O. Jacek Salij - "Rozpacz pokonana"

Czy zamach na papieża różni się od innych zamachów na niewinnych? Zwłaszcza od zamachów, w których giną dzieci? Postawmy sobie pytanie pomocnicze: Czy zamachy na Gandhiego albo na Kinga różniły się czymś od bomby terrorystycznej na dworcu w Bolonii?

Różnica jest istotna. Terrorysta, czyniący ze śmierci niewinnego znak protestu przeciwko jakiejś niesprawiedliwości, postępuje według zasady "cel uświęca środki". Jego zbrodnia słusznie budzi zgrozę, bo kryje się za nią zakwestionowanie człowieczeństwa drugiej istoty ludzkiej; terrorysta zadaje śmierć niewinnemu, żeby uczynić z niej pozycję w swoich rachunkach politycznych.

Podniesienie ręki na Gandhiego było czymś więcej. Był to zamach na człowieka czynnie i publicznie walczącego o międzyludzkie braterstwo, o ugaszenie wzajemnych nienawiści, budzącego nadzieję duchowej odnowy. Był to zamach na człowieka, którego Opatrzność postawiła w takim miejscu i wyposażyła w takie moce ducha, że miliony ludzi zobaczyły w nim symbol jakiejś wielkiej Nadziei. Zamach na Gandhiego stanowił w gruncie rzeczy manifestację pogardy dla tej nadziei i próbę jej zabicia.

Ale nieodmiennie okazuje się w takich sytuacjach, że największa nadzieja ludzkości - nadzieja na pełne człowieczeństwo ludzi - jest nieśmiertelna i nie podlega zbezczeszczeniu. Kula, która zabijając żywy symbol miała zachwiać samą nadzieją, przyczynia się do jej spotęgowania. Brutalna manifestacja cynizmu wobec przedmiotu czci milionów ludzi - budzi spontaniczne ożywienie tej nadziei, z której próbowano sobie zadrwić. Zarazem wzrastają wówczas uczucia dla człowieka, którego miała zabić lub rzeczywiście zabiła kula, wyrażająca pogardę dla głoszonej przez niego nadziei.

Jaką nadzieję głosi ludziom Jan Paweł II? Bo jego niebywały autorytet i popularność nie biorą się przecież chyba tylko stąd, że jest taki sympatyczny i bezpośredni. Zwłaszcza że nie waha się mówić również rzeczy twardych i niemodnych. Nadzieję głoszoną przez polskiego papieża ująłbym następująco: Chce on przekonać ludzi - nie tylko słowami, ale również promieniującym od niego szacunkiem dla człowieka - że każda bez wyjątku istota ludzka nosi w sobie prawdziwe człowieczeństwo. W każdym z nas człowieczeństwo jest w taki lub inny sposób, w większym lub niniejszym stopniu, zakryte - dlatego trzeba je odsłaniać; ale jest ono w każdym z nas bez wyjątku.

Wyspowiadał się zresztą Papież z tego publicznie uczynił to przede wszystkim w encyklice Dives in misericordia - gdzie widzi źródło i wzór tej głoszonej przez siebie Nadziei. Mianowicie na tym właśnie polega miłosierdzie Boże, że w najbardziej nawet marnotrawnym synu Bóg nie przestaje widzieć człowieka i pragnie mu pomóc w odnalezieniu człowieczeństwa. To Boże pochylenie się nad zagubionym człowiekiem - wskazywał we wspomnianej encyklice Jan Paweł II - nie ma w sobie nic upokarzającego; przeciwnie, przywraca człowiekowi poniżonemu dezorientacją, grzechem i słabością jego pierwotną godność.

Głoszony przez Papieża program nadziei to w gruncie rzeczy wezwanie do "relacji miłosierdzia" - z Bogiem i wzajemnie między sobą - która "opiera się na wspólnym przeżyciu tego dobra, jakim jest człowiek, na wspólnym doświadczeniu tej godności, jaka jest jemu właściwa". Wezwanie to czytelne dla wszystkich ludzi, również dla tych, którzy nie są chrześcijanami. Ale nie ukrywa Papież, że szczególnej konkretności nabiera ten jego program w wierze w Chrystusa Zbawiciela. Chrystus - mówił na Placu Zwycięstwa Jan Paweł II - "to znaczy klucz do zrozumienia tej wielkiej i podstawowej rzeczywistości, jaką jest człowiek. Człowieka bowiem nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa. A raczej: człowiek nie może siebie sam do końca zrozumieć bez Chrystusa".

Znacząca, choć zapewne nie zaplanowana przez zamachowca, jest dla mnie ta okoliczność, że próbę morderstwa Papieża podjęto w momencie, kiedy był on szczególnie zaangażowany w obronę człowieczeństwa dzieci nienarodzonych. Bo człowieczeństwo istoty ludzkiej może być ukryte nie tylko przez grube warstwy zła moralnego. Zło, podobnie jak kalectwo czy choroba psychiczna, zasłaniają nasze człowieczeństwo wtórnie. Istnieje również zasłona pierwotna: każdy z nas przychodzi na ten świat w stanie człowieczeństwa ukrytego. Trzeba długich miesięcy i lat, żeby odsłonić w istocie ludzkiej ukryte w niej człowieczeństwo.

Sama istota macierzyństwa polega na wytrwałym odkrywaniu w istocie ludzkiej ukrytego. w niej człowieka. Już w czasie ciąży kobieta utrzymuje głęboką łączność ze swoim dzieckiem. Ciepło matki - przede wszystkim matki - wyczarowuje z twarzy dziecka jego pierwszy uśmiech. Z nią pierwszą dziecko nawiązuje swój pierwszy prawdziwie ludzki kontakt. Ona pomaga dziecku odkryć złożoną w jego duszyczce zdolność do bezinteresowności, do odczuwania piękna.

Powyższe stwierdzenia nie są dygresją, stanowią one ważny człon w logice mojej refleksji nad zamachem na papieża. Mianowicie Jan Paweł II jest papieżem głoszącym program takiego właśnie macierzyńskiego pochylenia się nad całą ludzkością i nad każdą istotą ludzką. Nie darmo we wspomnianej encyklice zwrócił uwagę na macierzyńskie również - nie tylko ojcowskie - elementy stosunku Boga do człowieka. Nie darmo Kościół, którego papież jest pasterzem, nazywa siebie Matką wierzących w Chrystusa i chciałby okazywać swoje macierzyństwo wszystkim ludziom.

Współczesny świat cierpi na atrofię macierzyństwa. Brak zrozumienia dla człowieczeństwa dzieci nienarodzonych jest tylko jednym z przejawów tej postawy. Skłonni jesteśmy uznawać za ludzi tylko tych, którzy potrafią nam udowodnić swoje człowieczeństwo. Stąd taka łatwość dzielenia ludzi na dobrych i złych, na swoich i wrogów, na "naród" i przedstawicieli "aparatu". Stąd tyle pobłażliwej wyższości wobec psychicznie chorych, mało inteligentnych, wobec głoszących stereotypowe i nie przemyślane poglądy. Stąd nasza pochopność do szufladkowania bliźnich, stąd fałszywy kult dziecka, który nie przeszkadza nam uznawać dziecko za swoją własność i odmawiać mu zdolności do prawdziwie ludzkich decyzji.

Zdumiewające, ale prawdziwe: Tę macierzyńską postawę papieża, to jego pragnienie odsłonięcia w każdej istocie ludzkiej prawdziwego człowieka, z niezwykłą wręcz intuicją dostrzegła... matka zamachowca. Opłakała już syna jako umarłego - pisze do "drogiego papieża Wojtyły" teraz dowiedziała się, że on żyje, ale była to dla niej wiadomość bardziej tragiczna, niż gdyby potwierdzono jego zgon. Czuje, że utraciła go bardziej jeszcze, niż gdyby on umarł. Mimo to prosi papieża, żeby przebaczył jej synowi.

Oto prawdziwa wiedza o człowieku, wynikająca z postawy macierzyńskiej. Matka zbyt dobrze wie o tym, że człowieczeństwo sięga samej głębi człowieka; może być głęboko ukryte, ale zawsze w człowieku jest. Wytrwała miłość potrafi je z człowieka wydobyć, uczynić jawnym. Toteż żadna prawdziwa matka nie uwierzy w to, żeby jakieś zło, choćby nawet zbrodnia, mogło doszczętnie zniszczyć człowieczeństwo, wyeliminować jej dziecko z grona istot zasługujących na miłość. Wręcz przeciwnie, takiemu nieszczęśnikowi miłość jest tym bardziej potrzebna, bo tylko wielka miłość może go uratować.

Matka nieszczęśnika, który strzelał do Papieża, wie o tym, że nie starczy jej miłości do wydobycia jej syna z tej otchłani zła, w której zaprzepaszcza się jego człowieczeństwo. Toteż woła o miłość największą, jaką można uzyskać od śmiertelnych: o miłość skrzywdzonego do krzywdziciela. Bo przecież nie chodzi jej o przebaczenie egocentryczne, jakiego udzielamy niekiedy dla zamanifestowania swojej wyższości nad krzywdzicielem. Matka prosi papieża o pomoc w ratowaniu jej syna, o przebaczającą miłość.

Jakże to zgodne z całym życiowym programem te o Papieża! Ogromnie jestem ciekaw, co jej odpisał. A zresztą, taką miłość wyraża się więcej w modlitwie i w jakiejś nie dającej się opisać postawie, niż w listach do człowieka.

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści