O. Jacek Salij - "Rozpacz pokonana"

Znaczną część Rosjan w Oświęcimiu stanowili oficerowie polityczni. Czytamy o tym w autobiografii Rudolfa Hoessa: "Stosownie do tajnego rozporządzenia Führera specjalne jednostki Gestapo wyszukiwały politruków i komisarzy politycznych w obozach jeńców wojennych. Ci, których znaleziono, byli przenoszeni do najbliższego obozu koncentracyjnego i tam likwidowani. Jako przyczynę zastosowania tego środka podano do powszechnej wiadomości, że Rosjanie zabijają na miejscu każdego niemieckiego żołnierza, który jest członkiem partii lub należy do jakiejkolwiek komórki NSDAP, szczególnie członków SS, oraz że funkcjonariusze polityczni Armii Radzieckiej mają polecenie w razie dostania się do niewoli siać niepokój w obozach jeńców i sabotować pracę" [Wspomnienia Rudolfa Hoessa komendanta obozu oświęcimskiego, Warszawa 1956, s. 133.].

Miarą pogardy i nienawiści, jaka spotkała tych Rosjan ze strony esesmanów, niech będzie ten oto fakt, że nie ma we wspomnieniach Hoessa bardziej ponurych miejsca przecież cała książka jest tak bezbrzeżnie ponura - niż te niecałe trzy strony, jakie poświęca on Rosjanom [Dz. cyt., s. 111-113.]. Przerażająca jest ta zimna rzeczowość, z jaką były komendant oświęcimski - a uważał się on wówczas za zbrodniarza skruszonego, który żałuje swojej współpracy z diabłem opisuje drastyczne przypadki odczłowieczenia, jakie zaobserwował wśród więźniów.

Jak daleko odszedł system hitlerowski od starych pojęć europejskich, które zakazywały odbierać człowieczeństwa nawet zbrodniarzowi! Dobrodziejstwo to spotkało później samego Hoessa, któremu wprawdzie odebrano życie, ale człowieczeństwo w nim starano się uszanować.

"Spośród 10 000 zewidencjonowanych jeńców radzieckich pozostało przy życiu zaledwie 96", informuje wydawca wspomnianej autobiografii. Z wielu powodów informacja ta przekracza naszą wyobraźnię. Nawet jedno morderstwo przekracza wyobraźnię normalnego człowieka. Dziesięć tysięcy to jest liczba kosmiczna. Trudno uwierzyć, że to zaledwie drobna - nie sięgająca nawet jednego promila - cząstka Rosjan, którzy stracili życie w tej wojnie. Ale tu chodzi nie tylko o to, że dokonano dziesięć tysięcy morderstw. Dopuszczono się zbrodni straszliwszej: dziesięć tysięcy ludzi poddano potwornemu procesowi odczłowieczenia.

Hoess próbował nieudolnie udowodnić, że nie był zbrodniarzem bez reszty, że zachowało się w nim coś z człowieka: "Proszę przy wykorzystywaniu tych notatek nie wyciągać na widok publiczny tego, co wiąże się z moją żoną i moją rodziną, wszystkich moich odruchów łagodności i najskrytszych wątpliwości. Niechaj opinia publiczna nadal widzi we mnie krwiożerczą bestię, okrutnego sadystę, mordercę milionów. Inaczej bowiem szerokie rzesze nie mogą sobie wyobrazić komendanta Oświęcimia. Nigdy tego nie zrozumieją, że on także miał serce, że nie był zły" [Dz. cyt., s. 167. ].

Ale czy on, który na co dzień przebywał z tylu zbrodniarzami, widział bodaj jednego człowieka, który byłby wyłącznie zbrodniarzem? Czy w ogóle tacy zbrodniarze istnieją? Mordercy oświęcimscy - ludzie tak wynaturzeni, tak przywykli do zbrodni - też nosili w sobie jakieś szczątki sumienia. "Palitzsch - jedyny spośród biorących bezpośredni udział w akcji zagłady - nigdy nie zwracał się do mnie, aby się zwierzyć z tego, co przeżywał na widok tych okropności" [Dz. pyt., s. 308.]. Ale nawet ten Palitzsch rozpił się okropnie. Widocznie chciał coś w sobie utopić. Warto uświadomić sobie, że parę milionów ludzi wymordowały w Oświęcimiu istoty rodem z ziemi, nie z piekła.

Myślę o tych nieszczęsnych Niemcach, pochylając się wraz z papieżem nad tablicą oświęcimską w języku rosyjskim, bo ich przykład wydaje się szczególnie przekonującym dowodem, że istnieje coś takiego jak wiatr historii. Czytamy zaraz na początku Psalmów, że "grzesznicy są jak plewa, którą wiatr rozmiata". Gdyby nie ten demoniczny wiatr, może niejeden z owych Niemców spędziłby życie poczciwie. A przecież nie mamy wątpliwości, że ich wina była potwornie wielka: człowiek nie powinien być jak ta plewa, nie wolno nam zgubić tego ziarna, jakie w każdym z nas zostało złożone i od którego zależy sens mojego życia.

Ale jest jeszcze coś takiego jak ogień historii. I o nim chcę mówić przede wszystkim, bo nie wiatr historii, ale ogień - prawdziwie ludzkie przejście przez ogień historii najbardziej łączy ludzi i narody. Ogień, jaki mam na myśli, to różne boleści i utrapienia, jakie przychodzą od czasu do czasu na ludzi i narody. Wiatr historii przygnał do Oświęcimia różnych esesmanów, ale ogień historii w tymże Oświęcimiu doświadczał męczenników i niektórzy z nich okazali się złotem najprzedniejszej próby, zajaśnieli człowieczeństwem niepospolitym. Nie wolno nam nie tylko potępiać, ale nawet źle pomyśleć o tych, którzy tej nadludzkiej próby nie wytrzymali. Wolno nam jednak wychwalać tych, wobec których cały perfidny system odczłowieczania okazał się bezsilny.

Tylko w ten sposób - odwołując się do ognia, który oczyszcza złoto - tłumaczę sobie tę niekłamaną sympatię, jaką - mimo krzywd, doznanych przez nas podczas rozbiorów i w okresie niewoli - cieszyli się i cieszą w naszym narodzie Rosjanie. Szczególnie uderza to w pamiętnikach polskich sybiraków. Nie znali oni nienawiści do Rosjan, przeciwnie, o ludzie rosyjskim często pisze się tam wręcz z czułością. Wiatr historii zapędził wówczas niektórych Rosjan przeciwko nam, ale ogień historii jednakowo nie pieścił się z obu narodami - i okazywało się za każdym razem, jak wiele w naszych obu narodach niepospolitej, prawdziwie ponadludzkiej wielkości. I chyba tutaj leży przyczyna, że mamy wzajemnie dla siebie tyle prawdziwej życzliwości.

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści