O. Jacek Salij - "Rozpacz pokonana"

Dwa ambonowe uproszczenia mogą mącić obraz naszego tematu, dlatego nazwijmy je po imieniu zaraz na wstępie. Po pierwsze, adwent ludzkości obejmuje całe dzieje grzesznej ludzkości, począwszy od pierwszego grzechu ludzkiego aż po ostatni moment ludzkiej historii. Dopiero chwalebne przyjście Pana ostatecznie przemieni ten adwent w błogosławione wypełnienie. A więc adwent ludzkości nie skończył się ani w dniu, w którym Jednorodzony Syn Boży przyjął ludzką naturę, ani też wówczas, kiedy poniósł On śmierć na krzyżu dla naszego zbawienia i zmartwychwstał. Tamte zbawcze Wydarzenia stanowiły dogłębny przełom w adwencie ludzkości: odtąd światłość wiekuista - już tu na ziemi - rozprasza coraz więcej ciemności adwentowe zarówno w poszczególnych osobach, jak w różnych wspólnotach i w całej ludzkiej rodzinie. Niemniej "całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia" (Rz 8,22).

Po wtóre, ludzkość nieporównanie bardziej potrzebuje zbawienia, niż to sobie uświadamia. Dopiero w tym sensie uzyskuje całą swoją prawdziwość spopularyzowana przez liturgię idea proroka Aggeusza - nie oryginalna zresztą, obecna dopiero w tekście Wulgaty - że Zbawiciel jest "pożądany przez wszystkie narody" (2,8). Ambona zbyt pochopnie rozwija tę ideę w sensie psychologicznym. Tymczasem ludzkość daleko mniej tęskniła - i tęskni - za zbawieniem, niż by sobie tego życzyli pobożni kaznodzieje. Na tym między innymi polega groza grzechu, że nie tylko powoduje duchowe spustoszenie, ale nie pozwala w pełni go dostrzec i nim się przerazić; grzech nie tylko zamyka człowieka na sens transcendentny wobec czasu i przestrzeni, ale paraliżuje zarazem wyobraźnię, tak że człowiek przestaje się nawet domyślać samego istnienia tego sensu. Przecież nawet my, którzy dostąpiliśmy łaski wiary i otrzymaliśmy Ducha Świętego "nie umiemy się modlić tak jak trzeba, toteż sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami" (Rz 8,26). Skądże by więc "narody siedzące w ciemnościach i w cieniu śmierci" mogły wziąć tyle światła, żeby zatęsknić za Zbawicielem i zbawieniem? Ciemność grzechu jest naprawdę dużo większa, niż my - znający Zbawiciela po imieniu - jesteśmy to w stanie zrozumieć. Ludzkość pogrążona w grzechu mogła doznawać co najwyżej jakichś przebłysków tęsknoty za zbawieniem, co najwyżej jakichś iskierek nadziei na wyzwolenie ludzkiego dobra i ludzkiej miłości z wiązów śmierci.

Jedynie starożytnemu Izraelowi dane było rozwijać w sobie głębiej niepokój z powodu grzechu i tęsknotę za potężnym ramieniem zbawiającego Boga. Lecz ani jedno, ani drugie nie było owocem samego tylko narodowego geniuszu: to był dar Boga, który wzbudzał w tym narodzie proroków i swoim słowem pouczał go, jak straszną rzeczą jest grzech, oraz jak wielką jest Jego miłość, która przygotowuje ludzkości zbawienie.

Ludzkość wyczekująca prawdziwej miary człowieczeństwa

W tym miejscu może się zrodzić następująca wątpliwość: Jeśli całe narody mogą praktycznie nie odczuwać potrzeby zbawienia, to czy jest sens tę potrzebę rozbudzać? Czy istnieje jakaś istotna różnica między misją ewangelizacyjną a "misyjnością" cywilizacji konsumpcjonistycznej, która również rozbudza potrzeby, jakich przedtem ludzie nie mieli? Dlaczego rozbudzanie potrzeb konsumpcyjnych, po to przecie, żeby je zaspokoić, przynosi częstokroć w konsekwencji tyle spłycenia i dezorientacji? Czy samo uświadomienie ludziom, że są grzesznikami (choćby w tak wielkim celu, żeby ogłosić im Zbawiciela) nie zaowocuje jeszcze większym zamieszaniem i dezorientacją? Czy nie lepiej byłoby zostawić ludzi w nieświadomości ich grzechu?

Pytania powyższe są w gruncie rzeczy retoryczne. Ujawniają nam one, iż rzeczywiste potrzeby człowieka nie muszą się pokrywać z potrzebami odczuwanymi: człowiek może odczuwać potrzeby pozorne albo rozdmuchać ponad miarę jakiejś potrzeby skądinąd autentyczne, z drugiej zaś strony możemy zupełnie lub prawie zupełnie nie odczuwać potrzeb wręcz najistotniejszych. Problematyki ludzkich potrzeb nie można redukować do płaszczyzny tylko psychologicznej, tym bardziej zaś byłoby błędem doprowadzić swój subiektywizm do tego punktu, że nie wie się już nawet o istnieniu potrzeb odczuwanych, ale mało uświadomionych i nienazwanych.

Jeśli jednak ludzka świadomość nie jest ostatecznym miernikiem obiektywności naszych potrzeb, to gdzie takiego miernika szukać? Skąd np. wiemy, że człowiek nie odczuwający potrzeb wyższych - potrzeby miłości, potrzeby bycia uczciwym czy potrzeby wartości estetycznych - jest nieszczęśnikiem okaleczonym istotnie w swoim człowieczeństwie? Zwłaszcza, że zdaniem niektórych psychologów, ludzie tacy przejawiają szczególnie wysoki stopień integracji wewnętrznej: są zintegrowani na płaszczyźnie popędowej i oszczędzone są im (tak trudne dla nas, normalnych śmiertelników) problemy zharmonizowania sfery popędów ze sferą uczuć i potrzeb wyższych. Dlaczego więc i na jakiej podstawie, czujemy się upoważnieni do rozbudzania potrzeb wyższych u psychopatów? Albo skąd wiemy, że jednostronne rozbudzenie potrzeb konsumpcyjnych zaowocuje duchowym zubożeniem, a nawet może nas duchowo wypaczyć?

Doraźne odpowiedzi na te pytania podpowiada nam intuicja. Ale odpowiedź fundamentalna uzależniona jest od tego, czy i w jaki sposób odpowiemy na najistotniejsze być może ludzkie pytanie: Kim jest człowiek? Co jest miarą naszego człowieczeństwa? Od odpowiedzi na to pytanie zależy również nasz stosunek do problematyki grzechu i zbawienia. Jeśli ktoś nie stawia sobie pytania o istotę i miarę człowieczeństwa, mogą ujść jego uwagi pytania o ludzką niedokończoność i grzech oraz o możliwość zbawienia. Nie sposób jednak ominąć tych pytań, jeśli próbujemy dogłębnie odpowiedzieć na pytanie, kim jest człowiek. W zależności od naszej odpowiedzi, będziemy musieli uznać naukę o grzechu i niedoskonałości człowieka za fałszywą, a nadzieję zbawienia za złudną, albo też jedno i drugie uznamy za najbardziej istotne problemy ludzkiego losu.

Kim więc jest człowiek? Co jest miarą naszego człowieczeństwa? Zdumiewające, że tak mało zajmujemy się tym pytaniem. Odpowiadamy na nie raczej swoją życiową postawą (często postawą całych społeczeństw), unikamy zaś bardziej wnikliwej refleksji na ten temat. Otóż trzeba przyznać, że ludzie zachowują się często w taki sposób, jak gdyby różne miary, według których aktualnie realizujemy swoje człowieczeństwo, były całkowicie zadowalające: przy takich postawach - rzecz jasna - pytanie o niedorastanie człowieka do swojej miary i o możliwość zbawienia stają się zupełnie bezprzedmiotowe.

Jakimi miarami ludzie mierzą samych siebie? Wydaje mi się, że nie jestem odpowiedzialny za prymitywizm opisów, jakie tu za chwilę przedstawię, to raczej różne ludzkie postawy są prymitywne. Tak więc za miarę dobrze spełnionego człowieczeństwa ktoś może uznać to, co zdołał użyć: podróże po egzotycznych krajach, znakomite znajomości, osiągnięta sława, wysoka stopa życiowa. Za miarę człowieczeństwa uznaje się również siłę i znaczenie, jakie komuś udało się osiągnąć: mówimy o kimś z podziwem, że "do czegoś doszedł" - został rektorem uniwersytetu, często występuje w telewizji, wiele od niego zależy i nieważne jest dla nas, kim on jest jako człowiek ani jakimi metodami "coś w życiu osiągnął". Człowieka można również mierzyć jego zdolnością produkcyjną: ktoś, zorientowawszy się, że traci zdolność do produkowania (!) wielkiej literatury, popełnia samobójstwo; dla kogoś innego produkcja staje się czymś ważniejszym niż wartości absolutne, niż prawda czy sprawiedliwość. Istnieje też miara Dżyngis-chana i Hitlera: kiedy ludzi traktuje się wyłącznie jak termity, które mają opanować całe kraje i miarą człowieka staje się jego przydatność w dziele niesprawiedliwości. Miarą człowieka bywa również jego przydatność w przygotowywaniu dróg człowiekowi "świetlanej przyszłości". Można miarę człowieka widzieć w jego inteligencji lub wykształceniu, a postawę tę poznać po tym, że praktycznie wątpi się w pełne człowieczeństwo ludzi niewykształconych, mało inteligentnych, a zwłaszcza upośledzonych umysłowo.

Wymienione wyżej różne miary człowieczeństwa ujawniają swoją fałszywość i brzydotę w tym samym momencie, w którym nazwiemy je po imieniu: jeszcze jeden dowód, że zło potrzebuje ciemności żeby istnieć, wystarczy niekiedy wystawić je na światło, żeby podciąć jego korzenie. Okoliczność więc, że funkcjonuje tyle różnych miar człowieczeństwa, w których nie ma miejsca na niezadowolenie z siebie i nadzieję zbawienia, nie świadczy przeciwko obiektywności potrzeby zbawienia, ale jest właśnie szczególnie smutnym dowodem ludzkiej grzeszności. Tak jak szczególnie groźnym dowodem ignorancji jest nieświadomość tego, że się jest ignorantem.

Może jednak istnieje taka miara człowieczeństwa, która nie raziłaby swoją nietrafnością i potencjalnością do owocowania złem, a zarazem wykluczałaby potrzebę zbawienia, zamykałaby człowieka w czasoprzestrzeni, czyniłaby niepotrzebnymi jego odniesienia do transcendencji? Osobiście nie zetknąłem się z istnieniem takiej miary. Jeśli istnieje, obowiązek dowodu, że jest to miara prawdziwa i godna człowieka, spoczywałby na jej głosicielu.

Według jakiej miary mierzy człowieka chrześcijaństwo? Bardzo głęboko odpowiedział na to pytanie Jan Paweł II w swojej homilii przed kościołem św. Anny w Warszawie, 3 czerwca 1979, komentując modlitwę Przyjdź Duchu Święty, napełnij serca Twoich wiernych: "Pomyślcie, młodzi Przyjaciele - mówił Ojciec Święty - jaka jest miara serca ludzkiego, skoro napełnić je może tylko Bóg. Duch Święty... Pytanie o to: kim jestem? stawiacie sobie zapewne już od dawna. Jest to pytanie poniekąd najciekawsze. Pytanie podstawowe: Jaką miarą mierzyć człowieka? Czy mierzyć go miarą sił fizycznych, którymi dysponuje? Czy mierzyć go miarą zmysłów, które umożliwiają mu kontakt z zewnętrznym światem? Czy mierzyć go miarą inteligencji, która sprawdza się poprzez wielorakie testy czy egzaminy? Odpowiedź dnia dzisiejszego, odpowiedź Liturgii Zielonych Świąt wskazuje dwie miary: Człowieka trzeba mierzyć miarą "serca", sercem! Serce w języku biblijnym oznacza ludzkie, duchowe wnętrze, oznacza w szczególności sumienie. Człowieka więc trzeba mierzyć miarą sumienia, miarą ducha, który jest otwarty ku Bogu. Trzeba więc człowieka mierzyć miarą Ducha Świętego. I to właśnie mówi nam dzisiejsza liturgia. Tylko Duch Święty może go "napełnić" - to znaczy doprowadzić do spełnienia poprzez miłość i mądrość".

Chrześcijaństwo odkrywa człowiekowi tę zasadniczą prawdę o mnie samym, że jestem stworzony na obraz i podobieństwo Boga. A więc jestem stworzony, aby czynić dobro i kochać, dążyć do wolności i być twórczym. Zło czynione przez człowieka nie jest jakimś produktem ubocznym ludzkiej ewolucji moralnej, ono jest zasadniczym nieporozumieniem, zdradą naszego człowieczeństwa i odejściem od miłościwego zamysłu Boga względem człowieka.

Chrześcijaństwo wskazuje więc człowiekowi dwa zasadnicze aspekty adwentowego wyczekiwania. Cały ród ludzki wyczekuje uwolnienia od zła, w jakie sami się zaplątaliśmy: obyśmy tylko wyczekiwali w - sposób czynny, oby tylko nasza aktywność w tym kierunku była mądra. Ale choćby nawet dzieje ludzkości potoczyły się tak szczęśliwie, że nie popadlibyśmy w grzech, przecież i tak byłyby one adwentem, wyczekiwaniem na Pana, który jeden potrafi wypełnić serce ludzkie. Czynienie dobra nieskażonego złem, wolność nienaznaczona piętnem dwuznaczności byłyby źródłem wielkiego szczęścia i poczucia sensu, ale przecież nawet w sytuacji idealnej niespokojne byłoby serce ludzkie, dopóki nie spoczęłoby w Panu. Bo nieskończona jest miara ludzkiego serca.

Ludzkość pogrążona w ciemnościach śmierci

Najtragiczniejsze w adwencie ludzkości jest to, że większość z nas nie wie nawet, na jaką miarę zostaliśmy stworzeni: zło traktujemy jako nieuniknioną konieczność ludzkiego losu, ideałem naszym jest zaledwie człowiek uczciwy. Jedynie niektórzy - mimo otaczających ciemności pobudzili się ze snu i podążają na roratnie spotkanie z Panem. Niestety, nie jest to przesadny pesymizm: bo jak inaczej wytłumaczyć ten niepojęty fakt, że w dwa tysiące lat po przyjściu Zbawiciela zaledwie mniejszość ludzi zna Go po imieniu, a zapewne jeszcze mniej przyjęło Go szczerym sercem. Ludzkie ciemności nazbyt często są ciemnościami niewidomych od urodzenia: nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, w jakich ciemnościach żyjemy.

Zanim zacznę opisywać ciemności ludzkiego zła, spróbuję pokazać, w jakich ciemnościach bywa pogrążone ludzkie dobro. Ile naszego dobra, życzliwości, uczynności, poświęcenia idzie na służbę zła! Weźmy pierwszy z brzegu przykład. Wystarczy, że jakaś dziewczyna znajdzie się w ciąży, aby wielu ludzi jak najfatalniej uruchomiło swoją zdolność do solidarności z potrzebującym: rodzice tłumaczą jej, że dziecko przeszkodzi jej w studiach i utrudni znalezienie męża, koleżanki ofiarują się z oddaniem krwi jeśli zdecyduje się na poronienie, lekarze idą jej maksymalnie na rękę i przekonują, że nie jest to wcale czyn przeciw życiu ludzkiemu. Przykład prosty, ale odsłania on zjawisko daleko bardziej powszechne. Nasze dobro często - zapewne częściej niż o tym wiemy - jest krótkowzroczne, w dalszej perspektywie służy złu. Nasza życzliwość bywa zatruta; prawdę przedstawiamy często w taki sposób, żeby świadczyła na rzecz kłamstwa; miłość czynimy tak niemądrze, że w rzeczywistości jest krzywdą. Jest to wielkie poniżenie prawdy, dobra i miłości, choć, niestety, takie są fakty. I tylko częściowo od nas zależy, aby było inaczej.

Albo jak często dobro, które czynimy, jest czymś przypadkowym, nie płynie z naszego wnętrza. Czynimy dobro, bo sprzyjają temu układy, w jakich znaleźliśmy się. Jeśli układy się zmienią, zaczynamy czynić zło i specjalnie się tym nie przejmujemy. Jesteśmy jak te plewy, którymi pomiatają wiatry raz dobre raz złe - raz zawładnie nami wiatr namiętności, kiedy indziej wiatr przelotnego współczucia, raz wiatr przemocy, strachu lub pochlebstwa, kiedy indziej wiatr jakiejś dobrej mody lub dobry wpływ lektury, o której się za miesiąc zapomni. Jak gdyby nie człowiek wybierał dobro, ale dobro i zło wybierały człowieka. Nawet jeśli czynimy dobro, nie zmienia to wówczas chaosu moralnego, w jakim jesteśmy pogrążeni. Chaos moralny nie na tym przecież polega, że człowiek czyni wyłącznie zło, ale na tym, że dobro i zło jest w nas pomieszane bez ładu i składu.

Popatrzmy jeszcze z innej strony. Częstokroć nawet dobro szlachetne, wielkie, bezinteresowne, jakie czynimy, jest całkowicie wepchnięte w ramy doczesności. Konkretny przykład. Ktoś był znakomitym nauczycielem, całą duszę wkładał w swoją pracę, bardzo wiele dał swoim uczniom. I oto przychodzi emerytura, życie traci dla tego człowieka sens, czuje się on nikomu niepotrzebny. Nie przyjdzie mu nawet do głowy, że życie być może ma jakieś głębsze wymiary, w perspektywie których owa przymusowa bezczynność, praktyczna niepotrzebność czy nawet niedołęstwo i krępująca zależność od innych mają właśnie sens szczególny i niewątpliwy. Toteż mimo woli pojawia się smutne pytanie: może również cała praca wychowawcza tego wspaniałego nauczyciela była jakoś okaleczona, odcięta od owych głębszych wymiarów, zasklepiona bez reszty w czasoprzestrzeni?

Albo jak często nasze dobro jest robaczywe egoizmem, brudną interesownością, cwaniactwem. Jak często chcemy dobra, a czynimy zło, albo niby to czynimy dobro, ale w taki sposób, że ono owocuje złem. Straszne są te adwentowe ciemności, w jakich pogrążony jest człowiek: zwykle wołają one o Zbawiciela dużo potężniej niż nasze serca. A przecież nie zaczęliśmy jeszcze opisywać ciemności ludzkiego zła. Ponadto opisujemy raczej ciemności poszczególnych ludzi niż całej ludzkości, te drugie wydają się znacznie groźniejsze, ale opisać je trudniej.

To co tutaj napiszę o ciemnościach ludzkiego zła będzie oczywiście blade i mdłe wobec wielkich opisów literackich (żeby wymienić dla przykładu Potęgę ciemności Tołstoja), a przecież nawet wielkie opisy literackie są blade i mdłe wobec rzeczywistej ciemności zła. Zacznijmy nasz opis ciemności zła od refleksji nad tajemniczymi słowami Pana Jezusa: "Będziecie słyszeć o wojnach i o pogłoskach wojennych; uważajcie; nie trwóżcie się tym. To musi się stać..." (Mt 24,6). Jak to? Muszą być wojny i nienawiści między narodami? Musi być głód i zarazy? Przecież Bóg jest miłosierny! Czyżby miłosierny Bóg mógł planować dla nas takie okropności? Otóż to nie Bóg zdeterminował nas do różnych nieszczęść. Źródłem tego przeklętego determinizmu jest nasz grzech. Jak długo dzieje się zło w nas i wśród nas, nieszczęścia będą spadały nieuchronnie na rodzinę ludzką. Nie ma bowiem grzechu niewinnego, zła, które nie niosłoby z sobą jakiejś krzywdy. Każde zło prędzej czy później zaowocuje jakimś bezsensem i zniszczeniem. Od czasu do czasu bezsens zła czynionego przez miliony kumuluje się w wielkich nieszczęściach, które dotykają wszystkich, winnych i niewinnych.

Łatwiej opisać beznadziejność tego zła, jakie dzieje się w poszczególnym człowieku. Ograniczę się do przedstawiania czterech obrazów ludzkiego zła, ukazujących tę ciemną tajemnicę z czterech różnych punktów widzenia. Będzie to obraz złamanego kręgosłupa, raka, paraliżu i ślepoty.

Obraz złamanego kręgosłupa. Odnosi się on zwłaszcza do ludzi, którzy mają na sumieniu jakiś wielki grzech. Chodzi o to, że żaden zły czyn nie jest całkowicie zewnętrzny w stosunku do swojego sprawcy, zawsze pozostawia po sobie, jakieś spustoszenie we wnętrzu człowieka. Im większy ładunek zła w ludzkim czynie, tym większe spustoszenie powoduje ono w człowieku. Otóż może się zdarzyć, że zły czyn dokona w człowieku spustoszenia nieodwracalnego. Tak jak zwykły upadek może skończyć się sińcem lub złamaniem nogi, ale może również spowodować złamanie kręgosłupa i tylko cud mógłby mi przywrócić pełne zdrowie. Ale - z drugiej strony - czy trzeba się dziwić, że wielu ludzi nie śmie marzyć o samej nawet możliwości tak wielkiego cudu, o samej nawet możliwości zbawienia?

Obraz raka. Ten obraz dotyczy zwłaszcza ludzi znajdujących się w niewoli jakiegoś nałogu lub jakiejś nieopanowanej ambicji. W każdym z nas jest wiele dynamizmów, wyższych i niższych, których przeznaczeniem jest służba ostatecznemu dobru człowieka. Otóż niekiedy jakiś dynamizm się autonomizuje, wyłącza się z podporządkowania dobru całościowemu, zaczyna rozwijać się niejako na własną rękę. Na tym właśnie polega rak: jest to bunt części komórek przeciwko pracy dla dobra całości. Zbuntowana część organizmu zaczyna rozwijać się bujnie i żywiołowo, pilnuje bowiem wyłącznie swego. Korzyść, nawet z punktu widzenia zbuntowanego organu, jest oczywiście pozorna: guz rozwija się wprawdzie znakomicie, ale jego komórki ulegają biologicznemu uprymitywnieniu, ponadto cały organizm ogarnia stopniowo wycieńczenie i skończy się to tragicznie dla całości, ze zbuntowanym organem włącznie. Rak duszy polega mniej więcej na tym samym: określony dynamizm ulega w nas zwyrodnieniu i uprymitywnieniu, następuje ogólne wycieńczenie duchowe organizmu, następują przerzuty i od pewnego momentu duchowa sytuacja człowieka nieodwracalnie zdąża ku śmierci. Nowina o Zbawicielu jest naprawdę nadzieją na coś niemożliwego; nie zapominajmy jednak, że "u Boga nie ma nic niemożliwego" (Łk 1,39).

Obraz paraliżu. Łatwo rozpoznają się w tym opisie tzw. ludzie uczciwi, którym sumienie nie wyrzuca żadnych jaskrawie złych czynów i którzy nie sądzą, żeby byli w niewoli takiego czy innego nałogu albo niedobrej ambicji. Można bowiem być uczciwym, a zarazem żyć mało sensownie: nie czynić wielkiego zła, ale zarazem być opieszałym w czynieniu dobra. Człowiek jest jakby sparaliżowany: złożone w nas przez Stwórcę wspaniałe moce otwierania się na miłość i okazywanie miłości, zdolności czynnego wchodzenia w wymiar prawdy, dobra i piękna uległy jakby częściowemu paraliżowi. Niestety, wysiłek woli może zmienić u chorego na duchowy paraliż dokładnie tyle samo, co u sparaliżowanego fizycznie: nie można powiedzieć, żeby się nie liczył, ale samego paraliżu w ten sposób się nie usunie.

Obraz ślepoty. Ten obraz również dotyczy tzw. ludzi uczciwych. Jest rzeczą dość znaną, choć trudną do uwierzenia, że niewidomi od urodzenia na ogół nie tęsknią za wzrokiem. Ujawnia się to zwłaszcza wówczas, kiedy istnieją realne możliwości operacyjnego przywrócenia wzroku. Bardzo trudno namówić takich pacjentów na operację, trudno im bowiem wytłumaczyć, co w ten sposób mogą zyskać. Co jednak najdziwniejsze: pacjenci, którzy dali się namówić, początkowo wcale nie są uszczęśliwieni tym, że operacja się udała. Pierwszym odruchem jest raczej przerażenie: to co zaczynają dostrzegać oczami, jest tak niezgodne z ich oczekiwaniami, tak chaotyczne i bezsensowne, że gotowi są przeklinać chwilę, kiedy zgodzili się na poddanie operacji. W pierwszych dniach tacy ozdrowieńcy wręcz odmawiają używania wzroku i wolą posługiwać się konwencjonalnymi środkami kontaktu ze światem zewnętrznym, tzn. nadal używają przede wszystkim dotyku. Otóż analogicznie rzecz się przedstawia ze ślepotą duchową. Często jesteśmy - również ludzie wierzący ślepi na całe wymiary rzeczywistości i wcale nie odczuwamy tego kalectwa. Przebłyski owych nieznanych nam wymiarów - bo przecież doświadczamy takich przebłysków - odbieramy jako coś tak chaotycznego i bezsensownego, coś tak burzącego nam ustalony obraz świata, że czym prędzej porzucamy myśli, aby ćwiczyć się w uruchomieniu tego duchowego wzroku, od którego owe przebłyski pochodziły. Nawet najlepszym spośród nas zdarza się, że "bardziej miłujemy ciemności aniżeli światłość, albowiem uczynki nasze są złe. Każdy bowiem, kto się dopuszcza nieprawości, nienawidzi światłości i nie idzie ku światłości, aby nie potępiono uczynków jego" (J 3,19n).

Powtarzam, rzeczywisty stan ludzkości wydaje się dużo bardziej adwentowy niż jej świadomość. Pogłębia to zresztą grozę naszej sytuacji. Nasza nieświadomość, jak bardzo jesteśmy uwikłani w zło, wydaje się głównym powodem, dlaczego większość z nas nawet nie tęskni za zbawieniem. Nasuwa się jeszcze jedno porównanie z medycyny: nasz duch, tak bardzo udręczony złem, popadł w nieprzytomność, a w każdym razie ociera się o stan nieprzytomności.

Dwie postaci adwentowej jutrzenki

Powyższy opis jest oczywiście jednostronny. Bo jak nasze zło jest zapewne większe, niż jesteśmy w stanie to sobie wyobrazić, podobnie i nasze dobro jest być może większe, niż o tym wiemy. Wszak wyszliśmy z ręki nie byle jakiego Rzemieślnika: stworzył nas Ten, który jest Dobrocią Absolutną, i nie jest rzeczą łatwą unicestwić te dobre potencje, jakie w nas zostały złożone. A co ważniejsze: choćby nasze zło było większe jeszcze niż jest, przecież żyjemy na świecie Bożym, i dopóki nie zamknęliśmy się zupełnie na Boga, nasza sytuacja nie może być beznadziejna.

Dawna teologia rozważała możliwość, czy Bóg nie mógłby nas zbawić inaczej, oszczędzając Sobie trudu Wcielenia i Męki. Uważam, że nie jest to pytanie teoretyczne: Przez pozytywną odpowiedź na to pytanie opisywano sytuację konkretnych ludzi, którym dane jest przerazić się wielkością ludzkiego grzechu, nie dane zaś jest im poznać Chrystusa, ani nawet wyobrazić sobie możliwości zbawienia ludzkości poprzez szczególne wejście Boga w ludzkie dzieje. Po prostu jeśli świat jest Boży, beznadzieja - nawet jeśli wielkość grzechu przekracza nasze wyobrażenie, nawet jeśli człowiek nic nie wie o Chrystusie - jest absurdem. Wprawdzie nadzieja może wówczas niknąć w mroku niewiedzy, jednakże pozytywna beznadzieja choćby nie znało się Chrystusa, byleby nie odrzucało się Boga - byłaby całkowicie nieuzasadniona. I to jest pierwsza, ledwie rysująca się postać adwentowej jutrzenki.

Zupełnie inaczej przedstawia się adwent, oparty na wyraźnej Bożej obietnicy. Takim był adwent starożytnego Izraela, oczekującego cielesnych narodzin Zbawcy; takim jest adwent nas wierzących w Chrystusa, którzy staramy się nie przeoczyć kolejnych nawiedzeń zbawiającego Pana; takim jest adwent całego Kościoła, który oczekuje ostatecznego wyzwolenia tych wszystkich, którzy wyzwolenia pragną. Ten adwent polega przede wszystkim na czuwaniu.

Mówił Ojciec Święty podczas Apelu Jasnogórskiego 5 czerwca 1979: "Być chrześcijaninem - to znaczy czuwać. Tak jak czuwa żołnierz na straży, albo jak czuwa matka przy dziecku, albo jak czuwa lekarz przy chorym. Czuwać - to znaczy strzec wielkiego dobra". Takie czuwanie jest samą istotą posługiwania biskupiego w Kościele. Episkopos to ten, który czuwa nad Bożą owczarnią, strzeże jej przed wilkami, pilnuje jej potrzeb. Jest to czuwanie nastawione na ochronę obecności Pana, która już teraz jest rzeczywistością.

Ale czuwanie ma jeszcze inny wymiar, ważniejszy: "Czuwajcie, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie (...). Bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie" (Mt 24,42,44). Pan wprawdzie już jest w nas i wśród nas, ale jeszcze bardziej Go nie ma - dopiero na Niego czekamy. I na tym właśnie polega typowo adwentowe czuwanie. Chodzi o świętą bojaźń, żeby się nie zdarzyło, że Pan przyjdzie, a my Go nie rozpoznamy. Timeo Christum praetereuntem et numquam revertentem. Adwentowe roraty i pasterka to symboliczny wyraz tej świętej bojaźni, aby nie przespać przyjścia Pańskiego. Może się bowiem zdarzyć, że przyjścia Zbawcy nie zauważą ci, o których wydawałoby się, że Go najbardziej oczekują: tak jak cielesnych narodzin Mesjasza nie zauważyli główni stróże Obietnicy.

Również główne postaci adwentowe uczą nas czuwania. Jan Chrzciciel do końca świata będzie przypominał, że ci tylko prawdziwie czekają na Zbawiciela, którzy przez pokutę pragną porzucić swoje grzechy i wrócić na drogę Bożych przykazań. Święty Józef daje nam przykład, że nawet podczas snu należy czujnie wsłuchiwać się w głos Boży. Wreszcie Najświętsza Dziewica jest żywym dowodem, że przyjście Pańskie może przekroczyć wszelkie nasze wyobrażenia i spodziewania (czyż mogło Jej kiedykolwiek przejść przez myśl, że zostanie Matką Boga?) i że trzeba wielkiej czystości duchowej, aby nie zareagować na tak niespodziewane przyjście Pana lenistwem.

Łatwo zamknąć wezwanie do czuwania w pięknych, ale oderwanych od życia formułach (jeszcze jeden dowód, jak bardzo adwentowa jest nasza sytuacja, ile w niej ciemności). Trzeba więc nieustannie przekładać to wezwanie na język konkretnych sytuacji życiowych. Na pewno więc takim przyjściem Chrystusa, którego nie wolno mi przeoczyć, będzie na przykład pojawienie się w moim środowisku potrzebującego (może to być nędzarz moralny), któremu właśnie ja winienem pomóc. Nie powinienem przeoczyć przyjścia Chrystusa, kiedy spotka mnie jakaś krzywda - w przeciwnym razie mogę dać się ponieść zemście i nienawiści. Przyjście Chrystusa należy rozpoznać w sytuacji, kiedy powinienem bronić kogoś przed krzywdą. I wtedy, kiedy przychodzą trudności z wiarą: jeśli zamiast się zmobilizować duchowo i moralnie, poddam się wówczas sile bezwładu, mogę utracić tak wielki skarb na długie lata albo i na całe życie.

Powyższe konkretyzacje są oczywiście całkiem przypadkowe: głównym ich celem jest uprzytomnienie sobie, że wezwanie do czuwania, które stanowi istotny element adwentowego oczekiwania, jest czymś więcej niż sloganowym hasłem. Postawa adwentowego czuwania winna cechować również całe ludzkie społeczności: rodziny, grupy zawodowe, narody. Niekiedy na całe narody przychodzi pokusa wprowadzania niemoralnych praw, podtrzymywania ładu niezgodnego z prawem Bożym, wykorzystywania swojej pozycji silniejszego albo zgody na niewolę. Otóż jeśli zbawienia mogą i powinni oczekiwać nie tylko poszczególni ludzie, ale również całe narody, musi to być rzecz jasna - oczekiwanie czynne, polegające na usłuchaniu wezwań Jana Chrzciciela oraz na naśladowaniu czuwających Józefa i Maryi. Zanim bowiem zaświeci całej ludzkości Słońce, które nigdy nie zachodzi - Zbawiciel wszystkich Jezus Chrystus - musimy otwierać się coraz więcej na adwentową jutrzenkę Jego obecności, która już teraz rozprasza ciemności.

Zwróćmy jeszcze uwagę, że adwentowe czuwanie nie jest niczym trudnym, zaś adwentowa pokuta jest czymś słodkim. Po tym zresztą poznać, że jest to dzieło Boże. Czasem mamy pokusę wielką wiarę zastąpić silną wolą. Jest to błąd. Jeśli do czegoś potrzebna jest silna wola, znaczy to, że chodzi tam o rzecz trudną. Ewangelia nigdzie nie mówi, że Chrystus miał silną wolę, że kiedykolwiek zacinał zęby, natomiast niewątpliwie miał wielką miłość i ona właśnie sprawiła, że uczynił dla nas to, co uczynił. Matka może być leniwa, a przecież nie sprawia jej trudności wstawanie w nocy do dziecka (jeśli tylko je kocha). Podobnie wielkie wezwania adwentowe do czekania na przyjście Zbawcy, którego znamy już po imieniu, mogą być ciężkie, ale wiara czyni je lekkimi, mogą stanowić brzemiona, ale wiara przepaja je słodyczą. Wiara w Zbawiciela potrafi sprawić, że nawet prześladowania dla sprawiedliwości stają się dla wierzących w Chrystusa i oczekujących Jego chwalebnego przyjścia źródłem radości (por. Mt 5,11n).

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści