O. Jacek Salij - "Rozpacz pokonana"

Teza moja brzmi następująco: Nie ma na tej ziemi sytuacji absolutnie beznadziejnych. Ani dla poszczególnych ludzi, ani dla całych społeczeństw. Tezy tej nie wolno jednakże głosić przez bagatelizowanie tych beznadziei, których doświadczają ludzie i społeczeństwa. Co więcej, warto sobie uświadomić, że istnieją nawet takie beznadzieje, z których sami nie zdajemy sobie sprawy, a przecież obiektywnie niszczą one duchową tkankę człowieka i ludzkich społeczności.

Różnorodność ludzkich beznadziei

Zacznijmy od opisu różnych sytuacji beznadziejnych. Oto jedna z nich: Ciężko kogoś skrzywdziłem i tego już się nie da naprawić. Na przykład przez własną nieostrożność spowodowałem wypadek samochodowy, w którym ktoś zginął albo już na zawsze będzie kaleką. Stało się coś nieodwracalnego, jestem zupełnie bezsilny wobec tej sytuacji.

Sytuacja podobna, z którą jako ksiądz spotykam się stosunkowo często: Ktoś w kręgu moich bliskich popełnił samobójstwo. Teraz, kiedy to się już stało, widzę z całą świadomością swoją część winy. Być może nigdy by do tego nie doszło, gdybym wtedy rozumiał to, co rozumiem teraz. Lecz ani moja świadomość, ani ostre poczucie winy nie wskrzesi tego, który tak niepotrzebnie odszedł. Analogicznych przeżyć doświadcza wiele kobiet, które zniszczyły własny płód. "Byłam młoda, głupia, nie wiedziałam, co robię" - powiadają - "Wszystko bym dała za to, żeby można było temu dziecku przywrócić życie".

Jeszcze inna sytuacja tego samego typu: Ktoś czuje się odpowiedzialny za duchową lub moralną dewiację bliskiej sobie osoby, często własnego dziecka. Trudno mi zapomnieć rozmowę z pewną, nieżyjącą już kobietą, która własną. córkę wtajemniczała w arkana prostytucji. Z rozpaczą pytała mnie, co robić, żeby wyprowadzić ją z tego bagna, w które sama ją wepchnęła. To był przypadek zupełnie skrajny. Natomiast nagminnie się zdarza, że rodzice poniewczasie żałują swoich błędów i zaniedbań wychowawczych. "Wszystko było dla nas ważne, tylko nie to co najważniejsze. Niestety, teraz już się nie da tego naprawić".

Poczucie beznadziei ogarnia człowieka również wówczas, kiedy ktoś mi bliski zeszedł na manowce bez wyraźnej mojej winy. Widzę, jak pogrąża się coraz głębiej w swoim cynizmie, pijaństwie lub innym bezsensie, a ja nie mogę nic na to poradzić, jestem kompletnie bezsilny. Nie mogę mu pomóc, bo on wszelką pomoc odrzuca i wyśmiewa; nie mogę obronić go przed złem, które go niszczy, bo on sam tego zła szuka.

A oto sytuacja beznadziejna zupełnie innego typu: Czytałem kiedyś pamiętnik syberyjski zakonnika z mojego klasztoru przy ulicy Freta w Warszawie, ojca Ignacego Klimowicza. Zesłańcy wyruszyli z Warszawy 14 kwietnia 1864 i doszli na miejsce przeznaczenia 8 grudnia. Bez mała osiem miesięcy nieustannej wędrówki, osiem miesięcy ciągłego i coraz głębszego rozstawania się z ojczyzną. W tych okolicznościach myśl o ucieczce z zesłania była doprawdy poza granicami marzeń. Człowiek czuł się jakby żywcem zakopany w grobie, z dala od rodziny, odcięty od środowiska, wyrwany z tego wszystkiego co mu było bliskie.

Bardzo często warunki zewnętrzne mogą. wprowadzić człowieka w stan prawdziwej beznadziei. Wyobraźmy sobie następującą sytuację, ja zaś nie muszę jej sobie wyobrażać, gdyż spotkałem się z nią w rzeczywistości. Mają pięcioro małych dzieci, najmłodsze bliźniaki liczą sobie niewiele ponad roczek i oto ona znowu jest w ciąży. Dotychczas właściwie już nie udawało im się wiązać końca z końcem, teraz czują się jakby nad przepaścią; wydaje im się, że przekroczone zostały wszelkie granice ich możliwości.

Albo taka oto sytuacja, również prawdziwa: Młode małżeństwo bez mieszkania, za to z małym dzieckiem, już czwarty rok tuła się po wynajmowanych lokalach. Tak się składało, że w żadnym miejscu nie mogli mieszkać dłużej niż siedem miesięcy. Teraz znów gospodyni wymówiła im mieszkanie, lokatorzy z dzieckiem są bowiem niewygodni. Małżonkowie nie mogą liczyć na pomoc swoich rodziców. Natomiast brak własnego gniazda fatalnie wpływa na ich wspólne pożycie: pod wpływem ciągłych kłopotów zaczynają już mieć siebie wzajemnie dość.

Takich sytuacji beznadziejnych lub na granicy rozpaczy można wyliczać bez końca. W stan beznadziei może wtrącić człowieka - choć oczywiście nie musi - doznanie jakiejś wielkiej krzywdy, poczucie samotności i opuszczenia przez wszystkich, poczucie nieudanego życia, poczucie niepotrzebności. Każdy z nas sporo wie na temat ciężkich udręk człowieczych, związanych z tymi przeżyciami.

Szczególną uwagę chciałbym zwrócić na beznadzieje, w jakich znaleźć się mogą całe społeczeństwa; a także na te beznadzieje, których sobie nawet nie uświadamiamy. Mówią historycy, że Warszawa nigdy się tak głośno nie bawiła, jak w ciągu pierwszych dziesięciu lat po trzecim rozbiorze Polski. Tak próbowano zagłuszyć rozpacz z powodu utraty wolności i braku perspektyw na jej odzyskanie.

My bardzo niesłusznie rozpacz, beznadzieję utożsamiamy z czarnym uczuciem, w którym przerażony człowiek doświadcza jakby wpadania w otchłań bez dna. To tylko jedna z form rozpaczy i wcale nie najczęstsza. Rozpaczać można również na wesoło, można wielką beznadzieję zagłuszać różnymi małymi nadziejami, można wreszcie w ogóle nie uświadamiać sobie swojej sytuacji bez wyjścia. Zachowania pasażerów na tonącym okręcie mogą być bardzo różne: jedni w panice biegają po pokładzie, nie widząc dla siebie żadnego ratunku; inni spokojnie grają w karty i z udawaną obojętnością czekają na koniec; jeszcze inni śpią spokojnie, bo o niczym nie wiedzą; a są może i tacy, którzy wyłączą pompy, żeby nie przedłużać chwili grozy: Subiektywnie postawy tych ludzi są różne, ale ich obiektywna sytuacja jest jednakowo beznadziejna. Istotą rozpaczliwej sytuacji nie jest bowiem świadomość swojej beznadziejności, ale obiektywny brak jakiegoś wyjścia, spowodowany niekiedy własną biernością (biernością, która zresztą nie wyklucza pustej aktywności, bezcelowego szamotania się, co jak wiadomo przyczynia się zwykle do jeszcze głębszego pogrążenia się w beznadziei).

Mówiłem, że wielką beznadzieję można zagłuszać różnymi małymi nadziejami. Nie zawsze muszą być one tak małe. Wystarczy, że nie przekraczają tej ziemi, że otoczone są jakąś fundamentalną rozpaczą, że są zamknięte w granicach śmierci.

Na ogół jednak ludzie zagłuszają swoją ostateczną rozpacz, swój brak perspektyw wyjścia poza grzech i śmierć, w sposób daleko mniej wzniosły. Myślę, że możemy oszczędzić sobie konkretnych opisów, jak liche i egoistyczne bywają różne nasze nadzieje, którymi się narkotyzujemy, aby zapomnieć o uwikłaniu w zło i śmierć. Niewielu jest chyba ludzi, którzy by na ten temat nie wiedzieli dużo z własnego doświadczenia.

Ktoś może mnie zapytać: Dlaczego twój opis ludzkiej kondycji jest tak okropnie pesymistyczny? Na to odpowiem, że jest to opis oczywiście jednostronny, ale niestety prawdziwy. Prawdą jest nie tylko to, że nasze życie pogrążone jest w rozmaitych beznadziejach, aż do rozpaczy ostatecznej włącznie. Prawda jest jeszcze smutniejsza: że na niszczące nas beznadzieje często jesteśmy zaślepieni, nie jesteśmy ich świadomi lub nawet je zagłuszamy. Otóż jako chrześcijanie uwierzyliśmy Bogu, że w Nim nasze beznadzieje da się przezwyciężyć. Jako chrześcijanie znamy naszego Zbawcę po imieniu. Wierzymy, że mocą Jezusa Chrystusa człowiek potrafi przerwać ten przeklęty krąg grzechu, nieszczęścia i śmierci, w który tak beznadziejnie jesteśmy zaplątani. Znając Zbawiciela, nie mamy powodu ukrywać prawdy o naszym położeniu, które nie jest bynajmniej zachwycające. Wręcz przeciwnie, powinno nam zależeć na poznaniu całej prawdy, również tej najgorszej, trudno bowiem myśleć o leczeniu, jeśli się nie postawi prawidłowej diagnozy.

Beznadzieje społeczne

Nie mówiłem jeszcze o najgorszych ludzkich beznadziejach: o tych, w które popadają całe ludzkie społeczności. Całe społeczeństwa mogą utracić nadzieję, że prawda i sprawiedliwość mają realną moc, że nie są to ideały pozorne, ale właśnie do nich należy ostatnie słowo. Postawmy sprawę jasno: Jeśli w jakimś społeczeństwie zmalała wiara, że warto być człowiekiem uczciwym, jeśli w jakimś społeczeństwie bardzo wiele ma do powiedzenia kłamstwo, cynizm, przemoc i przekupstwo - winę za to ponosi nie tylko władza czy struktury społeczne, ale w jakimś sensie jest to wina wszystkich. Jeśli bowiem pod naciskiem tak zwanej rzeczywistości uwierzę w to, że trzeba gryźć innych, aby samemu nie zostać zagryzionym i według tej wiary zaczynam postępować - to moja zła wiara zaczyna kształtować rzeczywistość i wówczas przekupstwo, pochlebstwo czy oportunizm faktycznie mają coraz więcej do powiedzenia. Z mojej winy będzie jeszcze trudniej niż dotychczas postępować według zasad uczciwości.

Całe społeczeństwa mogą utracić instynkt samozachowawczy i ulec tendencjom samobójczym. Skłonności samobójcze wynikają z utraty fundamentalnej nadziei oraz z zakłóceń w rozumieniu sensu swego istnienia. Samobójcze tendencje społeczeństw mogą się wyrażać rozmaicie. Może to być zgoda na zatratę własnej tożsamości. Zanik tożsamości dokonuje się najczęściej przez odcięcie od swoich korzeni historycznych. Nie można być sobą, jeśli się nie pamięta swojej przeszłości: po to, żeby odnawiać i kontynuować wszystko, co w niej warte szacunku, a więc również dalszego istnienia, ale także po to, aby przezwyciężać i odpokutowywać to wszystko, co w naszej przeszłości było naganne i wstydliwe. Tam, gdzie nie ma żywej świadomości własnych dziejów albo świadomość tę zafałszowano, naród przestaje być sobą, degraduje się do jakiejś plemiennej miazgi, którą łączy wspólnota języka, zresztą również zakłamanego, bo język nie zakorzeniony w świadomości historycznej musi być językiem zepsutym.

Otóż mamy nawyk bicia się w cudze piersi. Kiedy mowa o wykorzenieniu z własnych dziejów albo o zepsuciu języka, natychmiast mielibyśmy ochotę całą winę zrzucić na politykę kulturalną, na nie najlepsze struktury itp. To nie jest chyba tak proste. Jak wiadomo, człowieka można zabić, można dokonać eksterminacji całego nawet narodu, ale nie da się duchowo zabić ani człowieka, ani narodu, jeśli zainteresowany czynnie przy tym nie współpracuje. Inaczej mówiąc, zabójstwo duchowe zawsze jest - przynajmniej w jakimś aspekcie - samobójstwem. Żeby zaś popełniać samobójstwo, trzeba utracić nadzieję.

Chciałbym zwrócić uwagę na to, że tak jawne od dwustu lat nurty antychrześcijańskie w kulturze europejskiej mają pewne cechy tendencji samobójczych. Nie mówię tego jeszcze z punktu widzenia wiary, mówię jedynie opierając się na tym, co powszechnie wiadomo na temat kultury i jej rozwoju. Żadna kultura nie przetrwa, jeśli sieją odetnie od głównych jej korzeni. Otóż tak się złożyło, że istotnym i najważniejszym korzeniem kultury europejskiej jest chrześcijaństwo. Toteż w Europie walka z chrześcijaństwem jest nie tylko działalnością antyreligijną, ale również działaniem skierowanym przeciwko kulturze. Działanie zaś przeciwko kulturze zawsze jest czynnością samobójczą, skierowane jest bowiem przeciwko tożsamości własnego społeczeństwa.

Niektóre choroby naszej świadomości historycznej, naszego zakorzenienia we własnej przeszłości, przypominają nie tyle beznadzieję samobójcy, co raczej starczą sklerozę. I tak bardzo żywo pamiętamy dzieciństwo swojego narodu i jego młodość, czasy Chrobrego czy Jagiellonów, natomiast niemal zupełnie utraciliśmy pamięć o tym, co się działo niedawno, w czasach najnowszych. Skleroza w życiu duchowym, podobnie jak tendencje samobójcze, jest oczywiście znakiem jakiejś fundamentalnej beznadziei. Powtarzam jednak poprzednie spostrzeżenia: beznadzieja nie musi się wyrażać przygnębieniem, można ją przeżywać nawet na wesoło, można jej sobie nie uświadamiać.

Znakiem fundamentalnej beznadziei jest również zanikanie w skali społecznej szacunku dla człowieka oraz dla ludzkiego życia. Dawno to odkryta prawda, że człowiek który nie szanuje innych, nie ma również prawdziwego szacunku dla samego siebie. Być może powszechne dzisiaj schamienie jest znakiem głębokiej rozpaczy, która grozi naszemu społeczeństwu, a częściowo już nas nawet wciągnęła.

Daleko bardziej drastycznym znakiem naszej społecznej już wręcz beznadziei jest nasz lekki stosunek do zaczynającego się ludzkiego życia. Patrzmy, jak zakłamany jest nawet nasz język. Zabijania płodu nie umiemy już nawet nazwać po imieniu, nazywamy je "przerywaniem ciąży" jak gdyby był to czyn skierowany przeciwko stanowi w którym znalazła się kobieta, a nie przeciwko żywej istocie ludzkiej. Jeżeli zaś ktoś, mówiąc na ten temat, użyje terminu "przelewanie ludzkiej krwi", powszechnie odczuwamy to wyrażenie jako nazbyt emfatyczne i obciążona emocjonalnie, podczas gdy jest to tylko suche i rzeczowe określenie tego, o co tu faktycznie chodzi. Zdumiewa zarówno łatwość, z jaką ludzie zabijają własne potomstwo i naciskają na innych, aby czynili to samo, jak brak poważniejszej reakcji ze strony społeczeństwa, które nie próbuje bronić swoich członków przed tak głęboko niesłusznymi postawami. Wszystko to razem zdradza daleko posuniętą korozję wiary w sens istnienia. Mało cenimy sobie sens własnego życia i z łatwością przychodzi nam przekreślanie życia innych.

Bardzo przepraszam, jeśli moje opisy wprawiły kogoś w przygnębienie. Sądzę jednakże, że opisałem zaledwie w niewielkim stopniu te liczne beznadzieje - jednostkowe, rodzinne i społeczne - w jakich jesteśmy pogrążeni. Nie ma sensu odsuwać od siebie prawdy o naszym położeniu, tylko dlatego, że jest ona tak pesymistyczna. Nie ma sensu zagłuszać tej prawdy jakimś udawanym lub powierzchownym optymizmem. Zwłaszcza że wiara chrześcijańska chce powiedzieć człowiekowi i ludzkim wspólnotom Słowo Nadziei. Jest to wprawdzie tylko jedno Słowo, ale tak potężne, że jego mocą potrafimy przezwyciężyć wszystkie nasze rozpacze. Temu Słowu na imię Jezus Chrystus.

Chrystus naszą nadzieją

Zacznę od banalnego stwierdzenia, że albo wierzy się w Chrystusa naprawdę, albo się w ogóle w Niego nie wierzy. Jeśli wierzę w Chrystusa tylko dlatego, że się w tej wierze urodziłem, i nawet nie próbuję dzielić się moją wiarą z innymi, znaczy to, że prawdopodobnie w ogóle w Niego nie wierzę. Jeśli Chrystus istnieje tylko w moich poglądach i obca mi jest myśl wprowadzania Jego ducha w otaczającą mnie rzeczywistość, a więc również w moje własne życie, to być może w ogóle w Niego nie wierzę. Podobnie jeśli szukam w Chrystusie tylko psychicznej pociechy w chwilach trudnych, tylko jakiegoś oderwania się od przygnębiającej rzeczywistości. Bo wierzyć w Chrystusa to znaczy wierzyć, że jest On Synem Bożym, który ma moc przywracać naszemu człowieczeństwu sens i piękno, który jest dość potężny, aby mnie i każdego człowieka, a także poszczególne wspólnoty ludzkie, a nawet całą ludzkość, wyrwać z różnych beznadziei, w których jesteśmy pogrążeni lub które nam zagrażają.

Tylko prawdziwa wiara w Chrystusa mogła sformułować słowa które wypowiedział Jan Paweł II na Placu Zwycięstwa, że "bez Chrystusa człowiek nie jest w stanie do końca zrozumieć samego siebie". Myślę, że również ludzie niewierzący, jeśli tylko nie odmawiają nam prawa wierzenia w Chrystusa istniejącego w rzeczywistości, a nie tylko w naszych poglądach, zgodzą się z tym, że papież miał prawo takie zdanie wypowiedzieć.

Otóż jeśli wierzymy w Chrystusa naprawdę, znajdziemy w Nim następujące światła i moce, które ochronią nas od grożących beznadziei oraz wyzwolą z różnych beznadziejnych sytuacji:

  1. Wiara w Chrystusa wzywa nas do zaufania Jego przykazaniom, a zarazem daje nam moc, abyśmy trzymali się Bożych przykazań również wtedy, kiedy to wydaje się przekraczać nasze siły. Nie ma sytuacji, w której człowiek byłby obiektywnie przymuszony czynić zło. "Wierny jest Bóg i nie dozwoli kusić was ponad to, co potraficie znieść, lecz zsyłając pokusę, równocześnie wskaże sposób jej pokonania, abyście mogli przetrwać" (1 Kor 10,13). Chrystus nie obiecuje nam, że zdejmie z nas nasze krzyże, obiecuje natomiast, że jeśli weźmiemy na siebie Jego jarzmo, znajdziemy ukojenie dla dusz naszych. "Albowiem Jego jarzmo jest słodkie, a Jego brzemię lekkie" (Mt 11,29n). Zauważmy, że w tej nauce mamy coś więcej niż wezwanie do wiary w Opatrzność Bożą w sytuacjach, kiedy człowiekowi wydaje się, że już im nie podoła. Słowa Chrystusa wyrażają coś więcej również niż obietnicę Bożej pomocy. Pan Jezus poucza nas tu, że trudne sytuacje - nie wyłączając tych, które wydają się beznadziejnie trudnymi - są po prostu naszą drogą dojrzewania na synów Bożych i w miarę jak człowiek je po Bożemu przyjmuje, sytuacje te zaczyna przenikać światło Boże i stają się nam one wręcz słodkimi i lekkimi. Chrystus więc nie tylko pragnie, żebyśmy w swoim życiu pełnili Bożą wolę, ale żebyśmy ją pełnili w duchu Bożym, tzn. z zaufaniem, że to ma sens, oraz z radością, że w ten sposób okazuje się Bogu swoją miłość.

  2. Chrystus ma przesłanie do wszystkich grzeszników, również tych największych, powiada nam: "Nie grzesz więcej!" I w swoim miłosierdziu posuwa się jeszcze dalej: Chrystus jest Bogiem i ma moc rany grzechu przemieniać w źródła sensu i duchowej odnowy. On sam powiedział o jawnogrzesznicy: "Umiłowała wiele, bo wiele jej odpuszczono" (Łk 7,47). Jako kapłan często widzę ludzkie rozpacze z powodu grzechu, którego już nigdy nie da się naprawić. Takiemu człowiekowi często wskazuję wówczas na Ukrzyżowanego Chrystusa i Jego rany. Kiedy Chrystus zmartwychwstał, rany pozostały, ale teraz są one dla nas wszystkich źródłem życia i chwały. Podobnie jest z ranami wielkich grzechów, a nawet zbrodni: jeśli naprawdę, a nie tylko z pozoru, prosimy Chrystusa o wyrwanie z naszej beznadziei, rany wprawdzie pozostaną, ale zostaną przemienione. Nie będą już odtąd prowadzić człowieka do śmierci, lecz do życia.

  3. Rozwińmy jeszcze myśl poprzednią: Człowiek może bardzo daleko odejść od Boga, Bóg jednak zawsze jest bardzo blisko człowieka. Prawda o wszechobecności Boga ma olbrzymie znaczenie praktyczne dla wszystkich, ale zwłaszcza dla tych ludzi, którzy uwikłali się w sytuacje zdawałoby się nie do rozplątania. Mianowicie jeżeli Bóg jest wszechobecny, to z każdego miejsca jest do Niego bardzo blisko. Choćby nie wiem jak się zaplątał w różne ciemne układy, z których wydaje się nie ma wyjścia jeśli tylko naprawdę rzucę się Chrystusowi w ramiona, wyjście na pewno się znajdzie i będę uratowany. Odnosi się to oczywiście również do tych beznadziejnych sytuacji, w które uwikłały się całe społeczeństwa.

  4. Wiara w Chrystusa uwalnia nas również od różnych przesadnych strachów i w ten sposób pozwala nam zrozumieć, że liczne sytuacje, które wydają się nam beznadziejnymi, w rzeczywistości takimi nie są, nawet jeśli są to sytuacje bardzo trudne. Zesłańcy syberyjscy często powtarzali sobie, że cała ziemia jest Boża i gdziekolwiek by nas nie zapędzili, wszędzie można być człowiekiem sprawiedliwym i wiernym Bogu. Zaś adiutant wielkiego księcia Konstantego, Łunin, rosyjski konwertyta na katolicyzm, kiedy odczytywano mu straszny wyrok, że jest skazany na katorgę "po wieczne czasy", zareagował na to takim szeptem, że cała sala go usłyszała: "Też gadanie! Chłop prawie pięćdziesięcioletni i po wieczne czasy - śmiechu warte!". Wiara chrześcijańska odkrywa przed nami tę wielką prawdę; że żaden prześladowca ani żaden ślepy los nie jest w stanie wpędzić nas w sytuację absolutnie beznadziejną. Sytuacja staje się naprawdę beznadziejną dopiero wówczas, kiedy ja sam zamknę się na nadzieję, która płynie od Boga. Mówił o tym Pan Jezus: "Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciała, bo duszy zabić nie mogą". Człowieka, a nawet cały naród, można bardzo ciężko skrzywdzić, ale świat jest naprawdę Boży i dlatego - dopóki trzymamy się Boga - nikt nie jest w stanie wyrządzić mi ani mojemu narodowi krzywdy ostatecznej.

  5. Wiara w Chrystusa broni nas od nierozumnych prób wyjścia z naszej beznadziei. Wszelkie próby odpowiadania na krzywdę nienawiścią, posługiwanie się kłamstwem w dążeniu do ocalenia, wskazywanie na sytuacje, w których człowiek uczciwy jest jakoby zmuszony czynić zło - to wszystko jest tylko niemądrym szamotaniem się, które zamiast wyzwolić z zagrożenia, pogłębia tylko beznadziejność naszego położenia. W ten sposób wiara w Chrystusa ochroni rodziców, którym bardzo trudno przyjąć następne dziecko, przed zamachem na jego życie. Wiara w Chrystusa doprowadziła Mickiewicza do przezwyciężenia dylematu związanego z wallenrodyzmem. Wiara w Chrystusa chroni naród przed okazywaniem nienawiści swoim wrogom itd.

  6. Ale zarazem wiara w Chrystusa chroni ludzi i ludzkie wspólnoty przed niewolniczą zgodą na pozbawienie własnych praw, co przecież równałoby się powolnemu samobójstwu. To jest bardzo charakterystyczne dla postawy chrześcijańskiej: Niepomyślną sytuację staramy się zmienić, ale zarazem, jeżeli to niemożliwe, głęboko wierzymy, że nawet w najbardziej niesprzyjających okolicznościach można i trzeba zachowywać się po ludzku. Chrześcijanie nie lekceważą problematyki swobód obywatelskich, sądzimy jednakże, że ważniejsza od swobód jest nasza wolność duchowa. To co mówił Norwid na temat wolności słowa: Nam chodzi nie tylko o wolność mówienia, nam chodzi o to, żeby nasze słowo było wolne. Cóż z wolności mówienia, jeśli nasze słowo znajduje się w więzach głupoty, namiętności, nienawiści? Analogicznie można powiedzieć o wolności całego człowieka i narodu: Nam chodzi nie tylko o swobody obywatelskie. Bo one niewiele znaczą, jeśli ludzie i narody dali się opętać duchowi egoizmu, zakłamania, bezmyślności. Z drugiej strony, nawet w warunkach niewoli zewnętrznej można - choć to bardzo trudne - zachować i rozwijać wolność istotną. Inaczej mówiąc, nic i nikt nie jest w stanie uczynić mnie niewolnikiem; niewolnikiem zostanę dopiero wówczas, kiedy sam się duchowo rozbroję. Zresztą trudno sobie wyobrazić, żeby mogło być inaczej: przecież świat jest naprawdę Boży, i chociaż wiele w nim grzechu, ostatnie słowo należy jednak do wszechmocnego Boga, który udziela swojej mocy wszystkim, co Go szukają.

  7. Inna bardzo charakterystyczna cecha postawy chrześcijańskiej: Chrystus już dziś chce nas wyzwolić z naszych beznadziei, już dziś chce nam udzielać mocy, abyśmy sprostali trudnym sytuacjom. Wiara chrześcijańska jest bardzo wrażliwa na to, abyśmy pod pozorem czekania na lepszą przyszłość nie marnowali teraźniejszości. W swoim czasie Ksiądz Prymas często podkreślał, żebyśmy swojego lenistwa nie usprawiedliwiali oczekiwaniem na pomyślniejsze czasy dla Kościoła: bo właśnie dzień dzisiejszy został nam dany, aby w nim żyć po chrześcijańsku, katechizować nasze dzieci, zapraszać do Kościoła tych, którzy stoją na zewnątrz. Po prostu świat naprawdę jest Boży, ludzkość naprawdę została odkupiona przez Chrystusa, toteż żaden człowiek i żaden naród nie musi i nie powinien jednego dnia dłużej trwać w swoich beznadziejach. Już dziś należy podjąć powrót do tej nadziei, którą daje nam Chrystus.

  8. Niekiedy boimy się porzucenia swoich beznadziei, bo wydaje nam się, że wymagałoby to od nas zbyt wiele trudu i poświęcenia. Wolimy trwać w beznadziejach, zwłaszcza jeśli one nam doraźnie nie doskwierają, niż zmobilizować się do duchowego wysiłku. Otóż nie jest moją intencją głosić łatwego chrześcijaństwa, chciałbym jednak zwrócić uwagę na pewną cechę pracy duchowej. Mianowicie odstrasza ona swoim trudem tylko tak długo, dopóki jej nie podejmiemy. Wystarczy jednak, że człowiek zazna jej smaku, że odkryje uczłowieczającą moc tego trudu żeby zmienić zdanie na ten temat, żeby praca nad sobą stała się dla nas czymś atrakcyjnym i pożądanym. Dlaczego się tak dzieje, spróbujmy zobaczyć na przykładzie ewangelicznego Zacheusza. Gdyby ktoś próbował przekonać go do radykalnej zmiany życia, zapewne wydawałoby mu się to czymś ponad siły. Ale wystarczyło, że się po prostu spotkał z Chrystusem, żeby całkowite nawrócenie stało się dla niego czymś samo przez się zrozumiałym i łatwym. Podobnie będzie z nami, jeśli tylko będziemy szukali po prostu spotkania z Chrystusem. Jeszcze raz powtarzam: Chrystus nakłada na nas swoje brzemiona, ale czyni je lekkimi, każe nam nosić ciężary, ale sprawia, że stają się one słodkie.

  9. Próbowaliśmy sobie uświadomić, że nawet. najbardziej nieznośne sytuacje Chrystus potrafi przesycić swoją mocą i nadzieją. Nie wyklucza to oczywiście (a nawet wręcz przeciwnie) potrzeby naszej pracy i modlitwy. Jeśli na przykład ktoś mi bliski wybrał taką drogę życiową, która prowadzi prosto do potępienia wiecznego, trudno sobie wyobrazić, żebym ja mógł swój ból z tego powodu przesycić duchem Chrystusowym, jeśli nie będę próbował jakoś przezwyciężać tę sytuację swoją pracą i modlitwą. Jeśli spostrzegam w swoim środowisku zagrożenia ze strony różnych beznadziei, trudno sobie wyobrazić, żeby mnie to nie mobilizowało do pracy i modlitwy na rzecz powrotu tam prawdziwej nadziei.

  10. I ostatnia już uwaga: Jeśli to właśnie Chrystus wyzwala nas z różnych naszych beznadziei, bardzo trzeba uważać, aby nie przegapić czasu Jego przyjścia. Timeo Christum praetereuntem, et numquam revertentem - mówił św. Augustyn. Boję się, że Chrystus przyjdzie, minie mnie, ja Go nie dostrzegę, a On już nigdy nie wróci. Chrystus zaś przychodzi nie tylko po to, aby wyzwalać mnie z moich beznadziei. On przychodzi również po to, żeby mnie wezwać do pomagania moim bliźnim, których sytuacja jest w takim lub innym sensie rozpaczliwa. Chrystus przychodzi do mnie, do mojej rodziny, do mojego narodu. Czuwajmy, aby nie przespać Jego przyjścia! "Duch i Oblubienica mówią: Przyjdź! A kto słyszy, niech mówi: Przyjdź!... Zaiste, przychodzę niebawem! Amen! Przyjdź Panie Jezu!" (Ap 22,17 i 20).

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści