O. Jacek Salij - "Rozpacz pokonana"

Skąd się wzięło zło?

Jeżeli Bóg nie chce zła, a jednak tyle zła dzieje się na Jego świecie, to czy jest On wszechmocny? Odpowiedź na to pytanie - jak na tyle innych - chrześcijanin kończy hymnem dziękczynnym, że niewyobrażalnie wielką godnością zostaliśmy obdarzeni. Ale zacznijmy tę odpowiedź od początku: Nie ma zewnętrznej miary, wedle której można by mierzyć Bożą wszechmoc, bo wówczas miara byłaby, przynajmniej pod jakimś względem, większa od samego Boga. Miara Bożej wszechmocy jest w Nim samym. Ponieważ zaś Bóg istnieje naprawdę i jest Najwyższym dobrem, więc realnie istniejąca nieskończona Boża wszechmoc jawi nam się, jakby posiadała granice: granicą Bożej wszechmocy jest absurd i zło. Trafniej, bardziej zgodnie z rzeczywistością, byłoby powiedzieć, że Boża wszechmoc jest tak dosłownie nieskończona, iż nie może jej osłabić żaden absurd ani zło. Zdanie: "Bóg nie może uczynić absurdu ani zła", zawiera w sobie przeczenie pozorne: można przełożyć je na zdanie twierdzące: "Wszystko, co Bóg czyni, jest zawsze i bez reszty sensowne i dobre". Mówić o "niemożności Boga" to używać nazwy pustej, a czynimy tak, gdyż mamy skłonności do pojmowania absurdu i zła w taki sposób, jakby to było coś równie realnego jak sens i dobro.

Świadomi powyższego, posłużymy się jednak pojęciem "granic" Bożej wszechmocy. Wygodny ten skrót ułatwi bowiem podjęcie pytania o genezę zła, pomoże nam również opisać wielkość ludzkiej godności. Mianowicie stworzenie osoby, bytu zdolnego do miłości, ociera się o "granice" możliwości samego Boga. Nawet bowiem Bóg nie mógłby stworzyć takiego bytu, który otrzymałby istnienie od razu jako ktoś kochający. Miłość bowiem zakłada odwewnętrzny, wolny wybór; zdeterminowanie kogoś do miłości to coś równie absurdalnego jak kwadratowe koło.

To prawda: jeśli kocham, to dlatego, że Bóg pierwszy mnie ukochał i to On obdarza mnie zdolnością kochania - ale nie ma we mnie miłości, dopóki miłość nie płynie ze mnie, z osoby, jako wolny czyn.

Miłość to w gruncie rzeczy coś Boskiego i, na dobrą sprawę, stworzeniu się nie należy. "Bóg jest miłością" (1 J 4,8). Właśnie na tym polega tajemnica Trójcy, że każda z trzech realnie odrębnych Osób tak całkowicie i bez reszty otwiera się na dwie pozostałe, że wszyscy Trzej są jednym, niepodzielnym i niezłożonym Bogiem. Jak to określa formuła św. Fulgencjusza (+533), przyjęta przez Sobór Florencki w roku 1442: "Ojciec jest cały w Synu, cały w Duchu Świętym; Syn jest cały w Ojcu, cały w Duchu Świętym; Duch Święty jest cały w Ojcu, cały w Synu". Wiara w Trójcę uodparnia skutecznie na pokusy zarówno neoplatońskiego emanacjonizmu, jak i teogenezy: Bóg nie ma żadnej potrzeby wylewania się na zewnątrz, nie jest też samotny ani nie potrzebuje dopełnienia.

Raczej odwrotnie: Stworzenie, zwłaszcza powołanie do istnienia istot zdolnych do miłości - aniołów i człowieka - jawi się nam jako akt miłości zupełnie niepojętej, jakby nielogicznej i szalonej. Co prawda, używam teraz języka mistyków, choć i w opisach powściągliwych teologów zdarzały się czasem takie określenia (np. u Karola Bartha). Miłość niepojęta i jakby nielogiczna powołała nas do istnienia: bo cóż to za pomysł - jak szalony to mówię - stawiać stworzenie na samej granicy statusu stworzeń, obdarzać je Boską zdolnością miłości, a nawet więcej, przez przebóstwiającą łaskę przenosić je ponad status stworzeń, czynić bogopodobnym, "uczestnikiem Bożej natury" (2 P 1,4)! To są naprawdę "granice" Bożych możliwości.

Możliwość zła jest konsekwencją tak niepojętej wielkoduszności Boga. Powinna ona zawsze pozostać tylko możliwością, ale niestety stało się tak jak się stało. Jeżeli bowiem stworzenie zostało uzdolnione do miłości, to, rzecz jasna, mogło wybrać miłość, powinno ją było wybrać, ale nie musiało. Bo miłość albo płynie z wolnego wyboru, albo nie ma jej wcale. Bóg mógł nie stwarzać istot zdolnych do miłości; jeśli jednak je stworzył, nie mogło to się nie łączyć z ryzykiem pojawienia się zła. Nie miejmy do Pana Boga pretensji o to, że Jego dzieła nie są absurdalne.

Zło wzięło swój początek od istot, które zostały stworzone jako z gruntu dobre. Niektóre z tych stworzeń zupełnie bezsensownie zagarnęły wyłącznie dla siebie, zamknęły w sobie potężną duchową energię, złożoną w nich przez Stwórcę i uzdalniającą je do wielkiej miłości. Stworzenia te zaczęły realizować sprzeczność, co z konieczności je dogłębnie wypacza i pustoszy. Bo z jednej strony akceptują swój status istot stworzonych do miłości, zachłannie zatrzymując dla siebie wszystkie wspaniałe moce, jakimi zostały obdarzone; z drugiej strony, nie mają zamiaru naśladować Boga, który jest miłością, chcą siebie zachować wyłącznie dla siebie, żal im cokolwiek z siebie dawać innym. Przypatrzmy się uważnie temu opisowi diabła, bo cząstka tej postawy znajduje się w każdym ludzkim grzechu. Również mechanizm zniszczenia działa podobnie: energia przeznaczona do miłości, jeśli ją dusimy w sobie albo, wbrew jej naturze, chcemy ją użytkować egoistycznie, zamiast budować, zaczyna niszczyć, zamiast uszczęśliwiać, pogrąża w nieszczęściu.

Diabeł nie jest żadnym uosobieniem zła ani osobowym złem, jest stworzeniem Bożym, które zamiast miłości postanowiło realizować sprzeczność i sprowadziło na siebie bezmiar samozniszczenia. I nie żadna negatywna energia sieje zło po świecie: zło bierze się z istot rozumnych, które w sposób przewrotny używają wspaniałych Bożych energii, przeznaczonych na to, aby świat stworzony uczynić miejscem powszechnej miłości. Każdy dzień, jeśli tylko umiemy obserwować, przynosi nam coraz to nowe potwierdzenia, jak bardzo potrafimy nadużyć, nawet przeciwko samym sobie, darów udzielonych nam przez Dobrego Stwórcę.

Właśnie dlatego, że początkiem wszechstworzenia jest Bóg, zło, w ostatecznym wymiarze, jest bezcelowe. Tylko poszczególne złe inicjatywy, co najwyżej całe kompleksy takich inicjatyw, mogą mieć swój cel. Ścieżki zła wprawdzie mogą wyprowadzać na jakieś szerokie gościńce, ale same gościńce prowadzą do nikąd, znikają w pustyni zniszczenia i śmierci. Przyczynowość zła, okaleczoną w. zakresie wszystkich czterech przyczyn, znakomicie zanalizował św. Tomasz w Summie teologicznej (1q.49).

Co to jest grzech pierworodny?

Co jednak najbardziej przeraża w tajemnicy zła, to nie tyle nawet otwarta przed nami możliwość niedobrych, owocujących spustoszeniem wyborów. W końcu cóż by nam szkodziło omijać takie możliwości z daleka: do kontaktu elektrycznego też niebezpiecznie jest wkładać palec, ale nic złego stąd nie wynika, bo nie tylko pokusa, ale nawet myśl o tym nie przychodzi nam do głowy.

W tajemnicy zła przeraża to, że ona nas jakby przerasta, jesteśmy w nią uwikłani. Nasza dobra wola zbyt często ma tylko pozory prawdziwości, a w każdym razie jest słaba; nasze rozeznanie dobra zwykle jest albo jednostronne, albo nawet wypaczone przez zadufane w sobie zaślepienie; nasze dobre czyny, nawet jeśli są wielkie i słodkie jak beczka miodu, rzadko żeby nie były zatrute jakąś kroplą dziegciu. To co bierzemy za postęp moralny, jeśli się bliżej przypatrzeć, niejednokrotnie okazuje się dostosowaniem prawa lub obyczaju do nowej - płytszej lub wypaczonej - mentalności. A nade wszystko podlegamy jakiemuś tajemniczemu naciskowi w kierunku zła: "Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię zło, którego nie chcę... Nieszczęsny ja człowiek!" (Rz 7,19-24).

Owszem, mimo wszystko człowiek pozostał stworzeniem w zasadzie dobrym. Pozostała w nas tęsknota za prawdą i dobrem, i nie do końca utraciliśmy umiejętność obiektywnego, rozróżnienia prawdy od fałszu, dobra od zła. Potrafimy się poświęcać dla sprawiedliwości, nie obojętne jest nam dobro bliźniego oraz całych ludzkich zbiorowości. Cenimy sobie wolność i niejeden z nas z dobrym skutkiem pracuje nad tym, aby stać się panem samego siebie. Najważniejsze zaś, że to wszystko możemy włączyć w postawę miłości - na szczęście umiemy kochać prawdziwie, choć w obecnej naszej sytuacji nie każda nasza miłość jest prawdziwa, każda zaś prawdziwa miłość jest ułomna.

Oczywiście, lepiej żyć w takiej oazie, niż od razu zginąć na pustyni. Ale naszą oazę ze wszystkich stron otacza śmiercionośna pustynia. I nie widać perspektyw wyjścia. Wiatr wiejący od pustyni wysusza naszą wodę i zasypuje nas piaskiem. Piasek z pustyni odnajdujemy wszędzie, nawet w naszych oczach i w naszym pożywieniu. Od czasu do czasu naciera na nas piaskowa burza. Nie ma dnia, żeby ktoś, zniechęcony tymi warunkami, nie uciekał z oazy, by znaleźć niechybną śmierć na pustyni. Cóż z tego, że udaje nam się czasem wydrzeć pustyni jakiś kawałek gruntu? Cóż z tego, że w naszej oazie odbywają się wesela? Wszystko to ma niewątpliwy sens, ale nie zmienia to faktu podstawowego, że nasza oaza otoczona jest pustynią, że całe nasze dobro dokonuje się w cieniu śmierci.

Horyzont śmierci bodaj najbardziej w tajemnicy zła przeraża. Jeśli ktoś usłyszy, że owocem grzechu. jest śmierć, nich nie odpowiada pochopnie, że on się śmierci nie boi, bo jemu wystarczy pięknie przejść przez swoje krótkie życie. Śmierć biologiczna to zaledwie symbol śmiercionośności grzechu (choć już ona potrafi być straszna). Grzech sprowadza śmierć na dobro, jakie czynimy. Czyż nie zdarza się, że nawet miłość, która dawała początek nowym istotom ludzkim, umiera jeszcze za życia małżonków? Czy ktoś zaprzeczy temu, że umiemy wprzęgać prawdę w służbę śmiercionośnego kłamstwa, a naszą zdolność do solidarności czyż nie wykorzystujemy również do zabijania? Co gorsza, grzech sprowadza śmierć do wnętrza człowieka: pustoszy duszę, czyni życie bezsensownym. Śmiercionośność grzechu powinna się kojarzyć nie tyle ze zgonem stwierdzanym przez lekarza, co z potępieniem wiecznym.

I to jest szczególnie tragiczne w prawdzie o grzechu pierworodnym: już rodzimy się w horyzoncie śmierci otoczeni miłością, zdolni do dobrego, a przecież ukierunkowani ku, śmierci. Nie obarczajmy Pana Boga winą za ten stan rzeczy, bo również ten opis, jeśli przeprowadzimy go obiektywnie, zakończy się dziękczynieniem, że On mimo wszystko nas kocha, i to kocha skutecznie, jako Wybawiciel od śmierci. Zarzutów przeciwko Stwórcy, jakie mogą się zrodzić w głowie człowieka przerażonego tajemnicą zła, jednak nie przemilczajmy.

A więc po pierwsze: Jeśli anioł światłości, w całej pełni zdając sobie sprawę z tego co czyni, ściąga na siebie samozniszczenie - jego sprawa, nie nam w to wchodzić. Ale dlaczego Pan Bóg zezwala mu, aby nam szkodził? Kto wie, gdyby nie jego złowrogi współudział, zło może w ogóle nie pojawiłoby się w ludzkich dziejach? A gdyby nawet się pojawiło - być może zdołalibyśmy sami z nim sobie poradzić. I po drugie: Czy to nie okrutne, że małe niewinne dziecko przychodzi na ten świat już w horyzoncie śmierci, mimo że przecież nic złego jeszcze nie uczyniło? Czy to sprawiedliwe, że grzeszność człowieka jest wcześniejsza niż jego grzechy? Czy można dziwić się temu, że człowiek, który grzesznym już się urodził, potem rzeczywiście czyni zło?

Doprawdy zbyt łatwo przychodzi nam posądzać Pana Boga o nieliczenie się z dobrem swoich stworzeń. Nominaliści, przedstawiający Boga wydającego dekrety, ustalającego i szafującego nagrody i kary według swojego widzimisię, w każdym pokoleniu zyskują zastępy swoich nieświadomych zwolenników. Bóg prawdziwy jest inny. Aniołów i ludzi stworzył, aby uczestniczyli w Jego doskonałościach, na swój obraz i podobieństwo ich stworzył. I właśnie dlatego postępuje z nami w taki sposób, w jaki postępuje.

Dlaczego Pan Bóg zezwala na niszczycielską działalność diabła? Nie zapominajmy o tym, że On jest Trójjedynym - Jego rozumne stworzenia mogą osiągnąć osobową dojrzałość tylko przez miłość, poprzez osobowe oddawanie się Jemu samemu i sobie wzajemnie. Każda z osób stworzonych została po imieniu wywołana z niebytu miłością Bożą, a równocześnie wszyscy razem stanowimy jakąś jedność, łączą nas nici wzajemnej solidarności. Wyszliśmy z ręki Trójjedynego i właśnie dlatego moje dobro może promieniować na innych, zaś dobro innych mnie się udziela - a moc wzajemnego oddziaływania jest tym większa, im większe jest to dobro. Ta nasza wzajemna solidarność mogła - i powinna - dotyczyć wyłącznie dobra. Z chwilą pojawienia się zła, zaczęliśmy na siebie promieniować również złem. Zło, jakim przepełniony jest szatan, istota ontycznie od człowieka niewyobrażalnie doskonalsza, zatruwa swoim rozkładem szczególnie szeroko i szczególnie groźnie.

Solidarność w dobru i złu nie ma jednak w sobie nic mechanicznego, jej uczestnikami są przecież osoby. Dobro i zło, jakie dzieje się poza mną, w jakiś sposób naciska na mnie, abym ja podobny wybór podjął, ale mnie nie determinuje. Widać to wyraźnie w opisie pierwszego ludzkiego upadku. Szatan istotnie się do tego upadku przyczynił, ale to człowiek dokonał złego wyboru.

Czy nie mógłby Pan Bóg wyłączyć szatana, skoro ten znieprawił się doszczętnie i nieodwracalnie, ze wspólnoty wszechstworzenia, pozbawić go możliwości promieniowania swoim złem na innych? Otóż jak się wydaje, jedyną siłą, jaką Pan Bóg uznaje, jest moc miłości. A przy tym założeniu istnieje tylko jedna droga unieszkodliwienia szatana: utrwalić się w miłości. Ta myśl zapewne zawarta jest w biblijnym obrazie strącenia szatana z nieba: szatan nie może mieć najmniejszego dostępu do istot bez reszty przenikniętych miłością. Również do naszej ziemi trudniej byłoby mu przystąpić, gdyby kręgi miłości, jakimi staramy się ją otoczyć, były gęstsze i trwalsze.

Zasada solidarności wszechstworzenia, w bliższym zaś kręgu: solidarności ogólnoludzkiej, wiele wyjaśnia w tajemnicy grzechu pierworodnego. Dzieje ludzkości nie zaczęły się w chwili mojego urodzenia. Ziemia, kiedy się na niej pojawiłem, nie była królestwem dobra, ale miejscem walki dobra ze złem. Zanim jeszcze zacząłem cokolwiek rozumieć, już byłem przedmiotem oddziaływania zarówno dobra, jak i zła; zła niestety również.

Jednak grzech pierworodny to coś więcej niż tylko przebywanie w polu oddziaływania niszczących sił zła. Już rodzimy się jako moralne i duchowe kaleki. I nie da się wyjaśnić tego faktu, bo nie jesteśmy w stanie zrozumieć jego źródła. Wszelkie zło, jakie popełnia człowiek, jest dokonywane przez grzeszników. Tylko pierwszy grzech, który jest przyczyną grzeszności nas wszystkich, został popełniony przez istotę bezgrzeszną. Ani rozumem, ani wyobraźnią nie da się pojąć, jak straszną rzeczą jest grzech kogoś bezgrzesznego i jak straszne niesie on za sobą spustoszenie. Tradycyjna teologia tak oto opisuje jego tragiczne skutki: Zerwała się jakaś istotna, życiodajna, prawdziwie osobowa więź ,z Bogiem: człowiek, stworzony osobą, utracił zdolność kontaktu ze Stwórcą proporcjonalnego do swojej godności. Rzecz jasna, jest to katastrofa również ontyczna, w której deformacji musiała ulec sama natura człowieka, w Bogu przecież mająca swe źródło i od Niego czerpiąca swoją doskonałość. Duch. człowieczy, odcięty od Źródła swej mocy, jest teraz zbyt słaby, aby zapanować nad sobą samym oraz nad ciałem. Liczne dobre dynamizmy, w które Stwórca wyposażył człowieka, aby składały się na nasze bytowe bogactwo, utraciły w znacznej mierze swoją kierunkowość i w miejsce pierwotnej harmonii nosimy w sobie chaotyczne kłębowisko przeciwstawnych sobie sił. Rozum, oddzielony od pierwszego Źródła prawdy, łatwo ulega jednostronnej fascynacji jakimiś prawdami cząstkowymi, a nawet ma trudności z odróżnianiem prawdy od fałszu. Wola człowieka, oddalona od źródła wszelkiego dobra, zaczyna ulegać pokusie samoubóstwienia i czuje się uprawniona orzekać arbitralnie o tym, co jest dobrem a co złem. Oto obraz naszego duchowego kalectwa, z którym już się rodzimy, a które jedynie ujawnia się i pogłębia, w miarę jak samodzielnie zaczynamy wchodzić w tajemnicę zła.

Czy trzeba dodawać, że jest to sytuacja zupełnie niezgodna z pierwotnym zamysłem Stwórcy? Nie po to Stwórca uzdolnił nas do udziału w swojej niezmienności, żebyśmy się utrwalili w złu. Ale zarazem podziwiajmy pokorę i cierpliwość Wszechmogącego. Nie sprzeciwia się On złu (por. Mt 5,39), nawet jeśli ono się rozszerza, bo tak naprawdę można je ugasić tylko miłością. Wszechmoc Boża jest to pokorna wszechmoc miłości.

Niewiedza pierwotna i wtórna

Zarzuca się niekiedy chrześcijaństwu, że opisując obecną sytuację człowieka, używa zbyt dużo czarnej farby. I rzeczywiście, nie ma chyba religii ani doktryny, która , przedstawiałaby rozpaczliwość ludzkiego położenia tak wyraźnie i z taką dosadnością. I nie dziwota, że ludzie unikają tej wiedzy o sobie: prosty instynkt samozachowawczy nakazuje śmiertelnie choremu nie dostrzegać, jeśli to tylko możliwe, grozy swojego położenia. Spojrzeć w oczy całej prawdzie umożliwia człowiekowi dopiero wiara w Chrystusa. Bo gdy pojawia się realna nadzieja na wybawienie z śmiertelnego niebezpieczeństwa, pytanie, jak to jest z nami naprawdę, przestaje być skrzętnie omijanym tabu. W każdym razie zarzuty, jakoby chrześcijańska antropologia była pesymistyczna, oparte są na nieporozumieniu. To prawda, że sam opis ludzkiej grzeszności może przyprawić o rozpacz. Ale opis ten - niestety, przedstawiający rzeczywistość - jest jedynie punktem wyjścia dla nowiny, która stanowi samą istotę wiary chrześcijańskiej: że Bóg Prawdziwy, Syn Boży równy Przedwiecznemu Ojcu, stał się jednym z nas, abyśmy mogli stać się jedno z Nim. Jeśli to nowina prawdziwa, nie ma z całą pewnością i nie będzie nowiny bardziej radosnej.

Nie tu miejsce, aby opisywać dokładnie istotę zbawczego czynu Chrystusa. Wypunktujmy tylko. Po pierwsze, Chrystus, Człowiek Doskonały, przypomniał nam, co to w ogóle znaczy być człowiekiem. "Człowieka nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa - mówił Ojciec Święty na Placu Zwycięstwa - A raczej: człowiek nie może siebie sam do końca zrozumieć bez Chrystusa. Nie może zrozumieć ani kim jest, ani jaka jest jego właściwa godność, ani jakie jest jego powołanie i ostateczne przeznaczenie".

Po wtóre, dobro, jakie spełnił na tej ziemi Człowiek Doskonały swoim życiem, a zwłaszcza swoją nieskazitelną miłością w godzinie męki, ma wartość nieskończoną wszak ów Człowiek jest Synem Bożym! Toteż ma On - Jeden z nas - moc ogarnąć swoim dobroczynnym promieniowaniem wszystkich ludzi wszystkich pokoleń. W każdym, kto zbliży się do Syna Bożego, rozpoczyna się powrót do utraconej pełni człowieczeństwa. Powrót rzeczywisty, choć zakończy się on dopiero w wymiarze eschatologicznym; powrót transcendentny wobec empirii, ujawniający się jednak w znakach. Odkupienie ludzkości dokonało się więc tymi samymi drogami powszechnej solidarności, którymi weszliśmy w tajemnicę zła. Syn Boży - Bóg Prawdziwy, ale przecież Jeden z nas - nie tylko przywrócił pisrwotny sens jedności wszechstworzenia, ale wypełnił ją nowym blaskiem.

Po trzecie, i to jest najważniejsze: Ten, który uzdrawia ludzką naturę, uzdalnia nas - i to już teraz - do prawdziwej przyjaźni z Bogiem, otwiera nam dostęp do Źródła życia i miłości, przemienia nas w synów Bożych, uczestników Bożej natury. Choć nie ominie mnie śmiertelne łoże, przecież wychodzę już poza cień śmierci: dobro, jakie czynię, już nie całe zanurzone jest w czasoprzestrzeni. Najlepsza cząstka mojego dobra i mojej miłości dostąpi mocą Chrystusa - nieśmiertelności. "Błogosławieni, którzy w Panu umierają, (...) albowiem uczynki ich idą za nimi" (Ap 14,13).

Program, z jakim Chrystus przychodzi do człowieka, jest tak wielki, że jakaś odmowa wiary - całkowita lub cząstkowa, świadoma lub nieświadoma - jest zjawiskiem chyba powszechnym. W samej Ewangelii zostawiono nam zatrważający znak zapytania: "Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?" (Łk 18,8). Początkowo nawet wiara najbliższych Chrystusowi uczniów naznaczona była słabością.

Sądzę, że odrzuceniu Chrystusa zawsze towarzyszy jakaś odmowa przyjęcia prawdy o ludzkiej grzeszności. Jak powiedzieliśmy wyżej: za duży to ciężar, żeby unieść go, nie mając nadziei. Istnieje jednak zasadnicza różnica między pierwotną niewiedzą o swoim rozpaczliwym położeniu a odmową przyjęcia do wiadomości prawdy na ten temat. Otóż wydaje się, że w chrześcijańskiej Europie prawda o stanie upadku, w jakim się znajdujemy, tak głęboko weszła w świadomość kulturową, że można jej nie znać tylko przez odmowę przyjęcia do wiadomości. Spróbuję wyliczyć parę popularnych metod zapominania o tym, że jesteśmy grzeszni:

Trzy pierwsze stosują ludzie wierzący w Chrystusa. Po pierwsze, wypłukujemy z treści najbardziej kluczowe pojęcie wiary chrześcijańskiej, pojęcie zbawienia. Okazuje się, że bardzo trudno dociera do naszej świadomości, że zbawienie to wyzwolenie tego co w nas dobre spod cienia śmierci, rozwiązanie naszych sparaliżowanych zdolności do dobrego, uaktywnienie całego bogactwa, jakie Stwórca włożył w nasze człowieczeństwo, oraz - co najważniejsze - przebóstwiająca przyjaźń z Bogiem. Chcielibyśmy zredukować zbawienie do jakiejś konsumpcyjnie pojętej wiecznej szczęśliwości, która rzekomo należy się tym, co żyją uczciwie. Zresztą "uczciwość", we współczesnym rozumieniu tego słowa, nie zobowiązuje ani do poważniejszej pracy moralnej, ani do szukania mocy z góry: wystarczy, że idę za dobrymi odruchami swojej natury i w ostatecznym bilansie czynię więcej dobra niż zła.

Drugą metodą zapominania przez chrześcijan prawdy o ludzkiej grzeszności jest bagatelizowanie niszczycielskiej potęgi zła. Kiedy przeciętny laik dowiaduje się o próbach niektórych teologów i publicystów zakwestionowania prawdy o grzechu pierworodnym, sakramentu pokuty czy nauki o możliwości potępienia wiecznego - nie zawsze domyśla się, że nie chodzi tu bynajmniej o spory oderwanych od życia dogmatyków. W rzeczywistości, w próbach tych znajduje wyraz niedobra potrzeba współczesnego pokolenia, zmęczonego złem, udowodnienia sobie, jakoby "nie taki diabeł był straszny, jak go malują". Niestety, rzeczywistość nie ma obowiązku dostosowywania się do naszych poglądów i będzie taką, jaką jest; niezależnie od tego, czy to nam się podoba czy nie. Tyle jedynie możemy wskórać fałszywymi poglądami na tak ważny temat, że staniemy się niewolnikami "do kwadratu": nie tylko że będziemy w niewoli grzechu, ale możemy już nawet utracić świadomość, że jesteśmy w niewoli.

Spróbujmy przypatrzyć się krótko, jak istotna prawda zawarta jest w ostrzeżeniu, że człowiek może zmarnować się na zawsze, zasłużyć sobie na potępienie wieczne. Jeśli zło, jakie jest we mnie, może zniszczyć mnie tak straszliwie i nieodwracalnie, znaczy to, że nie ma z nim żartów: nie jest ono pozorem i do jego usuwania muszę się wziąć z całą energią i powagą. Ale nie tylko ten argument wskazuje na fałsz sentymentalnego mniemania, że skoro miłosierdzie Boże jest nieskończone, to piekło musi być puste. Za mniemaniem tym kryje się obraz Boga, autorytarnego władcy, który zewnętrzną decyzją swej woli rozporządza stworzonymi przez siebie osobami, jakby to były tylko przedmioty. Już dawno zauważono intrygujące pokrewieństwo sentymentalizmu z mentalnością autorytarną. Gdyby Bóg rzeczywiście był taki, to Syn Boży zupełnie niepotrzebnie przychodził na ten świat: wystarczyłaby Jego jedna zewnętrzna decyzja i wszyscy - w dodatku bez żadnej duchowej pracy - bylibyśmy zbawieni. Tymczasem, miłosierdzie Boże jest oczywiście nieskończone, ale zwraca się ku osobom, nie ku przedmiotom. Ostrzeżenie przed potępieniem wiecznym uświadamia mi, iż ja swoim złem mogę się zamknąć na nieskończone Miłosierdzie. Sentymentalne pomniejszanie potęgi zła jest przede wszystkim dlatego groźne, że demobilizuje: zniechęca do wysiłków moralnych i szukania mocy nadprzyrodzonej. Zastanawianie się nad tym, czy piekło jest puste czy nie, z natury rzeczy jest jałowe, bo niczego nie zmieni. Natomiast ostrzeżenie: "Uważaj, żebyś nie zmarnował bezpowrotnie swojego życia!" pobudza do czynu; i to jeszcze zauważmy, że wyrasta ono ze wspaniałej nadziei: każdy z żyjących na tej ziemi - niezależnie od tego, jak głęboko uwikłał się w zło może się jeszcze uratować!

Trzecia chrześcijańska metoda zapominania o swojej grzeszności jest najpowszechniejsza, bo zapewne wszyscy ją po trosze stosujemy, co oczywiście dodatkowo świadczy o tym, że możliwość całkowitego poradzenia sobie z naszym złem przekracza nasze siły. Metoda ta polega na głośnym przyznawaniu się do tego, że jesteśmy ułomni przy jednoczesnym zagłuszaniu w sobie egzystencjalnej świadomości tego faktu. Bo cóż to za rozpoznanie własnej grzeszności, jeśli nie pobudza mnie ono do czynienia dobra i naprawy tego co złe? Prawda o uzdrawiającej łasce przestaje wówczas być dogmatem wiary - studnią niewyczerpaną pełną wody żywej - a staje się bardziej lub mniej jałową doktryną. Sakrament pokuty mogę przeżywać nie tyle jako spotkanie z Miłosiernym, który przywraca mi zdrowie i obdarza nadprzyrodzoną energią, co jako okazję do łatwego zwolnienia się z. obowiązku pracy nad sobą.

Chrześcijanie lubią powtarzać: "Dopóki żyjemy na tej ziemi, zawsze będziemy grzeszni", "ubogich zawsze mieć będziecie między sobą" (Mt 26,11). Jak poznać, kiedy zdania te wyrażają prawdę, a kiedy ją tylko przedrzeźniają? Kryterium jest proste: Prawda jest dynamiczna, zawsze pociąga ku dobremu. Prawda Boża nigdy nie jest jałową doktryną, nigdy też nie utwierdza w gnuśnym samozadowoleniu.

Jeszcze parę słów na temat pozachrześcijańskich dróg ucieczki od ludzkiej grzeszności, wydeptywanych w chrześcijańskiej Europie. Oświeceniowe wyobrażenia o bezgrzesznym człowieku, którego wystarczy wyzwolić z niewoli przesądów, żeby ujawniła się jego anielskość, należą już chyba tylko do historii. Utraciły swoją wiarygodność również świeckie eschatologie, które nadzieję zbawienia wiecznego usiłowały zastąpić ideą postępu i dążeniem "ku świetlanej przyszłości".

Najbardziej atrakcyjny wydaje się dziś program zaniechania wielkich programów uzdrowienia ludzkości i nastawienia się na te niewielkie i ułomne, ale realne dobra, jakie mogą być naszym codziennym udziałem. Docenić różne uroki życia, nie utrudniać sobie wzajemnie życia, ale raczej ułatwiać, pogodzić się z niedogodnościami, których nie da się usunąć - oto główne punkty tego programu. Mówią niektórzy, że w ten sposób wraca do nas duch starożytnej Grecji, z jego żywiołową akceptacją ciała i rozumu, tańca i nauki, a zarazem z jego konkretną, nie uwikłaną ideologicznie świadomością, że errare humanum est. Ale nie jest wykluczone, że przy większej znajomości zarówno kultury greckiej, jak i duchowych dziejów chrześcijaństwa, doszlibyśmy do wniosku, że postawa ta jest jednostronną i częściowo wypaczoną formą czysto chrześcijańskiej akceptacji dla Bożego dzieła stworzenia.

Co najbardziej niepokoi w tej postawie, to jej dystans wobec żywego człowieka. W programie życiowym jej zwolenników nie uwzględnia się samej nawet możliwości poświęcania się dla innych: "ułatwiajmy sobie życie, bo to przecież nic nie kosztuje, ale nie poczuwam się do niczego więcej". "Żywemu człowiekowi - że pozwolę sobie nazwać po imieniu popularne dziś przekonanie - wolno mi nawet wyrządzić krzywdę, jeśli stoi na mojej drodze; jedynym warunkiem, jakiego staram się wówczas przestrzegać, to żeby nie krzywdzić w sposób nieelegancki". Ofiarami tej postawy są zwłaszcza dzieci i starcy, i w ogóle najbardziej bezbronni. Historia zapewne nie zna epoki, w której dzieciom zadawano więcej krzywdy: krzywda wynikająca z dopuszczenia rozwodów oraz sztucznych poronień jest najbardziej oczywista, ale nie wyczerpuje bezmiaru dziecięcej krzywdy. O dezorientacji naszego pokolenia Europejczyków niech świadczy fakt, że wiele krzywdy zadajemy w imię oszczędzania ludziom cierpienia: jakbyśmy chcieli dorównać współczesnej technice, która wynalazła takie sposoby oczyszczania z brudu, że środki czyszczące daleko bardziej zatruwają środowisko niż usuwany przez nie brud.

Sympatyczne skądinąd hasło nieutrudniania sobie życia traci wiele ze swojej sympatyczności, jeśli ludzie wyznają je w przekonaniu, że mogą co najwyżej błądzić, ale nie są grzesznikami. Trudność zachowania niektórych zasad moralnych tłumaczy się wówczas nie tyle swoją grzesznością, co zbytnim rygoryzmem prawa moralnego - i żeby "nie utrudniać sobie życia", rozmiękcza się zasady moralności rodzinnej, gospodarczej, politycznej. Tymczasem łamanie prawa moralnego zawsze owocuje ludzkim nieszczęściem, nawet jeśli w poszczególnych przypadkach związek ten nie jest empirycznie oczywisty. Sądzę, że najwyższy już czas postawić sobie wspólnie pytanie o najgłębsze przyczyny tego oceanu ludzkiej samotności i wzajemnej obojętności, w którym toniemy niemal wszyscy. Zrozumielibyśmy wówczas, do jakiego stopnia odrzucenie wiedzy o swojej grzeszności może w nas zniszczyć zdolność kochania.

Odkryć na nowo prawdę o upadku człowieka, odnaleźć zawartą w niej wielką nadzieję i wezwanie ku lepszemu - to, w moim mniemaniu, nie cierpiący zwłoki warunek odzyskania naszej europejskiej tożsamości. Jeśli raz dzięki chrześcijaństwu - dowiedzieliśmy się o naszym grzechu, to już nie możemy o nim nie wiedzieć, możemy co najwyżej niewiedzę udawać. Chodzi nie tylko o to, żeby umieścić doktrynę o upadku w naszej wizji człowieka, jak to czyni na przykład prof. Kołakowski w swoim znakomitym szkicu Czy diabeł może być zbawiony? Rzecz w tym, żeby pozytywnie uznać, że człowiek naprawdę jest grzeszny. Staram się nie upraszczać tezy prof. Kołakowskiego i z radością dostrzegam aż dwa jej otwarcia na rzeczywistość ludzkiej grzeszności: Kołakowski jest niezwykle wrażliwy na zawarte w doktrynie antynomie oraz wzywa do ciągłego jej weryfikowania. Nie jest więc wykluczone - choć nie jestem tego pewien - że niewiele się między sobą różnimy.

Doktrynę o ludzkiej grzeszności można uwieńczyć rozmaicie, między innymi doktryną o zbawieniu przez Chrystusa. Ale rzeczywiście uwolnić od grzeszności może nas tylko Chrystus. Jeśli zaś nie jest On Synem Bożym, nasza sytuacja jest beznadziejna.

Co do mnie, wierzę, że tylko Chrystus Zbawiciel wszystkich ludzi może naprawdę wyzwalać nas z naszej grzeszności. Wiara moja pomaga mi szanować poglądy odmienne i otwierać się na zawarte w nich poszukiwania prawdy o człowieku. Ale Chrystusa nie umiem zamknąć w swoich poglądach: wierzę, że jest On naprawdę Zbawicielem wszystkich. Wierzę, że tylko On potrafi odpowiedzieć na beznadziejną samą w sobie prawdę o ludzkim grzechu, której w Europie trudno w dobrej wierze nie znać.

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści