O. Jacek Salij - "Rozpacz pokonana"

O "Nie-Boskiej" Zygmunta Krasińskiego

Jest to dramat o Poezji, czyli o Słowie: bo tylko ono może porwać ludzi do twórczego, wyzwalającego czynu, a przecież wypowiedzenie takiego Słowa leży poza granicami ludzkich możliwości. Bo walka dwóch obozów, rewolucji z arystokracją, to w gruncie rzeczy świadectwo powszechnej niemocy, to wzajemne przekrzykiwanie się w tym samym domu wariatów. Dopiero po napisaniu dramatu poeta dostrzegł tę walkę w głębszym jeszcze, metafizycznym wymiarze: nie jest to bynajmniej walka dobra ze złem, jest to beznadziejny zgiełk piekła, kipiący nienawiścią i tchórzostwem, pychą i śmiercią. Z tytułu utworu wynika przecież, że aby zobaczyć piekło, nie trzeba wraz z Dantem schodzić do otchłani, wystarczy przejść się po naszej ziemi.

Później przez długie lata męczył poetę pomysł uzupełnienia Nie-Boskiej o część pierwszą i trzecią. W części pierwszej - i tylko tę częściowo udało mu się napisać zamierzał odsłonić proces narastania piekła na ziemi. W liście z 20 marca 1840 tak oto zwierza się z tego zamiaru Delfinie Potockiej: "W naszych czasach piekieł nie ma za ziemią, pod ziemią, ale one są na ziemi. W tym śnie zatem Dante prowadzi młodzieńca po ziemi, do koszar, gdzie wojska, czyli uzwierzęceni ludzie! Do sekretnych policji, gdzie uszatanieni ludzie! Do giełdy, gdzie upodleni ludzie. Do klubów, gdzie zwariowani ludzie; do fabryk, gdzie nędzą niżej od zwierząt przyduszeni ludzie!".

W tymże liście znajduje się formuła, znakomicie streszczająca historiozofię Nie-Boskiej: "Równie gwałtownie i nieubłaganie jedni ludzie stoją przy prawach przeszłości, drudzy przy nadziejach przyszłości. A pierwsze już niesłuszne, drugie jeszcze nie są słuszne, zatem walka i niesprawiedliwość, i gwałt z każdej strony, i brak Boga wszędzie". Ale z góry odrzućmy optymistyczną interpretację powyższej diagnozy: rzecznicy przyszłości nigdy nie przekroczą owego "jeszcze nie", drogi nienawiści i rozpasania nie mogą przecież doprowadzić do sprawiedliwości. Mogłoby się więc wydawać, że Nie-Boska komedia jest utworem dogłębnie pesymistycznym. Zauważmy na przykład, że nikt w tym dramacie nie zmienia się na lepsze, ani jeden z bohaterów tego piekła nie odczuwa nawet tęsknoty za nawróceniem. Jedyna przemiana, w jakiej możemy uczestniczyć, dokonuje się w Żonie, która w chaotycznych wysiłkach, żeby nie utracić Męża, doprowadziła siebie do szaleństwa.

Powiedziałem, że jest to dramat o Poezji czyli o Słowie w całym tego wyrazu znaczeniu. Otwierający ten utwór hymn ku czci Poezji wprowadza od razu w samą istotę przesłania Nie-Boskiej. Wysławiana jest tam Poezja, przez którą moglibyśmy prawdziwie zapanować nad światem, Poezja, która jedynie zdolna jest przemieniać ludzi i narody, a nawet kosmos. A więc nie chodzi tu o poezję układaną przez wierszokletów, lecz o Słowo potężne, które jest skutecznym narzędziem ducha. "Poiesis - przypomina Mickiewicz w wykładzie poświęconym Nie-Boskiej - po grecku znaczy «działanie»".

Tak pojęta Poezja niedostępna jest śmiertelnym, a przecież ta niemożność nas nie rozgrzesza. Źródło tej niemożności stanowi bowiem wina moralna: poeta swoją pychą i próżnością pozbawia mocy wypowiadane przez siebie słowo. Takim bezsilnym poetą jest hrabia Henryk, do niego przecież odnoszą się zdania kończące prolog. Tworzenie słowa jest dla niego tylko sztuką, zabawą, okazją do popisania się przed ludźmi: "A kto cię nie dochowa, kto zdradzi za wcześnie i wyda na marną rozkosz ludziom, temu sypniesz kilka kwiatów na głowę i odwrócisz się, a on zwiędłymi się bawi i grobowy wieniec splata sobie przez całe życie". Toteż nic dziwnego, że taki poeta unieszczęśliwia swoich najbliższych i nie jest zdolny do wypełnienia swojego historycznego powołania.

Jest jeszcze w Nie-Boskiej dwóch innych poetów, poeta czyśćcowy i Poeta Niebieski. Ale spotkamy tam również straszliwą parodię poety, który - zdawałoby się - odnalazł tajemnicę skuteczności słowa. Jego słowo ma moc kształtowania historii, a przecież nie jest to słowo prawdziwe, on sam zaś nie jest bynajmniej poetą: jest on jakby samym wcieleniem pospolitości. Bo nieprawdziwa to moc, która potrafi jedynie niszczyć, a nie umie budować; nieprawdziwy to poeta, jeśli jego słowo nie służy życiu, ale sieje śmierć.

Przypatrzmy się więc Pankracemu. Czyż nie jest to Antychryst? Już swoim imieniem przedrzeźnia on Pantokratora: Wszechwładnego, czyli Wszechmogącego. Przedrzeźniacz przywłaszcza sobie atrybuty zarówno Stwórcy, jak Zbawiciela. Jego myśl ma być początkiem nowego świata, z niej czerpią sens swoich działań jego podwładni i wielbiciele, a przecież jest ona Bezsensem i on sam o tym dobrze wie: "Myśli moja, czyż nie zdołasz łudzić siebie, jako drugich łudzisz - (...) Ludziom podłym, nieznanym, nadałaś imiona - świat nowy utworzyłaś naokoło siebie a sama błąkasz się i nie wiesz, czym jesteś". "Myśli i kształty są woskiem palców moich" - przechwala się swoim podobieństwem do Stwórcy Pankracy, a przecież sam jest świadom tego, że jest tylko małpą Pana Boga, a wszelki sens jego działań wydobywa się niby trujące opary z otchłani Bezsensu.

Pantokrator miłuje swoich poddanych, przyszedł do nich, żeby im służyć, a nie żeby Jemu służono, ze względu na nich stał się posłuszny aż do śmierci, a była to śmierć na krzyżu. Pankracy zaś nawet dla najbliższych współpracowników żywi wyłącznie pogardę. Hrabia Henryk nie myli się, kiedy zarzuca mu w oczy, że jest mu potrzebny ten "motłoch, po karkach którego wspinasz się do góry - (...) bo w głębi ducha ty pogardzasz nimi - kilka chwil jeszcze, a jeśli rozum cię nie odbieży, ty będziesz pogardzał sam sobą".

Wszystko u Pankracego jest przewrotne: głosi kult rozumu, żeby oduczyć ludzi myślenia, braterstwo - żeby usprawiedliwić zabijanie, wolność - żeby uczynić swoich podwładnych niewolnikami. Ludzie powinni uklęknąć "przed tym błogosławieństwem wielkiego rozumu - nie serca precz z sercem, z przesądami". Ale zaiste dziwna to nauka mądrości, która zaczyna się od podeptania całego dotychczasowego dziedzictwa ludzkiego ducha. Dziwna to walka z przesądami, która polega na utwardnianiu ludzkiego serca. Rezultat takiej nauki może być tylko jeden, i sam Pankracy to zauważa: "Pięćdziesięciu hulało tu przed chwilą i za każdym słowem moim krzyczało: Wiwat! - czy choć jeden zrozumiał myśli moje? - pojął koniec drogi, u początku którego hałasuje? - Ach! servile imitatorum pecus".

Myśl jest trwalsza niż człowiek, stanowi wspólną własność następujących po sobie pokoleń - zarzuca Pankracemu Henryk - dlatego tylko nieprzyjaciel myśli będzie zabijał i niszczył: "Myśl nieprzyjaciółka twoja (...) Wieczorem namiot twój rozbijasz na gruzach cudzego domu, o wschodzie go zwijasz i koczujesz dalej".

W myślowej próżni rodzą się doskonali niewolnicy. Leonard już nawet nie domyśla się tego, że jest osobą; sądzi, że cały sens jego życia wyczerpuje się w przydatności dla "sprawy". Pankracy, któremu jest ślepo posłuszny, może go nawet bez powodu zabić, Leonard z góry udziela mu na to pozwolenia: "Jeśli śmierć moja za przykład służyć może, sprawie naszej hartu i powagi dodać, rozkaż". Na tym właśnie polega zbawienie, które przynosi ludziom Pankracy: że zupełnie tracą oni pamięć swojego powołania do wolności, odmieniają za to wyraz "wolność" przez wszystkie przypadki. W ten sposób stają się koszmarną. karykaturą stworzeń Bożych: "w ich oczach coś gasnącego, ponurego, gdyby przedrzeźnianie wzroku". Teraz są już zdolni do wszystkiego. Do udzielania i przyjmowania "święceń zbójeckich", przy użyciu sztyletu i trucizny. Do tego, żeby zabijanie uważać za męczeństwo:

"Idźcie bez trwogi i mordujcie bez wyrzutów (...) boście męczennikami - bohaterami Wolności". I do wielu tym podobnych rzeczy.

Istota przewrotności Pankracego polega na tym, że odrzucił on cały wymiar ducha. "Świat cielska do ciebie należy" - rozszyfrowuje go hrabia Henryk. Ale stara się Pankracy ukryć swoją brutalność za parawanem wzniosłych haseł. "Za tą twarzą bladoróżową, obłudną, o rysach na pierwszy rzut oka łagodnych, na drugi - fałszywych, na trzeci - twardych, złych, żądnych krwi, kryje się całe bogactwo intryg, umiejętności, środków działania". Tak widział Krasiński, w liście do Henryka Reeve'a z 30 października 1831, Leona Łubieńskiego, tego samego, który spoliczkował go za nieobecność na pogrzebie marszałka Bielińskiego. Badacze dopatrują się w Łubieńskim prototypu Pankracego.

Przypatrzmy się jeszcze pokusom, którymi chce Pankracy złamać Henryka. Najpierw ofiarowuje mu spokojne dożywocie: bo sam siebie chce przekonać, że nie ma niczego poza siłą brutalną i materią. Ponieważ pokusa nie skutkuje, sięga po szatański pozór idei. Udaje Zbawcę i proponuje Henrykowi, żeby został jego apostołem: "Wstań, porzuć dom i chodź za mną". Ale pole manewru ma Antychryst ubogie i znów musi ten "młodszy brat szatana" odwołać się do zezwierzęconej siły: "Biada zwyciężonym - nie wahaj się - powtórz raz tylko «biada» i zwyciężaj z nami".

Hrabia Henryk jest wprawdzie współautorem piekielnego zgiełku na ziemi. Jest on jednak poetą, wrażliwym na to, co ponadmaterialne, czcicielem duchowego dziedzictwa. Jego słowo poraził niestety niemocą szatan pychy, "stary orzeł wypchany w piekle, zdjęty z palu, kędy go strzelec zawiesił w jesieni". Ten orzeł pychy i śmierci będzie go wytrwale odwodził od miłości. Henryk, który bez trudu wzgardził pokusami Antychrysta, będzie jednak nadstawiał ucha na pokusy orła: "Nie ustępuj, nie ustąp nigdy a wrogi twe, podłe wrogi twe pójdą w pył". A przecież powinien był ustąpić we wszystkim, w czym racja nie była po jego stronie. Nie miał zaś racji on i jego obóz w sprawach bardzo ważnych, znaczonych ludzką krzywdą.

W swojej pysze postanowił okazać się dobroczyńcą ni mniej, ni więcej tylko samego Chrystusa. Ponieważ zaś chora myśl musi rodzić następne chore myśli, więc Henryk chce służyć Chrystusowi przez... zabijanie Jego nieprzyjaciół: "Orle, dotrzymaj obietnicy, a ja tu na ich karkach nowy kościół Chrystusowi postawię (...) Na tysiącach krzyżów rozkrzyżuję nieprzyjaciół Jego".

Otóż człowiek bez miłości i pyszny nie potrafi być wodzem ludzi słabych i tchórzliwych. Ich słabość - zamiast pobudzić go do słowa, które przywróciłoby słabym siłę i odwagę - jego tylko mierzi. Toteż upadek zamku Świętej Trójcy jest przede wszystkim jego winą i umierający sługa Jakub słusznie go przeklina.

Hrabia Henryk, choć tak głęboko zanurzony w ciemności, nie jest jednak synem piekła. Przecież to właśnie z niego wyszedł Orcio, poeta czyśćcowy. Zasługa to matki, która w dobrej woli wymodliła dla syna dar poezji, który uczyniłby go podobnym ojcu. Przedwczesna śmierć Orcia nie świadczy oczywiście o tym, jakoby pragnienie matki się nie spełniło. Orcio był poetą prawdziwym. Oślepły niby Homer, oglądał .oczyma duszy świat ponadzmysłowy - i widział nimi krzywdy maluczkich oraz pychę swojego ojca. Jednakże ten udręczony cierpieniem i przedwcześnie zgasły poeta nie jest powołany do mówienia w obliczu wielkich wydarzeń dziejowych. Bo grzeszna ludzkość, nawet przez swoich najbardziej niewinnych przedstawicieli, nie potrafi wyłonić z siebie słowa wybawiającego skutecznie od zgiełku piekła. Słowo, do jakiego jesteśmy jeszcze zdolni, może mieć co najwyżej moc wzywania do pokuty i nawrócenia.

Ze słowem rzeczywiście zbawiającym może przyjść tylko Poeta Niebieski. Ten Poeta nie wypowiada w Nie-Boskiej ani jednego słowa. Bo On sam jest Słowem Potężnym, wybawiającym z ciemności. W obecności tego Słowa stary oszust Pankracy nie znajdzie już nawet odrobiny ciemności do kontynuowania swego dzieła. Na próżno błaga Leonarda: "Daj mi choć odrobinę ciemności!" Ręce, którymi Leonard usiłuje zasłonić oczy swojego mistrza przed światłością Zbawiającego Słowa są "jak u ducha, bez kości i mięsa - przejrzyste jak woda - przejrzyste jak szkło - przejrzyste jak powietrze". Pankracy woła zrozpaczony: "Widzę wciąż!" i zmuszony jest uznać swoją klęskę: Galilaee, vicisti!

Szkoda, że Krasiński nie zdołał już napisać dalszego ciągu Nie-Boskiej. "Chodzę z nim w ciąży od lat kilku pisał 10 stycznia 1839 o swoim pomyśle do Konstantego Gaszyńskiego - póki w głębi ducha, póty płód, a gdy wychodzi - poronienie!" Miała to być opowieść o nawróconym - może dzięki pokucie Orcia - Henryku. Henryk pojawił się znowu, ale "już nie jako wódz stronnictwa" czytamy w cytowanym już liście do Delfiny - ale jako "przewodnik ludu całego, pogodzonego, jednego. Henryk na pozór tylko zginął, ocalony został przez Duchy Pańskie i oddalony od zgiełku świata, nim burza nie przeminie. (...) Tymczasem arystokracja i demokracja zużyły się na ziemi, ludzie westchnęli ku zgodzie i jedności. (...) W takim stanie świata wróci Henryk pomiędzy ludzi. Oni go okrzykną za przewodnika, on poezję lat młodych na rzeczywistość zamieni, on wszystkich podniesie, wywyższy; uszlachci, a nikogo nie poniży! Wszyscy się zrównają, ale na wysokości, nie na padole!"

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści