O. Jacek Salij - "Rozpacz pokonana"

Godność ludzką zwykle w Europie wiązało się z rozumnością człowieka albo z jego wolnością, z wyniesieniem człowieka ponad całą przyrodę, z jego zdolnością i powinnością czynienia dobra itp. Zwróćmy uwagę na jednoczesny uniwersalizm i dynamizm wszystkich tych formuł. Wskazują one, że wszyscy ludzie obdarzeni są godnością, a zarazem, że o godność należy się troszczyć, że można ją w sobie zatracać lub pogłębiać. Jak bowiem wiadomo, chociaż z natury jesteśmy istotami rozumnymi, przecież nasze czyny mogą być rozumne bardziej lub mniej. Od nas również zależy, jaka będzie nasza wyższość wobec przyrody: opiekuńcza wobec niej czy niszczycielska.

Zarazem przecież - godność ludzka jest jakby czymś więcej, nie da się bez reszty sprowadzić ani do rozumności, ani do wolności, czy czegoś podobnego. Godność zawiera w sobie coś wzniosłego, uroczystego, co niełatwo poddaje się określeniu i analizie. Tu leży powód, dlaczego myśląc o godności częstokroć nie próbujemy nazywać nawet tego, co zapewne nazwać by się dało.

Godność a czystość

W Europie mówi się nie tylko o godności ludzkiej, ale również o godności kobiecej, nauczycielskiej, kapłańskiej. Zaś w myśli chrześcijańskiej pojawiają się jeszcze inne zwroty, które na pierwszy rzut oka mogą budzić zdziwienie. Mówi. się mianowicie o godności materii, godności ciała, godności płci itp. Godność ludzką można wiązać z rozumnością, godność kapłańską - ze szczególną wzniosłością tego powołania. Czy jednak nie jest zwykłym nadużyciem mówić o godności materii? Spróbujmy jednak zastanowić się właśnie nad tym, czym jest godność materii, a może rzuci to nam jakieś nowe światło na samą godność ludzką.

Pismo Święte przedstawia godność materii, a ściślej godność ziemi, głównie od strony negatywnej. Mianowicie ziemię można splugawić, zbezcześcić: "Biada miastu buntowniczemu, splugawionemu i czyniącemu ucisk! Nie słucha głosu i nie przyjmuje ostrzeżenia, nie ufa Panu i nie przybliża się do swego Boga. Jego książęta są pośród niego lwami ryczącymi, sędziowie jego - ryczącymi wilkami, które nic do rana nie pozostawiają. Prorocy jego są lekkomyślni - mężowie wiarołomstwa, jego kapłani zbezcześcili świętość, gwałcą Prawo" (So 3,1-4). Ziemię kalają więc nasze niesprawiedliwości. Przede wszystkim zaś grzech przeciwko życiu: "Nie będziecie bezcześcili kraju, w którym mieszkacie. Krew bezcześci ziemię (...) Nie plamcie przeto ziemi, w której mieszkacie, pośrodku której jest również moje mieszkanie" (Lb 35,33).

Generalnie rzecz ujmując, ziemię plugawi wszelkiego rodzaju bałwochwalstwo. Prorok Jeremiasz, wykorzystując stare porównanie bałwochwalstwa do nierządu, tak oto pisze o sprostytuowanym przez bałwochwalstwo Izraelu: "Podnieś swe oczy na wzgórza i popatrz: Gdzie nie zostałaś zhańbiona? Wysiadywałaś dla nich przy drogach, jak Arab na puszczy. Tak zbezcześciłaś ziemię swym nierządem i złym prowadzeniem się twoim" (Jr 3,1n). Dlatego też ziemia pogan, do której popędzono w niewolę Izraelitów, jest nazywana "ziemią nieczystą" (Am 7,17) - bo na tej ziemi ludzie, zamiast Bogu Jedynemu, kłaniają się bożkom.

Rozszyfrować myśl zawartą w tego rodzaju tekstach jest dość łatwo, nawet jeśli niekiedy występuje ona w otoczce mentalności magicznej. Mianowicie ziemia została stworzona nie. po to, żebyśmy czynili na niej zło, ale dobro. Jeśli ja w świecie Bożym dokonuję zła, jest to coś tak nienormalnego i bezecnego, jakbym - żeby użyć porównania Konińskiego - z komnaty królewskiej robił wychodek. Nie tylko siebie w ten sposób plamię, ale świat ten Boży świat - jest przeze mnie zbezczeszczony.

Jak się wydaje, europejskiemu pojęciu "godność" odpowiada biblijne pojęcie "czystość". Według Brucknera, "godny" etymologicznie znaczy mniej więcej tyle, co "w sam raz", "taki jaki powinien być". Mniej więcej to samo znaczy w Biblii słowo "czysty", z tym wszakże, że jest ono zabarwione bardziej religijnie. Mianowicie czystym jest wszystko, co wyszło z ręki Bożej i co postępuje, jest używane lub się dzieje zgodnie z wolą Bożą. Z kolei pojęcie godności jest zabarwione jakby jakimś szlachectwem, a więc jakąś - duchową i moralną - ponad-przeciętnością. Przy czym jest to ponadprzeciętność niekonsekwentna, nie potrzebująca przeciętności jako kontrastu, dążąca raczej do tego, żeby wszyscy i wszystko było "ponadprzeciętne". "Bo bez szlachectwa równość nie istnieje, /Ani szlachectwa bez równości nie ma" - jak pisał Norwid. W gruncie rzeczy jednak godność i czystość znaczą to samo. Można mówić zamiennie o czystości lub godności wszelkiego stworzenia.

Szacunek dla każdego bytu

Jak więc widzimy, u źródeł teocentrycznej formuły godności leży szacunek dla wszystkiego, co istnieje. Każdy byt bowiem jest naznaczony szlachectwem pochodzenia od Boga i przeznaczenia dla dobra. Każdy stosownie do swojej natury. Dlatego każdemu bytowi należny jest szacunek, każdemu stosownie do jego natury.

Ponieważ zaś człowiek jest niewątpliwie najdoskonalszą istotą wśród stworzeń materialnych - jest bowiem obdarzony duchem - więc i jego godność o całą jakość przewyższa godność stworzeń nierozumnych. Człowiek został bowiem stworzony nie po to, żeby być środkiem w dzianiu się dobra, ale po to, żeby sam czynił dobro, a w perspektywie ostatecznej - żeby związał się miłością z Tym, który jest Samym Dobrem.

Można zarzucić temu spojrzeniu naiwny antropocentryzm. Wszak już w okresie renesansu gruntownie ośmieszono pogląd, jakoby cały wszechświat został stworzony dla człowieka. Nie twierdzimy jednak, że świat bezwarunkowo istnieje dla człowieka. Bezwarunkowo świat istnieje tylko dla Boga. Choć i sama myśl, że świat istnieje dla człowieka - jeśli ją opatrzyć zastrzeżeniem, o którym za chwilę - nie jest wcale taka śmieszna. Cóż z tego, że człowiek ma w swoim zasięgu zaledwie mikroskopijną cząstkę wszechświata? Czyż to nie cudowne, że świat człowieka jest we wszystkich kierunkach potencjalnie nieskończony? Przecież duch - a jesteśmy istotami obdarzonymi duchem - z natury domaga się nieskończoności.

Świat istnieje dla Boga w tym przede wszystkim sensie, że istnieje dla dobra. Bóg bowiem, w przeciwieństwie do bożków, jest Dawcą, nigdy zaborcą. Istnieć dla Niego znaczy czerpać z Niego jako ze źródła swojego bytu, urzeczywistniać dobro, dla którego Bóg ten oto byt powołał do istnienia. Że zaś świat istnieje dla człowieka, można powiedzieć o tyle tylko, o ile jest to konkretyzacja zasady podstawowej: że świat istnieje dla Boga, a więc dla dobra. Do myśli tej jeszcze wrócimy.

Czy świat rzeczywiście istnieje dla dobra? Pomińmy pytanie o sposób, w jaki istnieje dla dobra Droga Mleczna. Daleko bardziej warte naszej moralnej uwagi wydaje się to, żeby papier służył do przekazywania słów prawdy i przyjaźni, a nie do pisania anonimów czy zatruwania umysłów. Żeby psów nie wciągać w nasze międzyludzkie nienawiści, a kwiatów żeby nie zrywać w celu zjednania sobie kogokolwiek dla jakiejś brudnej sprawy. Żeby buty służyły do chodzenia ścieżkami sprawiedliwości, a światła księżycowego żeby nie wykorzystywali złodzieje i rozpustnicy, bo dane jest ono dla zakochanych i mistyków. Otóż mam nadzieję, że jeśli ktoś stara się uszanować godność materii otaczającej go bezpośrednio, nie inaczej również będzie się zachowywał w nowoodkrywanych rejonach makro- czy mikrokosmosu.

Typowy dla chrześcijaństwa teo-antropocentryzm w odczytywaniu sensu otaczającego nas świata czynił nasz szacunek dla każdego bytu czymś istotnie odmiennym od tego, co głosi chociażby hinduizm. Weźmy oklepany przykład z przydrożnym kwiatem. Hindus kiedy go zobaczy, pochyli się nad nim, ucieszy się jego barwą i zapachem, i odejdzie. Europejczyk raczej zerwie ten kwiat, w zestawieniu z Hindusem jest więc barbarzyńcą. Jego przeświadczenie, że człowiek jest panem przyrody, grzeszy w tym wypadku nie tylko naiwnością: prymitywny barbarzyńca potrafi dużo groźniej pustoszyć i rabować przyrodę, niż przez zrywanie przydrożnych stokrotek.

Zarazem jednak europejski gest zerwania kwiatu zawiera w sobie potencjalnie wartości, jakie trudno by odnaleźć w postawie szacunku przede wszystkim dla zewnętrza przyrody. Kwiat można zerwać po to, żeby dać go komuś kochanemu, albo żeby okazać wdzięczność lub prosić o wybaczenie, czy choćby po to tylko, żeby wprowadzić więcej barwy w swoje życie. Bytowo wziąwszy kwiat nieodwracalnie ucierpiał na tym, że został zerwany, w ostatecznym rachunku jednak doznał niesłychanej promocji: kwiat, istota nierozumna przecież i nieświadoma, realnie przysłużył się miłości!

Zatem człowiek ma być jakby kapłanem w stosunku do bytów niższych od siebie: dzięki jego pośrednictwu mogą one przekroczyć swoją nie sięgającą jeszcze moralnego wymiaru przestrzeń i dostąpić włączenia w dzieje dobra. Oczywiście, kapłaństwo przynosi zwykle wraz z sobą możliwość antykapłaństwa, podobnie jak przyjście Chrystusa spowodowało pojawienie się różnych antychrystów. Antropocentryzm naszego stosunku, do przyrody włącza ją w dzieje miłości, pojednania, braterstwa, ale może ją czynić również miejscem i przedmiotem naszego okrucieństwa, nienawiści, zachłanności. Wszystko zależy od kierunku tegoż antropocentryzmu: czy jest zwrócony w stronę Boga, czy też przeciw Niemu. Zależnie od tego dokonuje się takie wyniesienie lub zbezczeszczenie bytów niższych od człowieka, które zapewne przekracza stereotypy hinduskie.

Niepodzielność godności

Jak więc widzimy, godność każdego stworzenia jest jakby dwustopniowa. Każde stworzenie już z racji swego pochodzenia od Boga jest obdarzone jakąś godnością. Przez sam fakt powołania do istnienia stało się bowiem zdolne do czynienia dobra (stworzenia rozumne) lub do wprowadzenia w sferę, gdzie się czyni dobro (stworzenia nierozumne). To jest pierwszy stopień godności, jakby bytowy fundament godności. Drugi stopień polega na urzeczywistnianiu owej zdolności. Jeśli zaś człowiek zamiast dobra czyni zło, hańbi się w ten sposób; natomiast jeśli rzeczami posługujemy się do czynienia naszych niegodziwości plugawimy je, odzieramy z udzielonej im przez Stwórcę szlachetności. Nie dla obżarstwa bowiem został stworzony pokarm, a żelazo nie po to istnieje, żeby służyć zabijaniu. Jednym słowem, ową bytową, fundamentalną godność swoją i innych stworzeń człowiek może rozwijać lub zdeptać.

Otóż niezależnie od tego, czy człowiek postępuje godnie czy niegodnie, nigdy nie czyni tego tylko na swój własny rachunek. Jesteśmy związani gęsto i różnorodnie nie tylko z innymi ludźmi, ale także z aniołami, a również ze światem niższym od siebie. Sługa kłamstwa lub nienawiści swym postępowaniem uwłacza samemu sobie, ale jest zarazem roznosicielem złych bakcyli, które zatruwają moralnie całe otoczenie. Bo niestety nienawiść i kłamstwo wchodzi w nas nie tylko przez wyraźne przyzwolenie taka sytuacja jest jedynie szczególnie drastycznym wariantem - one wsączają się w nas najczęściej niepostrzeżenie, a nawet wówczas, kiedy nasza zasadnicza postawa jest im przeciwna.

Zło czynione przez człowieka również nieświadomych współuczestników jakby ograbia z godności, więcej nawet, czyni ich jakby współwinowajcami. Bo jak wyjaśnić zgrozę - moralną również - jaką przejmują nas policyjne psy esesmanów? Dlaczego mamy dla nich niemal te same ponure uczucia, co dla ich właścicieli? Dlaczego wstrętem napawają nas mury, w których odbywały się hitlerowskie wiece? Czyżby obłąkanie, któremu uległy wówczas tłumy, udzieliło się murom? Czyżby przeszła w nie trucizna, jaka wówczas obficie wylała się na ludzi? Z drugiej zaś strony, dlaczego mury kościelne nabierają jakiejś realnej dostojności przez sam fakt, że modliły się w nich całe pokolenia? Tylko przemądrzały i płytki racjonalizm może tłumaczyć te nasze odczucia jako prosty przejaw magicznego stylu myślenia.

Czy aniołowie smucą się wówczas, kiedy człowiek się hańbi? Zapewne tak. W każdym razie radują się bardzo z każdego grzesznika czyniącego pokutę. Natomiast z całą pewnością wiemy, że hańba człowieka w jakiś tajemniczy sposób bezcześci samego Boga. Tak, Boga Najwyższego, który kocha nas z absolutną bezinteresownością i którego nawet, największe zło nie może w najmniejszym stopniu dotknąć. Kiedy bowiem człowiek się hańbi, jego obraz Boga nie może przez to nie ulec spaczeniu, spaczone będzie również jego świadectwo o Bogu. Staje się wówczas rzecz straszna: zaczynamy traktować Boga na równi z naszymi bożkami. Jest to tak jakby własną czcigodną matkę postawić w jednym rzędzie z ladacznicami.

Jak to się dzieje, że człowiek bezcześci Boga? A więc na przykład zaczyna nam się wydawać, że jeśli wyznajemy wiarę w Boga, On powinien być wdzięczny za tę naszą dla Niego łaskawość, a więc mniejsza o to, kim jesteśmy i jak postępujemy: my przecież raczyliśmy się opowiedzieć po stronie Boga! Sądzimy, że Bogiem można się posłużyć w naszych miałkich interesach i dla naszych wcale znów nie tak wzniosłych celów; że można służyć jednocześnie Bogu i bożkom, Bogu palić świeczkę, a diabłu ogarek. Bo czy Bogu nie wystarczy, że przecież jednak jakoś z Nim się liczymy?

Tymczasem słowo Boże mówi na ten temat jednoznacznie i stanowczo. Trzy poniższe teksty zawierają Bożą odpowiedź na wyliczone tu sytuacje: "Będziecie strzec moich przykazań i wykonywać je! Ja jestem Pan! Nie będziecie bezcześcić mego świętego imienia" (Kpł 22,31n); "Nie będziecie przysięgać fałszywie na moje imię. Byłoby to zbezczeszczenie imienia Boga twego" (Kpł 19,12); "Nie będziesz dawał dziecka swego, aby było przeprowadzone przez ogień dla Molocha, nie będziesz w ten sposób bezcześcił imienia Boga swego" (Kpł 18,21).

Jednym słowem, godność jest niepodzielna. Jeśli człowiek jest wierny otrzymanej od Boga godności i swoim postępowaniem okazuje dla siebie szacunek, wówczas całe jego środowisko - aż po nieożywioną materię - dostępuje jakby jakiegoś uszlachetnienia. Nawet sam Bóg jakby przez to "zyskuje" - w tym sensie, że także innym ludziom łatwiej Go wówczas poznać prawdziwie i zbliżyć się do Niego. Jeśli zaś człowiek się hańbi, całe jego środowisko jest przez to jakoś pomniejszone i znieważone. A w jakimś sensie nawet Bóg: "Z waszej bowiem przyczyny poganie bluźnią imieniu Bożemu" (Rz 2,24).

Czyż nie o to chodzi świętemu Pawłowi, kiedy pisze, "że całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia" (Rz 8,22)? Bo i ono ma być "wyzwolone z niewoli zepsucia oraz uczestniczyć w wolności i chwale synów Bożych" (Rz 8,21). Właśnie dlatego, że nasz grzech rozlewa się na cały świat, również zbawienie ludzkości w przedziwny sposób ogarnie cały kosmos: "I ujrzałem niebo nowe i ziemię nową, bo pierwsze niebo i pierwsza ziemia przeminęły... I usłyszałem donośny głos mówiący od tronu: Oto przybytek Boga z ludźmi: i zamieszka wraz z nimi, i będą Jego ludem, a On będzie BOGIEM Z NIMI. I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły. I rzekł Siedzący na tronie: Oto czynię wszystko nowe" (Ap 21,1-5).

Istota godności

Czas na podsumowanie niniejszych refleksji: Próbę ogólnego zdefiniowania godności podjąłem tu pod wpływem Norwida, a ściślej pod wrażeniem jego mało niestety znanego dramatu Zwolon. Myślą przewodnią tego dramatu jest takie oto ujęcie wolności. Istotą wolności jest z-wolić się z Bogiem: człowiek dopiero wówczas jest naprawdę wolny, jeśli swoją wolę zjednoczy z wolą Bożą. Konsekwencją zaś wolności jest wy-z-wolenie, wycofanie swej zgody z tym wszystkim, co Bogu przeciwne. W liście do Lenartowicza Norwid tak pisał na ten temat: "Z-wolon (zwolony) - trzeba być z-wolonym z myślą Przedwiecznego pierw, aby być wy-z-wolonym z przeciw-myśli Bożej - z niewoli".

Analogicznie można określić godność. Godność polega na z-godności z Bogiem. Toteż słusznie głoszono w Europie, że godność człowieka leży w jego rozumności i wolności, które są jednocześnie dane i zadane człowiekowi. Oczywiście, my chrześcijanie rozumiemy to w świetle Ewangelii: bo Bóg w swojej nieskończonej dobroci postanowił naszą rozumność i wolność, całą naszą naturę, przesycić Sobą, przebóstwić. Nasze synostwo Boże, podobieństwo do Jednorodzonego jest punktem docelowym ludzkiego powołania do godności. Dynamizm zaś prowadzący nas do tego punktu już nie od nas pochodzi, jest to dynamizm łaski.

W utworzonej w duchu Norwida formule godności bez trudu mieszczą się te intuicje, które każą nam mówić nie tylko o godności ludzkiej, ale również o godności nauczyciela, kapłana, kobiety, a nawet o godności materii, ciała, płci. Godność nauczyciela to zgodność z Bogiem w tym wszystkim, co w powołaniu nauczycielskim specyficzne. Godność ciała czy płci to przeżywanie tych istotnych sfer naszego człowieczeństwa zgodnie z wolą Bożą: "Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest przybytkiem Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie?" (1 Kor 6,19); "Ciało nie jest dla rozpusty, ale dla Pana, a Pan dla ciała" (1 Kor 6,13).

Natomiast godność bytów nierozumnych to ich zdatność do tego, żeby dla człowieka czyniącego dobro stać się terenem, środkiem, przedmiotem, pomocą. Taka jest wola Boża, one po to zostały stworzone. Godność bytów nierozumnych sama w sobie jest czymś jedynie potencjalnym. Żeby się zaktualizować, potrzebuje człowieka. Człowiek jest - a w każdym razie powinien być, taka jest wola Boża - kapłanem natury. Może nawet - kapłanem kosmosu.

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści