O. Jacek Salij - "Rozpacz pokonana"

Od czasów Wilhelma Orańskiego zdarza się katolikom słyszeć zarzut, że muszą dzielić swoją lojalność między Ojczyznę i Kościół, między króla i papieża, że wobec tego z samej natury swojej religii nie mogą być dobrymi synami własnej ojczyzny. Średniowieczna Europa - choć nieobce jej było krytykować papieży i buntować się przeciw królom - w ogóle nie wyobrażała sobie takiego konfliktu lojalności, w każdym razie konfliktu zasadniczego. Ale bo też średniowieczna Europa umieszczała lojalność zarówno wobec króla, jak względem papieża - wewnątrz prawa Bożego. A prawo Boże nie jest sprzeczne z samym sobą: nie może - w wymiarze ostatecznym - dobro jednej wspólnoty sprzeciwiać się dobru innej ludzkiej wspólnoty, ani dobro jakiejkolwiek wspólnoty nie może niszczyć rzeczywistego dobra poszczególnego człowieka. Doktryna o konflikcie lojalności mogła pojawić się dopiero wówczas, kiedy władcy ogłosili się bogami, a narody przestały uważać się - swoimi czynami głównie - za cząstki rodziny ludzkiej.

Poczucie przynależności do rodziny ludzkiej zatraciło się do tego stopnia, że nawet słowu kosmopolita - obywatel świata - nadaliśmy treść intensywnie negatywną. Kosmopolita to taki człowiek, który wzgardził swoją ojczyzną, którego ojczyzna tam, gdzie mu dobrze. Jak gdyby można być obywatelem świata, nie będąc obywatelem swojej ojczyzny (choćby przybranej). To co my dzisiaj podkładamy pod słowo kosmopolita, oznacza raczej jakiegoś apolitę - nieszczęśnika błąkającego się po tej ziemi i nie umiejącego czerpać z niej soków.

Czym jest dla mnie wybór papieża Polaka? Właściwie już pośrednio na to odpowiedziałem. Sądzę, że nie ma drugiego powołania, które by w sposób bardziej oczywisty zobowiązywało do miłości wszystkich narodów, niż powołanie papieskie. Czasem wypominaliśmy papieżom z przekąsem ich zwrot o "szczególnie umiłowanym narodzie polskim", bo przecież innym narodom też papieże mówili, że je "szczególnie miłują". Wszakże niedobry byłby to papież, który starałby się kochać wszystkie narody jednakowo, tak jak niedobra to matka, która chce jednakowo kochać swoje dzieci. Każde dziecko, każde bez wyjątku jest warte miłości wyjątkowej, najszczególniejszej. Osobiście czekam chwili, kiedy papież Wojtyła z Wadowic zwróci się do Niemców z wyznaniem, że są mu narodem szczególnie umiłowanym. Ufam, że Polacy potraktują to wyznanie nie jak gorzką pigułkę, którą się przełyka lub wypluwa, ale jak radosny akt wyzwalający.

I problem przynależności papieża do narodu polskiego. Kiedy katecheci wyjaśniali nam na lekcjach religii, że Ojciec Święty musi stanąć ponad swoją przynależnością narodową, przyjmowaliśmy to bez oporów. Sądziliśmy, że to oczywiste. Teraz widzimy, że brakowało nam wówczas wyobraźni. Przecież to byłoby coś okropnego, gdyby Jan Paweł II nagle przestał być Polakiem, wyłączył swoją polskość poza nawias, gdyby stał się kosmopolitą w tym naszym, negatywnym sensie słowa. Każdy człowiek - papieża nie wyłączając - powinien przynależeć do jakiejś ojczyzny, inaczej jest w jakiś sposób okaleczony, pozbawiony istotnych wartości.

Napisano w różnych gazetach tysiące programów dla nowego papieża. Nie chciałbym się przyłączać do tej dziwnej literatury. Formułuję raczej program dla siebie i dla tych moich rodaków, którzy się ze mną zgodzą. Polski papież jest dla nas naprawdę wielką szansą. Nie o to chodzi, że wielu Polaków przeżyło ten wybór jako promocję swojego narodu, jako manifestację naszej pełnej przynależności do rodziny europejskiej (jednak ciągle jeszcze bardziej do rodziny europejskiej niż do rodziny narodów). Papież Polak wydaje mi się przede wszystkim wielkim, skierowanym do nas, wezwaniem do myślenia uniwersalistycznego. Przecież nie tylko papież ma "szczególnie umiłować" każdy z narodów. Odtąd każdemu Polakowi, który "kocha szczególnie" swoją ojczyznę, będzie łatwiej "szczególnie kochać" również inne narody - nie tak w ogóle, ale każdy naród z osobna, a zwłaszcza te, z którymi najwięcej mamy do czynienia. Takie zakorzenienie miłości ojczyzny jest przecież warunkiem jej prawdziwości, jej duchowego waloru. Nam Polakom to łatwiej i trudniej niż innym. Trudniej, bo historia nas nie rozpieszczała, bardzo dużo cierpienia w naszych dziejach. A cierpienie skupia na sobie, rodzi postawy egocentryczne, tępi wrażliwość na cudze problemy. Ale i łatwiej nam o szczególną życzliwość dla innych - cierpienie jednak uszlachetnia i, chociaż niekiedy tępi wrażliwość na bóle innych, częściej chyba taką wrażliwość rozwija.

I na koniec jeszcze jedna krótka refleksja. Najgłębszy teologicznie opis, czym jest prymat rzymski w Kościele, pochodzi od człowieka, który może pamiętał swoje osobiste spotkanie z Chrystusem - według tradycji, znajdował się on w grupce dzieci, które matki przyniosły Zbawicielowi, aby je pobłogosławił - mianowicie od św. Ignacego. Otóż w roku 109 napisał starzec Ignacy, że Kościół rzymski przewodniczy związkowi miłości. Powołaniem biskupa rzymskiego jest przewodniczyć w miłości swoim braciom w wierze. Znowu łatwo w tym zdaniu dopatrywać się programu dla papieża i podstaw do - przecież nie zawsze niesłusznej - krytyki jego postępowania. Wszakże zdanie to zawiera przede wszystkim program dla nas: przewodniczenie w miłości zakłada przecież, że ci, którym się przewodniczy, rzeczywiście czynią miłość i są w niej jakoś zakorzenieni.

Toteż chciałbym zakończyć niniejszą refleksję wezwaniem, w którym trudno może dopatrzeć się sensu empirycznego, ale które ma przecież olbrzymi i jakże rzeczywisty sens, jeśli wsłuchać się w nie z wiarą: Pomóżmy papieżowi być papieżem! Przyczyńmy się do tego, żeby wspólnota, której przewodniczy, była rzeczywiście wspólnotą miłości!

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści