych ludziach i w tych samych społeczeństwach - równie wielki postęp nieprawości i zaślepienia? Z rozwojem w jednej dziedzinie idzie w parze moralny regres na innym odcinku. Słuszna w tamtej idei była jednak intuicja, że prawdziwy człowiek jest dopiero przedmiotem naszego oczekiwania.

Zresztą optymizm stanowił zaledwie powierzchnię owej idei, w gruncie rzeczy była to idea głęboko pesymistyczna: możliwość osiągnięcia prawdziwego człowieczeństwa przyznaje się tu przecież dopiero członkom przyszłych świetlanych pokoleń. Przesłanie chrześcijańskie - przy całym szacunku dla społecznych wymiarów rozwoju duchowego - skierowane jest nie tylko do ludzkości jako gatunku, ale przede wszystkim do każdej osoby ludzkiej: To Ty możesz i powinieneś stać się człowiekiem, prawdziwym człowiekiem! Niezależnie od wszelkich utrudniających okoliczności. Choć oczywiście jest rzeczą pożądaną i sprawiedliwą, aby warunki zewnętrzne raczej ułatwiały niż utrudniały urzeczywistnianie naszego człowieczeństwa.

Obecnie moje człowieczeństwo jest faktem, ale zarazem jest dopiero przedmiotem nadziei. Jest faktem, bo od momentu poczęcia jestem powołany do życia rozumnego i wolnego, wart jestem miłości (sam Bóg przecież mnie kocha!) i zdolny do kochania innych. Ale jednocześnie nie wiem jeszcze, co to znaczy być człowiekiem w pełni. Jestem przecież grzesznikiem.

Niekiedy zbyt banalnie wyobrażamy sobie, że grzesznik to jest ten, kto czyni zło. Owszem, to prawda, ale w istocie grzesznik to ktoś stworzony na obraz Boży, w kim podobieństwo do Boga uległo zatarciu. Człowiek uczciwy naprawdę uczciwy, nie tylko we własnym mniemaniu również jest grzesznikiem. Bo w najlepszych spośród nas zaledwie częściowo uruchomiona jest ta wspaniała potencjalność do bycia mądrym, do kochania, do czynienia dobra, jaką złożył w nas Stwórca. Wszyscy bez wyjątku tak lub inaczej, w większym lub mniejszym stopniu skrępowani jesteśmy różnymi egoizmami, zaślepieniami, namiętnościami. Czy ktokolwiek z nas w ogóle zdolny jest przeczuć na czym polega całe złożone w nas - przez sam fakt powołania nas do istnienia - podobieństwo do Boga? A przecież dopiero wówczas można przeczuć do końca, jakie to wspaniałe być człowiekiem! Zrozumieć w pełni, co to znaczy być człowiekiem, jak na razie przekracza możliwości nawet tych spośród nas, w których odsłanianie podobieństwa do Boga dokonuje się realnie i coraz więcej. Albowiem nawet w nich obraz Boży nie zajaśniał jeszcze w całym swoim blasku.

Powyższa perspektywa nie jest bujaniem w obłokach tylko pod warunkiem, że ze stworzeniem człowieka naprawdę tak się rzecz ma, jak mówi wiara chrześcijańska: że z ręki Bożej wyszedł Człowiek w całym tego słowa znaczeniu, z nie okaleczoną zdolnością miłowania, pan samego siebie, nie znający bezwładnego ciążenia ku złu, nie podlegający niewoli bezsensu i egoizmu. (Nie takie to sprzeczne z teorią ewolucyjnego powstania gatunku homo sapiens, jak niegdyś się wydawało, ale problem ten nie należy do naszego tematu). Człowiek nie został stworzony grzesznikiem. Niezliczone dynamizmy, jakie umieścił w nas Stwórca i ukierunkował je wszystkie ku sensowi ostatecznemu, uległy znacznej dezorientacji i zaczęły się przeciwstawiać sobie wzajemnie dopiero z chwilą, kiedy zamknęliśmy się - cały ród ludzki - na Niego, który jest przecież źródłem wszelkiego dobra i sensu. Grzesznik to ktoś zamknięty na Boga, a więc zamknięty na rzeczywistą Nieskończoność, a więc urządzający się w rzeczywistości tak, jak gdyby ona była skończona, zamknięta w granicach, przestrzeni i śmierci.

Cóż więc dziwnego, że odzyskiwanie zagubionego człowieczeństwa bez Chrystusa w ogóle nie byłoby możliwe i trwa tak długo, że nie starcza na to czasu między poczęciem i śmiercią? Przecież nawet na wycieczce odnalezienie właściwej drogi nie zawsze jest proste. Zresztą, czy tu chodzi tylko o powrót na właściwą drogę, a nie raczej o uzdrowienie złamanego kręgosłupa? Grzesznik to człowiek ze złamanym kręgosłupem; gdyby nie Chrystus, nigdy by już nie wrócił do zdrowia. Ponieważ zaś Chrystus jest Zbawicielem człowieka, a nie przedmiotu o nazwie człowiek, żeby odzyskać samych siebie, musimy niemało się natrudzić, i dopiero te nasze wysiłki Chrystus będzie ogarniał swoją mocą i obdarzał taką skutecznością, jakiej nie miałyby one same z siebie.

Tyle na temat pierwszego paradoksu chrześcijańskiej antropologii: że choć jesteśmy ludźmi, nie wiemy jeszcze, co to naprawdę znaczy być człowiekiem; powinniśmy wiedzieć o tym coraz więcej, ale dopóki jesteśmy na tej ziemi, nasza wiedza na ten temat jest niezmiernie skromna. W ramach dopowiedzenia warto może jeszcze zwrócić uwagę na to, że modne dziś w niektórych kręgach przyjmowanie chrześcijaństwa bez jego eschatologii ma mniej więcej taki sam sens jak ogłaszanie wolności bez rozkuwania kajdan, albo powiedzmy dokładniej: rozluźniając kajdany. Inaczej mówiąc, bez chrześcijańskiej eschatologii nie ma chrześcijaństwa.

Przejdźmy do drugiego paradoksu: choć nie jesteśmy jeszcze ludźmi w całym słowa znaczeniu, już teraz Chrystus czyni nas kimś więcej niż ludźmi. Również ten paradoks ma swój początek w dziele stworzenia. Bo choć staliśmy się grzesznikami, Bóg przecież - przez swojego Syna - przeprowadzi do końca swój pierwotny zamysł miłości wobec nas. Jesteśmy Bożymi stworzeniami, bo tylko w ten sposób mogliśmy zaistnieć. Ale w swoich zamiarach wobec nas Bóg posunął się jakby do granic absurdu: stworzył nas, abyśmy przekroczyli niejako status stworzeń, stając się więcej niż podobnymi do Niego, bo uczestnikami Jego boskiej natury. Najlepszym porównaniem dla wyrażenia tego, co Bóg wobec nas zamierza, jest przemiana chleba w Boże ciało. Między człowiekiem - człowiekiem już w całym słowa znaczeniu - a dzieckiem Bożym, czyli człowiekiem przebóstwionym, istnieje prawie taka przepaść jak między chlebem a Eucharystią. Toteż chrześcijanie mówią na ten temat głównie to, że prawdy tej nie da się wyrazić ludzkim językiem: "Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce nie zdoła ogarnąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują" (1 Kor 2,9).

Podwójne wezwanie wobec wszystkiego co ludzkie

Otóż wydaje się, że wszystko co ludzkie nosi w sobie właśnie te dwa wezwania: wezwanie do osiągnięcia pełnej tożsamości oraz do bycia kimś więcej niż sobą. Jeśli coś będzie tylko sobą i nie otworzy się ponad siebie, przestanie być sobą, bo zamknięte w sobie zacznie gnić i będzie jeszcze produktami rozkładu zatruwać środowisko. Wszystko co ludzkie wtedy tylko jest sobą i może dążyć do osiągnięcia siebie, jeśli znajduje się w przestrzeni wobec siebie transcendentnej. Najbardziej znanym wyrazem tej prawdy jest ewangeliczna przestroga: "Kto chce zachować swoje życie, utraci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je" (Mt 16,25).

Ale chodzi tu przecież o powszechne prawo rządzące rzeczywistością, w której żyjemy. Weźmy na przykład działalność gospodarczą. Powinna ona zasługiwać na swoją nazwę, tzn. być działalnością naprawdę gospodarczą, podporządkowaną twardym zasadom ekonomiki. Ale przecież zasady ekonomiki nie mogą być ostatecznym wymiarem działalności gospodarczej, nie mogą być one ważniejsze niż żywy człowiek. Nie tylko dlatego, że wymaga tego prawo moralne, również dlatego, że gospodarka prowadzona kosztem żywych ludzi jest deptaniem twardych praw ekonomiki.

Spójrzmy na małżeństwo. Związani ślubem dozgonnej wierności mężczyzna i kobieta winni dążyć do tego, aby być małżeństwem udanym. Ale w małżeństwie naprawdę udanym, w miarę upływu lat wzrasta świadomość, że nawet najszczęśliwsza miłość małżeńska nie jest w stanie wypełnić pojemności ludzkiego serca. "Ja jestem obietnicą; która się nie spełnia i właśnie w tym leży moja łaska" streszcza tajemnicę kobiety P. Claudel w Jedwabnym pantofelku.

W nauce drogą do osiągnięcia pełniejszej tożsamości jest między innymi pęd do specjalizacji. A przecież zupełne zamknięcie się w swojej specjalności prowadzi zwykle do tępoty, i to również w materii tejże specjalności.

Boy wyśmiał kiedyś malarza, który malował Chrystusa na klęcząco - jakoby Chrystus mu się objawił i pogroził: "Ty mnie nie maluj na klęcząco, ty mnie maluj dobrze". Z anegdoty tej - przy założeniu, że nie jest niesprawiedliwa - wynika jedynie to, że pierwszym zadaniem artysty jest troska o to, żeby jego utwór był naprawdę dziełem sztuki. Wielu jednak artystów - świadomie lub nieświadomie; może nawet lepiej, jeśli nieświadomie - chce tworzyć coś więcej niż prawdziwe dzieło, sztuki. Kim na przykład byłby Fra Angelico bez tego pragnienia tworzenia "czegoś więcej"?

Nawet muzyka - oczywiście, prawdziwa muzyka może być czymś więcej niż muzyką. Nie mogę przyznać racji p. Witoldowi Wirpszy (TP z 12 września 1982), bo całą duszą odczuwam, że miał ją Zygmunt Krasiński, kiedy np. pisał do Delfiny: "Dysonanse i harmonie muzyki dlatego tak ogromnie działają na głąb uczucia naszego, że są formą przelotną prawdy wiecznie się dziejącej na świecie. Nie darmo mówią o harmonii sfer. Jest coś muzycznego w układzie astronomicznym tych gwiazd, co toczą się po błękitach. Gdyby Bóg rozpuścił materię, gdyby się rozpadło wszystko na proch najdrobniejszy, na idealny proch, porwany siłami ruchu w przestrzenie, wszechświat by się wtedy zamienił na muzykę!" (List 8 z 19 grudnia 1839). To "coś więcej" w dziele sztuki nie jest więc żadnym message, żadnym przesłaniem; kompozytor ani wykonawca nie muszą sobie tego nawet uświadamiać: najważniejsze, żeby to po prostu było.

Owszem, zdarzają się wielkie dzieła sztuki, które wydają się (czy zawsze słusznie?) jakby zamknięte na to "coś więcej". Zdaniem Krasińskiego, taka była sztuka starożytna; nie przeszkadzało to mu zresztą być w niej zakochanym. "Weź Pompeję i weź katedrę w Kolonii, najpiękniejszą z gotyckich utworów - pisał 26 kwietnia 1835 do Konstantego Gaszyńskiego. - W Pompei równoległobok i elipsa to są zasady, jedyne kształty, miara doskonała, filary cudownie piękne, ale wszystko ciasne, skończone, ograniczone - nic nie ma za kapitelem kolumny, na kapitelu kończy się kolumna. W Kolonii ty idziesz za strzałą gotycką, a kiedy się przerwie, ty dalej wzrokiem sięgasz, tam gdzie ci ona wskazuje - w niebo! W Kolonii piękność formy nie jest rytmiczną, jak w Pompei, ale pod formą żyje duch organiczny, wielki. W Pompei ducha nie ma, tylko jest ciało i ciało najpiękniejsze w rzeczy samej, ale zawżdy określone i nieżywe".

W sztuce starożytnych Greków i Rzymian raziła Krasińskiego przedwcześnie osiągana dojrzałość. O ileż bliższa jego zmysłowi rzeczywistości wydawała mu się niedokończona i jakby wewnętrznie sprzeczna sztuka chrześcijańska. "Fidiasz - kontynuuje poeta swoje zwierzenia przyjacielowi - nic by nie pojął w liściach kapuścianych, w żabach, karłach i potworach dłutowanych w podnóżu każdej katedry gotyckiej, Wergiliusz plunąłby na Fausta Goethego; bo im trzeba było symetrii, jedności, regularności, co pochodziło stąd, że oni tylko jedną część człowieka znali, to jest ciało, i z tej części jedność zupełną wyidealizowali. My zaś pstrocizny musimy używać, bo śpiewamy o stworzeniu złożonym z duszy i ciała, miedzy którymi zachodzi walka, sprzeczność i ból, i ruch". Zauważmy: nawet kapuściane liście, wydłutowane w katedrze, mogą wskazywać sobą na "coś więcej", choć z pewnością nie przekazują żadnego dającego się wyartykułować przesłania.

I tak jest chyba ze wszystkim. Na przykład mówi się dziś tyle o poczuciu realizmu. Ale przecież istnieje radykalna różnica między poczuciem realizmu zamkniętym w sobie i otwartym na nieskończoność. Kto był prawdziwym realistą w starożytnym Kościele: ten, kto pod wpływem śmiercionośnych argumentów cesarza odstępował od wiary, czy ten, kto - lękając się wprawdzie tych "argumentów" - wolał męczeństwo, niż dać się odłączyć od Chrystusa?

Nawet gra i zabawa może być nie tylko grą lub zabawą, ale również czymś więcej. Gdyby było inaczej, to jak wytłumaczyć fakt, że stanowią one nieodzowny składnik kultury, przenikający wszystkie jej dziedziny? Ale z drugiej strony, skąd się to bierze, że w epoce gigantycznego przemysłu rozrywkowego tyle zabawy jałowej, polegającej raczej na zagłuszaniu bezsensu, niż na odnajdywaniu radości istnienia?

Być może więc należy przyznać rację Romano Guardiniemu, twierdzącemu, że w ogóle świat, w którym umieścił nas Stwórca, jest jakby czymś więcej niż sobą: jest zarazem symbolicznym uobecnieniem Nieskończonego. Jednakże zobaczyć to można w takim tylko stopniu, w jakim staramy się o to, aby przywrócić ziemi, na której żyjemy, jej okaleczoną przez nasz grzech tożsamość. Im bardziej troszczyć się będziemy o to, aby nasza ziemia była tym, do czego została stworzona - tzn. miejscem miłości i sprawiedliwości - tym bardziej naocznie będzie ona czymś więcej niż sobą, będzie niejako sakramentem Obecności.

Kiedy uczciwość jest przeszkodą w wierze?

Moja filipika przeciwko uczciwości dotyczyła więc uczciwości zamkniętej, zadufanej w sobie, nie słyszącej wezwania do trudu ubiegania się o własną tożsamość. Literatura zdemaskowała już liczne odmiany tej uczciwości. My, ludzie uczciwi, chętnie czytamy te opisy, podziwiamy ich nadzwyczajną przenikliwość. Ale rzadko zachwieją one naszym poczuciem uczciwości, jakoś nie przychodzi nam do głowy, że dotyczą one nas samych. Zamknęliśmy się przecież w swojej uczciwości nie dlatego, że brak nam inteligencji, aby dostrzec fałsz naszej samooceny, ale dlatego, że nie pociąga nas perspektywa odzyskiwania samego siebie. Daleko łatwiej budowę domu zaczynać od ściany niż od fundamentów: toteż ideą postępu najłatwiej się przejąć w dziedzinie nauki, gospodarki lub życia społecznego.

Tutaj otwieram nawias: Nie twierdzę demagogicznie, że trzeba najpierw zbudować fundament, tzn. przemienić samych siebie, a dopiero później zabierać się do reformy układów zewnętrznych. Sfera ducha jest transcendentna wobec następstwa czasowego, toteż wznosząc mieszkanie duchowe, można i trzeba fundament i ściany budować jednocześnie.

Musimy się wreszcie przestraszyć swojej uczciwości. Przecież to ona jest matką tego koszmarnego realizmu, który silnym daje poczucie bycia ponad prawem moralnym, a słabych pobudza do rojeń o rozmiękczaniu zła od wewnątrz. Przecież to ona wymyśliła idee mniejszego zła, w imię której zadaliśmy już tyle nieodwracalnych krzywd naszym dzieciom: zabijaliśmy dzieci poczęte, odbieraliśmy rodzinę dzieciom urodzonym. Uczciwość, ponad którą nie ma już "nic więcej", przyjmuje jako samo przez się zrozumiałe, jakoby zdarzały się w życiu sytuacje, kiedy "musi się" czynić zło. Naprawdę, przeraźmy się naszej uczciwości!

Jeden tylko Bóg może nas uzdolnić do sprostania próbom, które nas przerastają. Twierdzono wielokrotnie, że wiara jest ucieczką ludzi słabych. Ale co lepiej: być słabym i otwierać się na moc. z góry, czy udawać silnego i pozwolić, żeby zło osłabiało mnie coraz bardziej? Jeśli Bóg mnie stworzył, co w tym wstydliwego, że szukam w Nim mocy, skoro nie wstydzę się swojej zależności od powietrza i jedzenia?

Lepiej uznać prawdę, że jest się czymś mniej, niż sądzić nieprawdziwie, że jest się czymś więcej. Lepiej uznać, że jestem grzesznikiem i jeszcze daleko mi do odzyskania pełnego człowieczeństwa, niż przyjąć fałszywy dogmat, że jestem już człowiekiem doskonałym. Grzesznik rzetelnie szukający Boga i otwierający się na Jego moc nie tylko wyjdzie obronną ręką z nacierającego zła, ale już na tej ziemi coraz więcej doświadcza wspaniałości bycia człowiekiem. I już na tej ziemi zaczyna przenikać go i przemieniać dar przebóstwienia, który nas - zwykłych ludzi jednoczy w mistyczne ciało z równym przedwiecznemu Ojcu Jednorodzonym Synem Bożym.

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści