O. Jacek Salij - "Rozpacz pokonana"

Bardzo surowy rachunek wystawia Jan Paweł II współczesnemu światu, a przecież nie można wątpić, że jest to krytyka - chociaż tak ostra - przepełniona życzliwością.

"Sytuację człowieka w świecie współczesnym - pisze papież - ośmielamy się określić jako daleką od obiektywnych wymagań porządku moralnego" (Redemptor hominis, nr 16); "Czyż olbrzymi, nie znany przedtem postęp, jaki dokonał się w ciągu tego zwłaszcza stulecia w dziedzinie opanowania świata przez człowieka, nie ujawnia zarazem w stopniu przedtem nieznanym owego wielorakiego «poddania marności»?" (nr 8); "Rozwój techniki oraz naznaczony panowaniem techniki rozwój cywilizacji współczesnej domaga się proporcjonalnego rozwoju moralności i etyki. Tymczasem ten drugi zdaje się, niestety, wciąż pozostawać w tyle" (nr 15).

Współczesny świat jest "jak gdyby gigantycznym rozwinięciem biblijnej przypowieści o bogaczu i Łazarzu" (nr 16). "Zamiast chleba i pomocy kulturalnej - nowym, budzącym się do życia narodom czy państwom dostarcza się nieraz w obfitości nowoczesnej broni, środków zniszczenia, aby służyły w zbrojnych konfliktach i wojnach; których domaga się nie tyle obrona ich słusznych praw, ich suwerenności, ile różnego rodzaju szowinizmy, imperializmy i neokolonializmy" (tamże). "Człowiek dzisiejszy zdaje się być stale zagrożony przez to, co jest jego własnym wytworem, co jest wynikiem pracy jego rąk" (nr 15). Chcemy czynić sobie ziemię poddaną, ale zapominamy o tym, że należy to czynić, zgodnie z wolą Bożą: nasze panowanie nad ziemią byłoby tragicznym nieporozumieniem, gdybyśmy nie starali się zachować pierwszeństwa etyki przed techniką, prymatu osoby w stosunku do rzeczy, pierwszeństwa ducha wobec materii (por. nr 16).

Zauważmy, że w encyklice w ogóle nie mówi się o tym, jakoby współczesny świat zagrażał Kościołowi. Wiele natomiast mówi się o tym, że współczesny świat zagraża samemu sobie. Kościół Jana Pawła II nie ma w sobie nic z twierdzy. Ani z tej twierdzy, która jest zagrożona przez nieprzyjaciół i utoczona niezasłużoną nienawiścią; ani z tej, która czuje się wystarczająco potężna, aby rozszerzać granice swego panowania. Kościół Jana Pawła II czuje się raczej oazą, otwartą dla wszystkich, którzy więdną pod niemiłosiernym słońcem pustyni albo uganiają się na próżno za kolejnymi fatamorganami sensu i szczęścia. Więcej jeszcze, Kościół Jana Pawła II czuje się głosicielem dobrej nowiny, że nawet pustynia - cały świat od Boga przecież pochodzi - może zakwitnąć życiem, byleby dokopać się do źródeł wody żywej.

Stan oblężenia, ogłoszony w czasach Reformacji i kolejno odnawiany w epoce Oświecenia i Pozytywizmu, został odwołany w Kościele już wcześniej, przez ostatni sobór powszechny. I nie należy się dziwić, że nowa sytuacja postawiła Kościół przed dwiema przeciwstawnymi sobie pokusami. Jedni zaczęli myśleć o jakiejś koegzystencji Kościoła ze światem (jak gdyby chodziło tu o rzeczywistości i zjawiska tego samego poziomu, tej samej płaszczyzny); Kościół ogarnęły fale krytyki wewnętrznej, mającej niekiedy na celu nie tyle jego odnowę, co upodobnienie go do zewnętrznego świata, przysposobienie do jakiejś z nim koegzystencji. Inni - głęboko oburzeni taką nonszalancją wobec samej natury Kościoła - próbowali ogłosić stan nowego zagrożenia, tym razem zagrożenia od wewnątrz.

Jan Paweł II szczęśliwie nie opowiada się za żadną z tych tendencji. W jego pierwszej encyklice nie ma nawet śladu tak charakterystycznych dla nowożytnego chrześcijaństwa obaw przed siłami działającymi poza Kościołem. Nie znajdziemy w tej encyklice kompleksu zagrożenia, ale nie znajdziemy też podświadomego poczucia niższości: Kościół nie musi bronić swojej egzystencji przez odgradzanie się od świata ani przez upodabnianie się do niego.

Jeśli nawet Kościół współczesny odbywa swoją drogę krzyżową, to przecież płacze nie tyle nad sobą, co nad światem i nad jego dziećmi. To jest zasadnicza myśl eklezjologii Jana Pawła II, a opiera się ona na dwóch prostych a fundamentalnych prawdach, Po pierwsze, że ziemia, na której żyjemy, nie jest rajem, że zamieszkują ją grzesznicy, zaś atmosfera moralna, którą musimy oddychać, jest raczej rozpaczliwa. Po wtóre, że sam Bóg zatroszczył się o ratunek dla nas: trzeba nam tylko zbliżyć się do Chrystusa, który jest Prawdziwym Człowiekiem i Synem Bożym, a odnajdziemy samych siebie, "swoją właściwą wielkość, godność i wartość swego człowieczeństwa" (nr 10),odzyskamy "swą pierwotną więź z samym Boskim źródłem Mądrości i Miłości" (nr 8).

Encyklikę odczytuję przede wszystkim jako urzędowe i uroczyste zakończenie okresu reformy Kościoła (może dlatego wydaje się ona niektórym konserwatywną). Jan Paweł II gorąco życzyłby sobie, żeby Kościół w okresie jego pontyfikatu był nie tyle Kościołem reformy, ale raczej Kościołem orędzia ewangelicznego, Kościołem misyjnym. Akcenty te słyszeliśmy już w kazaniu inauguracyjnym Ojca Świętego. Wielkie dzieło odnowy soborowej straciłoby przecież swój sens, gdybyśmy je wepchnęli w przestrzeń praw Parkinsona. Kto wie, może właśnie reformy, jakie chrześcijaństwo podjęło u progu ery nowożytnej - te po protestancku i te po katolicku - przyczyniły się bardziej niż cokolwiek innego do dechrystianizacji Europy. Chrześcijaństwo bowiem zaczęło tak bardzo zajmować się samym sobą, że nie starczyło już czasu, i sił, aby zainteresować się tym, co się dzieje na zewnątrz. Jan Paweł II chciałby zapewne oszczędzić Kościołowi dzisiejszemu podobnych błędów: reforma Kościoła ma przecież sens tylko o tyle, o ile usprawnia Kościół do wypełniania jego zbawczej misji.

Dziwię się więc tym krytykom encykliki, którzy twierdzą, że za mało - lub zgoła nic - mówi się tam o Kościele. Przecież właściwie cała encyklika dotyczy Kościoła, jego sytuacji dzisiaj. Inna sprawa, że Kościół Jana Pawła II jest jakby przezroczysty, że pragnie zwracać uwagę raczej na Chrystusa Odkupiciela niż na siebie. Trudno zresztą sobie wyobrazić, żeby Kościół misyjny mógł być inny. Wszak jego podstawową ambicją jest dawanie światu Chrystusa, służba dziełu odkupienia, a nie jakaś ekspansja czy rozszerzanie sfery wpływów. Wszak chrześcijaństwo nie jest ideologią, tylko nowiną o Światłości, która zstąpiła na ten świat i chce ogarnąć wszystkich ludzi!

Trzy idee misyjne Jana Pawła II wydają mi się szczególnie godne zauważenia. Po pierwsze: "Postawa misyjna i misjonarska zaczyna się zawsze w poczuciu głębokiego szacunku dla tego, co "w człowieku się kryje", dla tego, co już on sam w głębi swego ducha wypracował w zakresie spraw najgłębszych i najważniejszych - szacunku dla tego, co już w nim zdziałał ten Duch, który "tchnie tam, gdzie chce". Misja nie jest nigdy burzeniem, ale nawiązywaniem i nowym budowaniem, choć praktyka nie zawsze odpowiadała temu wzniosłemu ideałowi. Nawrócenie zaś, które z niej ma wziąć początek - wiemy dobrze jest dziełem Łaski, w którym człowiek ma siebie samego w pełni odnaleźć" (nr 12).

Druga idea jest dalszym rozwinięciem tej samej myśli, że cały świat i każdy człowiek pochodzi od Boga. Chodzi już jednak nie tylko o to, żeby szukać znaków błogosławionej obecności Bożej we wszystkim co istnieje i opierać na tym - jakby na fundamencie - nowinę ewangeliczną. Papież mniej więcej połowę swojej encykliki poświęca wezwaniom, aby nasza ziemia bardziej przypominała świat stworzony przez Boga, aby więcej było na niej ładu Bożego, a Boża na niej obecność żeby się stała bardziej widzialna. Wezwania te mają między innymi swoją perspektywę misyjną: przecież im bardziej według woli Bożej ułożymy swoje ziemskie sprawy, tym więcej będziemy podatni jako rodzina ludzka - na przyjęcie nowiny ewangelicznej. Idea misyjna nabiera w ten sposób wymiaru jakby kosmicznego. Głosimy Ewangelię nie tylko po to, aby ci, którzy uwierzą, zostali zbawieni, ale również po to, żeby odnowiło się oblicze ziemi. I odwrotnie: im bardziej odnowi się oblicze ziemi, tym łatwiej będzie ludziom wierzyć w Chrystusa (zgodnie z zasadą, że "kto ma, temu będzie dodane").

Idea trzecia, na jaką chciałbym tu zwrócić uwagę, to misyjne pogłębienie ruchu ekumenicznego. Ekumenizm jedna z najbardziej charakterystycznych cech Kościoła reformy soborowej - powinien również wzbogacać Kościół misyjny dnia dzisiejszego. Nie sprowadzajmy go jednak do programu rozładowania sporów w rodzinie chrześcijańskiej: "w tym jednym możemy i winniśmy już teraz osiągnąć i ujawnić światu naszą jedność: w głoszeniu tajemnicy Chrystusa, w ujawnianiu Boskiego a równocześnie ludzkiego wymiaru Odkupienia, w zmaganiu się wytrwałym i niestrudzonym o tę godność, jaką każdy człowiek osiągnął i stale osiąga w Chrystusie" (nr 11).

Krótko mówiąc: Kto wie, może okres odnowy soborowej był okresem siewu? Może oto nadchodzi czas żniwa? Może właśnie dzisiaj Kościół jest bardziej zdolny niż kiedykolwiek głosić światu Chrystusa Odkupiciela? Może jednak papież ma rację, kiedy pisze, że misja Jezusa Chrystusa "jest jakby bardziej jeszcze potrzebna ludzkości naszej epoki niż kiedykolwiek"? (nr 11).

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści