O. Jacek Salij - "Rozpacz pokonana"

Odpowiedź na ankietę w stulecie śmierci Dostojewskiego

Czy Pana zdaniem bohaterowie Dostojewskiego są patologiczni czy też nie?

Czy rzeczywiście bohaterowie Dostojewskiego muszą się utytłać w błocie po same uszy, żeby uzyskać wrażliwość moralną i rozpoznać swoje powołanie na człowieka? Ile jest prawdy w zarzutach, że zbrodnia i podłość są w jego powieściach środkiem do odnalezienia siebie? Na to odpowiem innym pytaniem: Czy choć jeden z bohaterów Dostojewskiego dopuszcza się podłości, aby w ten sposób nabrać rozpędu w drodze do cnoty? Dopiero to byłoby patologiczne. Ponadto: podlec jako podlec jest postacią patologiczną, ale nie jest nią podlec przerażony swoją podłością, ani - tym bardziej - podlec pokutujący. Zbyt wiele można przegapić w powieściach Dostojewskiego na temat rdzennie chrześcijańskiej prawdy, że gorzki owoc grzechu ma moc przyczynić się do naszego opamiętania, żebym miał ochotę przyłączać się do takich zarzutów.

Co dzisiaj jest dla nas ważniejsze: treści religijne czy filozoficzne zawarte w dziełach Dostojewskiego?

Nie rozumiem tego pytania. Samo jego sformułowanie wydaje mi się nieporozumieniem.

Czy sądzi Pan, że obraz ateizmu zawarty w dziełach Dostojewskiego jest przekonujący czy też nie?

Formuła, że jeśli Boga nie ma, to w takim razie wszystko wolno, w pierwszym odruchu budzi sprzeciw. Dostojewski jakby przeoczył, że dobro ma w sobie dość wewnętrznej atrakcyjności, aby wzgląd na Boską nagrodę i karę nie musiał odgrywać roli istotnej w naszych moralnych wyborach. Ale sprzeciw to niesłuszny: Przecież Boska nagroda nie jest obietnicą zewnętrzną w stosunku do naszego dobra, przeciwnie, jest wymiarem wewnętrznej właśnie atrakcyjności dobra, i to wymiarem nieporównanie głębszym niż moralna satysfakcja czy osiąganie osobowej dojrzałości. Również groźba potępienia za czynione zło ujawnia raczej przekraczający empirię i nieodwracalny bezsens zła, niż stanowi nałożoną przez Boga sankcję za niedopuszczalne czyny i postawy. Mówiąc bardziej ostrożnie: jeśli Boga nie ma, to sens naszego dobra i bezsens naszego zła nie wykraczają poza doczesność.

Ale ateizm według Dostojewskiego polega nie tyle na odrzuceniu Boga, co na bluźnierczym postawieniu sobie pytania, czy nie można by tak znaleźć sobie jakiegoś innego boga. Tradycyjna teologia nauczała: Niemożliwe jest, aby Boga nie było; nawet Bóg nie może sprawić tego, aby przestać istnieć (sam pomysł czegoś takiego świadczy tylko o tym, że mówiąc o Bogu, mało zdajemy sobie sprawę z tego, o Kim mówimy). Kiryłow powiada inaczej: Niemożliwe jest, aby człowiek nie miał jakiegoś boga. Odrzuca Boga, który jest gwarantem bezwzględności dobra, i ogłasza bogiem siebie, a jedynego atrybutu swojej boskości dopatruje się we władzy arbitralnego decydowania o tym, co jest dobrem.

Kiryłow z całą świadomością chce małpować Chrystusa. Jak Chrystus poniósł całkowicie bezinteresowne męczeństwo, aby zaświadczyć, że poza wiernością Bogu nie ma rzetelnej sprawiedliwości, tak Kiryłow chce popełnić całkowicie bezinteresowne samobójstwo, na świadectwo, że jest bogiem i wobec tego wszystko mu wolno. Jego samobójstwo ma być czynem wyzwolenia całej ludzkości: Gdy ludzie uświadomią sobie orędzie zawarte w tym jego czynie, "samobójstwa staną się niepotrzebne, gdyż zacznie się życie w nowej chwale. Lecz jeden, ten pierwszy, musi koniecznie zabić siebie".

Oto tragiczna śmieszność ateizmu w opisie Dostojewskiego. Prawdziwy Bóg nie może przestać istnieć, a oto bóg samozwańczy popełnia samobójstwo. Prawdziwy Bóg jest tak doskonale wolny, że żaden nacisk zła nie może zmniejszyć Jego wolności (tę absolutną wolność zachował Bóg nawet wówczas, kiedy żył w słabym ludzkim ciele a tymczasem dla boga-Kiryłowa szczytem wolności jest całkowite wydanie się na pastwę zła.

Toteż sądzę, że te analizy ateizmu warte są najwyższej uwagi i nie powinna nas zwieść ani pozorna ich naiwność, ani element groteski w postaciach różnych Smierdiakowów czy Kiryłowów.

Czy dramat ateistycznego humanizmu ukazany przez Dostojewskiego jest tragiczny czy komiczny?

Istotę tego dramatu widzę w formule Iwana Karamazowa: "Nie Boga nie uznaję, lecz świata przezeń stworzonego, świata Bożego nie uznaję i nie mogę go uznać". Świat Boży jest zły, a więc uczyńmy go światem ludzkim, dobrym! - oto samoświadomość ateizmu jako motoru postępu. Oczywiście, że to komiczne: wszak jeśli Boga nie ma, to i świat nie jest Boży, a nieistniejący Bóg nie może być odpowiedzialny za zło. Ale może by się tak krakowskim targiem zgodzić na to, że idea Boga, wiara w Boga jest źródłem zła albo utrudnia przezwyciężenie zła? Powiedziałbym, że stanowisko takie jest nie tyle komiczne, co bezbrzeżnie naiwne.

Ale przede wszystkim jest to dramat tragiczny. Ma zresztą parę swoich wersji. Wersję z Biesów, gdzie tragizm ten ujawnia się naocznie, w bezsensownym zniszczeniu, jakie ogarnia czynnych i biernych uczestników dramatu. Ale jest też wersja dobrotliwie liberalna, tak inteligentnie zakłamana, że mogłaby zwieść - gdyby to było możliwe - nawet wybranych. "Nie to byłoby dziwne - powiada Iwan - że Bóg istnieje naprawdę, lecz to, że taka wzruszająca i taka mądra myśl, tak wiele przynosząca człowiekowi godności, mogła przyjść do mózgownicy tak dzikiego i złego bydlęcia, jakim jest człowiek. Jeżeli o mnie chodzi, to już dawno postanowiłem nie myśleć o tym, czy człowiek stworzył Boga czy Bóg człowieka!" Krótko mówiąc, nie jest ważne, czy Bóg jest czy Go nie ma, czy w Niego wierzymy czy nie; czymś zaszczytnym dla człowieka byłoby zarówno to, że Bóg go stworzył, jak to, że myśmy Boga wymyślili. Tak czy inaczej, Bogiem nie ma co się przejmować.

Tyle tylko, że jeśli Bóg jest, to stanąć na takim stanowisku byłoby rzeczą straszną. Bo jeśli Bóg jest, to na pewno warto się Nim przejąć, a nie szukając Go, człowiek odrywa się od źródła sensu.

W jaki sposób obraz prawosławia zarysowany przez Dostojewskiego wpłynął na Pana widzenie chrześcijaństwa?

Kiedy sobie uprzytamniam swoje kolejne rewelacje w rozumieniu chrześcijaństwa, wstyd człowieka ogarnia. Prawdy zupełnie rudymentarne odkrywałem po wielu latach bycia chrześcijaninem: Chrystusa jako jedynego Odkupiciela wszystkich ludzi, wymiar daru oraz wymiar mocy z góry, nasze zanurzenie w samym wnętrzu Trójjedynego oraz usynowienie, dogmat Opatrzności oraz zasadę uprzedniego zaufania Bożym przykazaniom. Dostojewski pomógł mi odkryć coś równie rudymentarnego, mianowicie ważność i sens spowiedzi.

A więc spowiedź jako podzielenie się swoim grzechem z innymi, a zwłaszcza z Kościołem. Dlaczego Sonia tak nakłania Raskolnikowa, żeby publicznie wyznał swoją zbrodnię? Przecież nie dlatego - taki prosty to ten Raskolnikow nie był - że doprowadzenie go do takiej spowiedzi byłoby równoznaczne z doprowadzeniem go do skruchy. I nie chodzi jej (nawet podświadomie) o uruchomienie mechanizmów psychologicznych, które pozwoliłyby nieszczęśnikowi - przerażonemu zbrodnią, ale ciągle dalekiemu od poczucia winy - rozpoznać zło swego czynu w świetle potępiającego sądu bliźnich. Nie chodzi jej nawet o cudowne działanie światła, które niszczy grzechy, podobnie jak słońce bakterie (jak to pisał Mickiewicz: "Grzech, choćby najsilniejszy, skoro wydrzesz z łona, Natychmiast przed oczyma spowiednika skona"). Sonia po prostu wierzy, że grzech Raskolnikowa jak gdyby rozproszy się na innych - jeśli bowiem złem dzielimy się po Bożemu, dobra moc wychodząca z wielu łatwiej z nim sobie poradzi.

Albo dlaczego Myszkin oskarża się o błędy, których w ogóle nie popełnił? Jaki ma sens nauka starca Zosimy, że jeśli nie udało nam się ludzi złych sprowadzić na drogę Bożą, trzeba ich za to przepraszać i prosić o wybaczenie? To odwrotny aspekt tego samego, o co chodzi Soni. Tak jak dobrą jest rzeczą dzielić się swoim grzechem z innymi, podobnie trzeba próbować wziąć na siebie grzechy - tu patos myśli Dostojewskiego wcale mnie nie drażni - całego świata. W końcu najwięksi święci w sposób rzetelny - tzn. bez histerii i bez obłudy - mówili o sobie, że są największymi grzesznikami.

Nie mam zamiaru robić wykładu o spowiedzi Dostojewskiego. Ale wspomnę jeszcze przynajmniej wstrząsający przykład spowiedzi nieautentycznej, spowiedzi jako elementu rytuału katorżniczego, we Wspomnieniach z domu umarłych. Niechby który katorżnik przypomniał sobie na placu kaźni o swojej godności i nie chciał udawać pokornego, jeśli nie ma na to ochoty: najbardziej łagodny oprawca poczyta to za zatwardziałość i dopóty będzie go bił, dopóki prośby o wybaczenie z niego nie wydusi. Dostojewski umiał genialnie zauważyć różne bezbożne małpowania Pana Boga, do jakich jesteśmy zdolni.

Jaki jest Pana stosunek do poglądów Dostojewskiego na temat katolicyzmu?

Dostojewski nie jest pierwszym ani ostatnim Rosjaninem, któremu katolicyzm skojarzył się nierozerwalnie z polskością, Polaków zaś nie lubił - w ten sposób tanim kosztem uwalniał siebie i swoich od poczucia winy. Nie umieli rozkleić tej zbitki nawet rosyjscy katolicy. Taki książę Iwan Gagarin, konwertyta na katolicyzm i jezuita, w głośnej swojego czasu koncepcji unijnej, której echa po dziś dzień słychać na Zachodzie, sądził, że katolicyzm Polaków - nieuleczalnych buntowników - jest główną przeszkodą pojednania między obu Kościołami.

Wiele lat temu rozczytywałem się w pamiętnikach polskich sybiraków. Stawiam sobie pytanie, czy jednogłośna w tamtej literaturze krytyka rosyjskiego prawosławia jest tylko odwrotnością krytycznego stosunku do katolicyzmu, któremu wyraz - żenująco niestety stereotypowy - daje między innymi Dostojewski. Chyba nie. Nasi sybiracy krytykowali prawosławie dla tej autoafirmacji, która jest tak potrzebna ludziom piętnowanym za swoją odmienność i ciągle nęconym do apostazji przez przyjęcie "religii urzędowej". I nie znalazłem w ich pamiętnikach stron, budzących analogiczne zażenowanie, co szyderstwa Dostojewskiego z polskiego honoru. Zadziwiające: wielki Dostojewski staje się kiepskim grafomanem, kiedy próbuje usprawiedliwiać sprawy moralnie wątpliwe - i nawet pod względem literackim ustępuje prostym pamiętnikarzom. Przecież był dość inteligentny, żeby z polskiego honoru szydzić bardziej inteligentnie! Dla mnie jest to dowód, że nie było w nim tej demoniczności, jaką, mu się niekiedy zarzuca.

Czy uważa Pan, że pojedynek Wielkiego Inkwizytora i Chrystusa kończy się klęską Chrystusa? Jeśli tak, to dlaczego?

Ależ to nie pojedynek, tylko konfrontacja! Konfrontacja małpy ze swoim Wzorem. Przedmiotem konfrontacji jest w gruncie rzeczy tylko jedna sprawa: miłość do ludzi aż do najwyższych poświęceń. Inkwizytorowi wydaje się, że kocha ludzi, dlatego że przeraża go wszelkie cierpienie. Zamiast szukać sensu cierpienia i przezwyciężać je miłością, on podaje uśmierzające narkotyki. Szczytem takiej miłości do ludzi byłoby ubezpłodnienie wszystkich kobiet, żeby oszczędzić im trudu ciąży i bólu rodzenia, i nie dopuścić do pojawiania się na ziemi płaczących noworodków. Inkwizytorowi wydaje się też, że się poświęca. Jak gdyby ofiara wypływająca z fałszywej miłości i prowadząca do zguby tych, dla których została złożona, miała cokolwiek wspólnego z poświęceniem. Słusznie powiada Alosza: "Inkwizytor nie wierzy w Boga!"

Czy rozdział o Wielkim Inkwizytorze jest antykatolicki? Go najwyżej w tym sensie, że według Dostojewskiego katolicyzm jest duchowym ojcem socjalizmu. Jest to natomiast rozdział bardzo pesymistyczny: bardzo mi się wbiła w pamięć ta przerażająca scena, kiedy ludzie - doskonale zdając sobie sprawę z tego, o co chodzi - pokornie rozstępują się przed strażnikami, aby umożliwić im aresztowanie Chrystusa.

Odejście Chrystusa - czyżby było Jego klęską? Raczej jest symbolem, że działa On pokornie, niewidzialnie i bez tego hałasu, z jakim swoje "dobrodziejstwa" świadczą ludziom prądy spod znaku Wielkiego Inkwizytora. Pocałunek złożony na odchodnym inkwizytorowi jest powtórzeniem pocałunku z Ogrodu Oliwnego: stwierdza zdradę i jest wezwaniem do nawrócenia. Jeśli w ogóle jest tu jakikolwiek pojedynek, to asymetryczny: tylko inkwizytor walczy z Chrystusem, ale nie odwrotnie, bo Chrystus nawet inkwizytorowi okazuje swoją miłość. Nie Chrystus wyznacza granicę między tym co Chrystusowe a nie-Chrystusowe, tak jak nie światłość wyznacza granicę ciemności, ale po prostu ciemnością jest wszystko co jest poza światłością.

Dostojewski powiedział: "gdyby mi ktoś udowodnił, że Chrystus jest poza prawdą i rzeczywiście tak by było, że prawda jest poza Chrystusem, to wolałbym pozostać z Chrystusem niż z prawdą". Czy dzisiaj tego rodzaju "albo-albo" jest nadal aktualne?

Nie mogę zrozumieć tych słów. Biorę pod uwagę trzy różne hipotezy - hipotezę paradoksu, demaskacji oraz bezbożnictwa - i niestety tylko ta ostatnia wytrzymuje krytykę. Mistrz Eckhard powiedział kiedyś, że zdania "Bóg jest" oraz "Boga nie ma" są jednakowo prawdziwe żeby przez ten paradoks wyrazić myśl, iż żadne ludzkie słowo nie odda prawdy o nieskończonym Bogu. Natomiast w myśli Dostojewskiego nie dostrzegam znamion paradoksu - nie wskazuje ona na żadną niewyrażalną głębię, wydaje się prostym stwierdzeniem.

Weźmy więc hipotezę demaskacji. W czasach nowożytnych wielu chrześcijan popadło w kompleks niższości. Ogarnął ich jak gdyby jakiś lęk przed prawdą: obawa, że głębiej .poznana prawda mogłaby sfalsyfikować ich wiarę. Tę postawę, na ogół nie uświadamianą, Dostojewski uświadomił, opisał i doprowadził do ostatecznych konsekwencji. Ale uczynił to jako jej wyznawca, nie jako demaskator.

Pozostaje hipoteza bezbożnictwa. Potwierdza ją wyraźne liczenie się z ewentualnością, iż prawda rzeczywiście może być poza Chrystusem. To tak jakby powiedzieć, że choćby Opatrzność Boska nie rozciągała się na wszystko, jednak trzeba nam wierzyć, że tak jest. Czysta bezbożność! Jeden z bardzo rzadkich momentów, w których Dostojewski mnie przeraża.

Czym Pan tłumaczy tak wielkie zainteresowanie Dostojewskim w naszych czasach?

Europa współczesna Dostojewskiemu, to jakby Raskolnikow przed popełnieniem zbrodni: zachwycona sobą, pełna szlachetnych ideałów, gotowa dla owych ideałów deptać Boskie przykazania. Dzisiaj, sto lat po śmierci pisarza, już doświadczamy tego potwornego smutku, jaki jest owocem grzechu niestety spełnionego. Smutek to beznadziejny, bo obecna Europa - niby drugi Raskolnikow - ciągle jeszcze nie uznaje swojego grzechu: pysznego postawienia swoich ideałów ponad prawem Bożym. Proszę zauważyć, że częściej czyta się dziś Zbrodnię i karę, Braci Karamazow, a nawet Biesy, niż Idiotę. Nie tylko dlatego, że dziwnie swojskie są nam opisy tych ciemnych przepaści, tego rozbicia, tych mąk duchowych, jakich doświadczają bohaterowie Dostojewskiego. Ten prorok przeczuł nasz upadek, ale przede wszystkim głosi nadzieję. Dostojewski nie tylko opisuje bardziej naszą epokę niż swoją, ale wzywa nas do pokuty, w każdym razie na pierwszy jej stopień: do poznania naszego największego grzechu, jakim jest tworzenie zasad moralnych nie tyle niezgodnych z dekalogiem, ale - co daleko gorsze, bo łatwiej tu o zaślepienie - nie całkiem z nim zgodnych.

Tylko Sonia może doprowadzić Raskolnikowa do skruchy, bo tylko ona zdolna jest poświęcić się dla niego całą duszą. Ta dawna ulicznica, w której tyle anielskiej dobroci, czyż nie jest obrazem Kościoła, który jeden może uratować dzisiejszą epokę?

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści