O. Jacek Salij - "Rozpacz pokonana"

Modlitwy poetyckie Zbigniewa Jankowskiego

Sądzę, że od czasów Karola Ludwika Konińskiego nie było u nas równie namiętnego i nieznużonego poszukiwacza Boga. Jestem teologiem, nie mnie oceniać wartości literackie poezji Zbigniewa Jankowskiego [Zbigniew Jankowski, Zanurzenie - modlitwy poetyckie. Słowo wstępne ks. Jana Twardowskiego, Instytut Wydawniczy PAX 1981, s.125.], jednakże autentyczność oraz oryginalność zawartego w niej duchowego doświadczenia usprawiedliwia przecież zabranie głosu z punktu widzenia mojej dyscypliny. Zbyt rzadko zdarza się tak organiczne połączenie żarliwości religijnej z odmową jakiejkolwiek łatwizny w usuwaniu przeszkód powstrzymujących od wiary, żeby wolno mi było ograniczyć się do samej tylko obserwacji tych niestereotypowych "dziejów duszy". Krótko mówiąc, odczuwam wewnętrzny przymus napisania tego eseju, pragnę wziąć czynny udział w duchowych przygodach poety.

Że cała rzeczywistość, a w szczególności człowiek jest bez reszty zanurzony w wymiarze religijnym i nim przeniknięty - o tym Jankowski nie wątpi ani przez chwilę. Jakąś pierwotną, niewzruszoną wiedzą jest również przekonany o tym, że dotarcie do tego wymiaru i pogrążenie się w nim jest nieodzownym warunkiem ostatecznej sensowności naszego życia, spełnienia się naszego człowieczeństwa. Jednak nie wie poeta nic więcej: ani kim jest Bóg, ani jak Go szukać, ani w jaki sposób upewnić się, że to jest naprawdę On. A przecież są to pytania dla niego najważniejsze! Pytania, od których żadna siła nie mogłaby go odciągnąć! Poszukiwanie odpowiedzi na te właśnie pytania jest przedmiotem praktycznie wszystkich wierszy tego zbioru.

Jankowski nieustannie rozmawia z Kimś Wielkim i Wspaniałym: mówi do Niego, słyszy Jego głos, ale prawie nigdy Go nie nazywa. Wyraźnie - i to wielokrotnie zwróci się do Boga w wierszu demaskatorskim, który jest jakby przeglądem różnych męczarni, jakie Mu zadajemy, wtłaczając Go w nasze równie ciasne co zadufane wyobrażenia (Litania). Bezimienność Tego, którego poeta całą duszą pożąda, to nie jedyny zresztą wyraz Jego nieuchwytności, ale do tego tematu jeszcze wrócimy.

Ów Bezimienny wypełnia Sobą wszystko. I więcej jeszcze, powiększa prawdziwość wszystkiego, co istnieje; sprawia, że wszystko jest jakby czymś więcej niż jest. Bezimienny jest bowiem wszechogarniającym źródłem i Korzeniem wszystkiego:

Ty przenikasz białe
bielszym, wysokie
rosnącym, dalekie
zawrotnym.

Przenikasz dobre kochającym,
miłosne wiernym,
a wierne
wciąż niepewnym.

(Niebo najniższe)

Nawiasem mówiąc, zapamiętajmy sobie tę swoistą niepewność, która powstaje nie tyle z niedostatku pewności, co z jej przekroczenia - przyda się to nam, kiedy przystąpimy do pytania, co oznacza nieuchwytność Wszechobecnego.

Przede wszystkim wypełnia On wszystko, kim jestem i co się we mnie dzieje - dla mojego dobra, czasem wbrew mnie samemu:

Oto jesteś
strzegący mnie przede mną jak żaden pies,
rozstrzygający moje najcichsze spory
jednym nieuchwytnym ziarnkiem na szali.

Oto jesteś
między moją ręką lewą i ręką prawą,
między zamysłem i postanowieniem,
między postanowieniem i wykonaniem,
między wykonaniem i skrytą radością.

(Akt wiary)

Zarazem, o taką Obecność - wypełniającą zewsząd jak morze - poeta się modli (np. Sposób istnienia) i ciągle jej szuka, nie wynika więc ona automatycznie z samego faktu istnienia, trzeba się o nią ubiegać.

Ale może poeta zwodzi nas tylko formą dialogu, głosi zaś całkiem banalny panteizm? Może "ty", którym zwraca się do Bezimiennego, jest jedynie literacką konwencją?

Przecież powiada wyraźnie:

Ciebie nie ma,
jest pagór, sosna, słońce (...)
Ciebie nie ma
poza światem
i nie ma świata
poza Tobą.

(Sens)

A w innym wierszu, czyż nie nazywa człowieka odpryskiem jakiejś pierwotnej, samokształtującej się myśli (Odprysk)?

Nigdy jednak nie śpieszmy się z posądzeniami o panteizm. W interpretacjach tekstów brzmiących panteistycznie obowiązuje domniemanie, że mamy do czynienia z paradoksalną formą wyrażenia immanencji i wszechobecności Boskiej. Niektóre wypowiedzi o Bogu dlatego wydają się nam panteistyczne, bo sami często mówimy o Nim w taki sposób, jak gdyby był On bytem partykularnym, jednym z bytów wszechświata: a przecież jest On Bytem Powszechnym, bez granic, który ogarnia Sobą wszystko i wszystko przenika - jako Źródło wszelkiego istnienia i sensu. Panteizm stwierdzić wolno dopiero wówczas, kiedy ktoś wyraźnie odrzuca Boga transcendentnego i osobowego.

Otóż Jankowski głębiej niż niejeden teolog uświadamia sobie, że Bóg przekracza ciasne ramy naszych słów, naszej logiki, całego nawet wszechświata. Nawet w modlitwie - niestrudzenie przez poetę ponawianej - okazuje się On Wielkim Nieuchwytnym:

Ale gdy otwieram usta do wyznania,
Ciebie już nie ma,
tylko słowa gonią
za własnym blaskiem.

(Całym sobą)

Poeta lęka się wręcz, czy swoimi modlitwami nie dokonuje jakiejś profanacji - przecież żadna modlitwa nie jest godna Tego, którego tak żarliwie poszukuje. Toteż lepiej żeby próba modlitwy skończyła się fiaskiem niż fałszywym powodzeniem:

Ta kartka,
choć zapisana,
jest czysta -
nie sprowadza Ciebie nadaremno.

(Bez Ciebie)

Jest w tej postawie coś z intuicji starożytnych Żydów, którzy czuli lęk przed samym nawet wypowiedzeniem imienia Bożego.

Zauważmy: Przed chwilą omal nie uznaliśmy Jankowskiego za panteistę, teraz zaś jak mało kto wskazuje on na transcendencję Wszechobecnego. Tak bardzo, że aż chciałoby się zapytać, czy trochę nie przesadza. Z całą pewnością człowiek ten nie z książek czerpie swoją wiedzę o Wszechobecnym i Transcendentnym. On widzi i doświadcza. Właśnie doświadczenie podpowiada mu, że Obecność przekracza rzeczy tego świata: bo jak inaczej wytłumaczyć, że nawet zwyczajne rzeczy mają w sobie coś nieuchwytnego? (Argument). Własnymi oczyma widzi również poeta, że człowiek, który plugawi dosłownie wszystko, czego się dotknie, nie jest w stanie swoimi brudnymi łapami dotknąć Boga:

Jak dobrze,
że jesteś nietykalny,
że bezskutecznie czyha na Ciebie
nasza maszyneria logiki,
totalnych racji
i doraźnych potrzeb.

(Modlitwa z Gdańskiej Zatoki)

Wszechobecny i Transcendentny jest zarazem Pokornym: chociaż Wszechobecny, a przecież ukryty, jakby nigdzie nieobecny, bo udzielający się powszechnie. Wspaniałe jest to porównanie Boga do bezokolicznika:

Bezokolicznik,
a otwarty na wszystkie okolice;
jedyny,
a w trzech osobach,
niemy,
a dźwięczący we wszystkich czasach i trybach.

(Hymn do bezokolicznika)

Niechże jednak człowiek spróbuje zamknąć się na Tego, który jest rzekomo nieobecny, a natychmiast doświadczy inwazji "wielożadnego" (SOS), zostanie wyrzucony na brzeg, "dysząc donikąd" (Metropolie), zacznie go toczyć ukrywany na ogół - "nowotwór rozpaczy" (Wobec córek).To straszna rzecz, jeśli przedmioty, których używamy i wśród których żyjemy, stają się przedmiotami:

cała ta rzeka
przedmiotów, skorup, bulgotu -
jak ją, po co, dokąd
toczysz?

(Rzeka przedmiotów)

Coś bardziej jednak strasznego dzieje się wówczas, kiedy człowiek uzna się tylko człowiekiem. Bo jak może przyjść do niego Bóg, jeśli on zamknął się w sobie?:

Dzisiaj
nie dam się wciągnąć
do twego wiersza.
Pozasuwane w nim słowa, pozaciskane brzegi.
Ciemno i twardo w twoich zgłoskach.
Kość do kości z sobą się zwarłeś.

(Odmowa)

Czasem sytuację tę opisze poeta odwrotnie - człowiek próbuje zamknąć usta Temu, który jest jego oddechem i morzem:

Ale człowiek
odciął się od swego oddechu:
zapchał żywiołowi usta płatami ropy (...)
Teraz
ciężko dyszy
na sinych skrawkach plaży,
a morze jak skrzepy
wypluwa martwe meduzy -
kawałki wspólnego języka.

(Opowieść o morzu i ludziach)

Albo jeszcze inaczej: człowiek zamyka w sobie Wszechobecnego i nie pozwala Mu przez siebie przemawiać (por. Rozwiązanie).

Rzecz jasna, Jankowski nie żałuje trudu, aby się otworzyć i otwierać coraz bardziej na Tego, bez którego człowiek jest tylko człowiekiem. Czy to jednak nie przekracza ludzkich możliwości? Przecież świadomość, nad którą człowiek ma jaką taką władzę, stanowi zaledwie powierzchnię naszego człowieczeństwa! Boga nie da się chyba osiągnąć modlitwą, którą zrodził wysiłek woli czy praca świadomości?:

Nawet uświadomiona zmarszczka napięcia
może ją przekłuć,
a tresowaną wolą dźwigana
na powierzchnię, jak głębinowa ryba
umiera od powietrza.

(Natura modlitwy)

Ale bo też, w rzeczywistości, nie tyle człowiek szuka Boga, co odwrotnie:

To Ty we mnie jak w zaklętym drewnie
pracowałeś dłutem i toporem,
a ja to nazywałem swoją silną wolą.

Wczoraj oglądałem siebie
w pamiętniku sprzed dwudziestu pięciu lat.
Jak zdołałeś wejść przez te zaciśnięte zęby
i zamieszkać w klocu twardszym od krzyża?

(Znad pamiętnika)

Bóg więc pracuje nade mną jakby wbrew mnie samemu (por. Jak po grudzie), poeta na samym sobie poznał prawdziwość słów Jana Apostoła, że "Bóg pierwszy nas umiłował" (1 J 4,19); własnym doświadczeniem potwierdza słuszność teologicznej doktryny - być może nawet sobie nieznanej - o łasce uprzedzającej. Ale listów od Boga zazwyczaj człowiek niestety nie umie odczytać:

list wracał do Ciebie
z domyślnym dopiskiem, że mnie tu
jeszcze nie ma,
że wyprzedziłeś mnie znowu
swoim zaufaniem.

(Wielki list)

Nawet dobra wola, nawet ta przemieniona w czyn, bywa za mała, egoistyczna, aby podjąć Wezwanie (por. Dojrzeć do hymnu).

Zbyt głęboko jednak chrześcijaństwo weszło w nasze myślenie, aby europejski poszukiwacz Boga mógł zapomnieć, że znaleźć Go można przede wszystkim w bliźnich:

Ty szukaj, w tłumie,
którym się dusisz.
W każdej z jego pojedynczych cząstek
jest prześwit.

(Mówi On)

Miłość bliźniego jest jakby sakramentem obecności Bożej, dzięki niej Bóg się jawi jako Ktoś Rzeczywisty:

Patrzę i jak próżnia pragnę
dopełnić się materią
twojej dobrej woli.

(Mówi)

Miłość bowiem sprawia cuda, potrafi nawet wskrzeszać umarłych. Poeta mówi o tym niby jeden z dawnych proroków, którzy przemawiali w imieniu samego Boga:

Wskrześ choć jednego
z uduszonych w tłumie.
Czekam cię w każdym.

(Mówi)

Tak samo piękna miłość małżeńska odsłania jakby dodaję "jakby", bo nie zawsze poeta jest całkiem tego pewien - swoje źródło ostateczne (por. Ukryty w tobie, Miejsce akcji).

Dwie jeszcze ważne uwagi mam do powiedzenia na temat tego poszukiwania Boga. Mianowicie Jankowski niemal obsesyjnie lęka się zaznać pewności w swojej drodze. Postawa to jednak nieskrystalizowana. Kryje się za nią niekiedy pokorne przeświadczenie, że bądź co bądź poszukuję jednak Niepojętego. Może właśnie dlatego "mój kościół, im bardziej chwiejny, tym bliższy prawdy" (Opoka) - bo czyż łódź, która się nie kołysze, w ogóle posuwa się naprzód? Toteż wysoko sobie cenię modlitwę poety, aby nie umrzeć "na zawał pewności" (Z dłutem przy twarzy). Nawet chwalony przez poetę "wirujący w słojach mózgu dębowy młot - soczystą wieżę niedowiarstwa" (Pochwała niedowiarstwa) można interpretować jako obronę wiary żywej, a więc nie uchylającej się od weryfikacji.

Ale jest w tej postawie również coś ciemnego. Wartością nie jest przecież chwiejność łodzi, ale jej posuwanie się naprzód; jeśli ktoś stawia na chwiejność, łatwo może dojść do katastrofy. W postawie poety jest jakiś odruch odtrącenia Tego, którego szuka on przecież tak usilnie. Wszak Jego można znaleźć tylko przez miłość! A nie ma miłości bez zaufania, czyli bez pewności. Pewności egzystencjalnej oczywiście, niekoniecznie logicznej. Gdzieś tutaj leży tajemnica niepowodzeń tych ludzi, "którzy ciągle szukają i nigdy nie znajdują" (2 Tm 3,7).

Nie ukrywam, że bardzo się zasmuciłem Ostatnim życzeniem. O ileż prawdziwsze były słowa św. Jana Vianney, który na łożu śmierci dziękował Bogu za całe swoje życie: byłoby ono bardzo piękne - szeptał - nawet gdyby się miało w tej chwili w ogóle skończyć. Ale Vianney nie utracił przecież wiary w życie wieczne. Może zresztą nie umiem czytać wierszy. Może poeta w wierszu tym wydobywa na jaw tę cząstkę błazna, która przecież siedzi w każdym inaczej. Domysł ten potwierdzałby błazeński - ale jakżeż prawdziwy, ileż w nim mistrzowskiej autoironii! - wiersz Na jednym kolanie.

Nie ma w tej poezji Chrystusa. W Twoim znaku pojawiły się tylko, na szczęście ubocznie, klasycznie tołstojowskie pretensje o zniekształcenie Jego przesłania. Czy jednak dobrze mówię? Przecież Chrystus, choć jeszcze nie rozpoznany, jest ciągle obecny w tych żarliwych poszukiwaniach. Przecież to On jest tym Kamieniem (por. Łk 20,19), który nieustannie zagradza poecie drogę do nikąd:

Zatracam, zasłuchuję się w sobie,
nie ogarniam tego głazu,
którym mi upadłeś na drogę,
nie czuję z nim pulsu, nie umiem
przejść na jego stronę, zapaść się
ku niemu i w jego zdrętwiałej głębi
otworzyć mu usta...

(Dojrzeć do hymnu)

Trudno sobie nawet wyobrazić ten nowy rodzaj poezji Jankowskiego, która mogłaby powstać, gdyby poecie obdarzonemu tak niezwykłym temperamentem religijnym udało się przejść we wnętrze tego Kamienia, któremu na imię Chrystus.

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści