O. Jacek Salij - "Szukającym drogi"

Czuję odrazę na samą myśl wsadzania kogoś do więzienia za to, że brał udział w spędzaniu płodu. To byłby powrót do średniowiecza. Jeśli zaś jestem przeciwko karalności spędzania płodu, to muszę być konsekwentny: Chociaż uważam ten czyn za niemoralny, jestem przeciwko ustawowemu jego zakazywaniu.

Osobiście bardzo bliska mi jest Pańska niechęć do karania ludzi więzieniem. Jeśli jednak nie chcemy tej postawy doprowadzić do absurdu, musimy znaleźć dla niej takie sposoby wyrazu, aby nie utożsamiała się ona z propagowaniem bezkarności przestępstw i zbrodni. Jest Pan przeciw karaniu za zabicie płodu. Czy również przeciw karaniu (jak to przewidują ustawy PRL) za zabicie płodu pięciomiesięcznego? Czy również przeciw karaniu za zabicie noworodka? Prawo rzymskie szło jeszcze dalej: zezwalało ojcu bezkarnie zabić dziecko nawet kilkuletnie. Czyżby to świadczyło o większej humanitarności tego prawa w porównaniu np. z ustawodawstwem średniowiecznym?

Jak Pan widzi, nie ominiemy pytania podstawowego dla tego problemu: Czy istotą ludzką można być więcej lub mniej? Bo nie podlega dyskusji, że ludzki embrion jest prawdziwą istotą ludzką, odrębną od obu organizmów rodzicielskich; jest to po prostu fakt, który musimy przyjąć do wiadomości, niezależnie od tego, czy nam się podoba, czy nie. I jeśli niektórzy dopuszczają zabicie ludzkiego embrionu, to dlatego, że albo próbują zapomnieć o tym fakcie, albo też wydaje im się, jakoby embrion był jeszcze "bardzo mało" istotą ludzką.

Powtarzam więc pytanie: Czy istotą ludzką można być więcej lub mniej? Czy laureat Nobla jest "więcej" istotą ludzką niż upośledzony, którego nie sposób nauczyć zawiązywania sznurówek? Tak myśleli hitlerowcy, ale w Norymberdze im to wyperswadowano. A może osiągnięcie samoświadomości jest tym istotnym progiem, za którym istota ludzka staje się "bardziej" człowiekiem niż przedtem?

Ale wobec tego - jeśli kiedyś utracę świadomość albo doznam głębokiego zaniku pamięci - czy będę wówczas "mniej" człowiekiem? Czy będę miał wówczas mniejsze prawo do życia? A zresztą: kiedy się osiąga ową samoświadomość, po której rzekomo istota ludzka staje się "bardziej" człowiekiem? Przy wypowiedzeniu pierwszego "mama", czy może jeszcze później?

Proszę Pana, to nie jest przypadek, że zwolennicy dopuszczalności tzw. przerywania ciąży unikają podejmowania powyższej problematyki! Wskazują raczej na liczne dramatyczne sytuacje, w których mogą się znaleźć małżeństwa i kobiety spodziewające się dziecka. Próbują ośmieszać działania przeciwko dokonywaniu poronień, zbagatelizować sam problem, a ludziom, którzy go podnoszą, przykleić etykietkę obskurantów lub fanatyków. Pojawia się również zarzut, że dążąc do zniesienia ustawy zezwalającej na sztuczne poronienia, tym samym dąży się do zapełnienia więzień kobietami i lekarzami, którzy się nowemu prawu nie podporządkują: jak gdyby za mało było jeszcze więźniów w naszym kraju.

Otóż ten ostatni zarzut jest zbitką paru postaw słusznych i niesłusznych, spróbujmy więc rozdzielić jedne od drugich.

Na pewno słuszna jest niechęć do karania ludzi więzieniem. Natomiast bardzo niesłusznie niechęć ta jest wyrażona w sposób tak emocjonalny i bezrefleksyjny. Nie wolno bowiem do tego stopnia dać się ponieść swojej awersji do represjonowania za jakiś czyn, że w ogóle odmawia się podjęcia refleksji na temat istoty tego czynu. Nie wolno na przykład - wypowiadając się na temat sztucznych poronień - unikać pytania, czy istotą ludzką można być więcej lub mniej, i czy od tego zależy jej prawo do życia.

W zbitce postaw, którą tu krytykuję, dostrzegam również postawę moralnej łatwizny. Jeśli się jest przeciwnikiem wsadzania ludzi do więzienia, to najłatwiej byłoby postulować zniesienie wszystkich ustaw zawierających sankcje karne. Najłatwiej, tylko czy najmądrzej? Czuję się zwolniony od obowiązku szczegółowego wykazywania, dlaczego nie byłby to postulat zbyt mądry. Ale wobec tego mimowolnie przychodzi myśl następująca: Czy rzeczywiście najwłaściwszą formą przezwyciężania wysokiej represyjności naszego prawa jest zniesienie sankcji karnej za czyny wymierzone przeciwko istotom najsłabszym, które same bronić się nie mogą?

Wydawałoby się, że należy raczej myśleć nad takimi sposobami zmniejszenia represyjności, które - po pierwsze - obejmowałyby całość naszego prawodawstwa i struktur penitencjarnych; po drugie zaś - nie niszczyłyby istniejących dotychczas barier, powstrzymujących przed popełnieniem przestępstwa. To bardzo łatwo zmniejszać represyjność prawa poprzez proste zwiększanie bezkarności przestępstw. Rzeczą trudniejszą jest znalezienie takich sposobów, aby jednocześnie zmniejszyły się nie tylko kary, ale również ilość przestępstw.

Jest Pan przeciwko przywracaniu represji prawnych za spędzenie płodu. Przypatrzmy się zatem, jak wiele dałoby się uczynić bez pomocy jakichkolwiek nowych sankcji prawnych przeciwko masowemu w tym kraju zabijaniu nie narodzonych.

Po pierwsze, na przestrzeni ostatniego. ćwierćwiecza uległo głębokiej demoralizacji środowisko polskich ginekologów. Lekarzy odmawiających dokonywania poronień wyrzucano z pracy. W rezultacie wielu lekarzy, przeciwnych wprawdzie zabijaniu płodu, ale słabych, poddało się presji i, choć pod przymusem, zaczęło (jak to określa nasz zakłamany język) "przerywać ciążę". Właśnie ci lekarze, złamani moralnie, najchętniej nadstawiali ucha na poddawane w środkach masowego przekazu racjonalizacje swojego upadku: że jakoby co innego być osobiście przeciwko "przerywaniu ciąży", co innego zaś być posłusznym obowiązującemu prawu. Do dziś postawy takie są bardzo popularne wśród ginekologów, do tego stopnia, że niejeden lekarz, deklarujący się jako "przeciwnik przerywania ciąży", stanowczo zabrania umieszczania na drzwiach swojego gabinetu oferty pomocy dla kobiet ciężarnych, twierdząc, że byłoby to przeciwne ustawie. Demoralizacja tej części środowiska lekarskiego poszła jeszcze dalej: mianowicie lekarze wierzący w absolutną wartość życia ludzkiego zaczęli unikać wybierania tej specjalizacji, natomiast garnąć się do niej zaczęli ludzie bez skrupułów, znęceni mirażem kokosowych interesów, jakie rzekomo (a może i faktycznie) można na ginekologii robić.

Otóż ta pożałowania godna sytuacja domaga się paru przynajmniej interwencji prawnych. A więc należałoby zapewnić ginekologom, którzy odmawiają zabijania zaczynających życie istot ludzkich, możliwość uprawiania tego zawodu zgodnie ze swym sumieniem. Prawo to należałoby rozszerzyć na wszystkich pracowników służby zdrowia, którym sumienie nie pozwala na jakiekolwiek uczestnictwo w dokonywaniu poronień. Młodym lekarzom należałoby umożliwić specjalizację w ginekologii bez przymusu uczestniczenia w sytuacjach, które budzą ich moralny sprzeciw. Należałoby też podjąć jakieś działania prawne przeciwko niezdrowej sytuacji, kiedy zarówno spółdzielnie lekarskie, jak prywatni ginekologowie są finansowo zainteresowani w tym, żeby nakłaniać kobiety do poronienia.

Po wtóre, głęboko nienaturalna to sytuacja, że w obronie zabijania nie narodzonych można bez ograniczeń pisać i mówić w środkach masowego przekazu, natomiast głosy przeciwne są starannie ograniczane - i to nie tylko w możliwościach dotarcia do odbiorcy (niski nakład itp.), ale nawet w swojej treści. A przecież sytuację tę nie tylko można zmienić, ale byłoby to łatwe do przeprowadzenia.

Po trzecie, podobno nie zdała egzaminu pierwotna idea społecznego wywiadu, jaki miał przeprowadzać szpital w środowisku kobiety, która postanowiła dokonać poronienia. Idea ta była w zasadzie słuszna, miała jednak w sobie sporo prawniczej bezduszności. Chodziło w niej o powstrzymanie niektórych przynajmniej kobiet przed zabiciem własnego płodu, ale zarazem nie pomyślano o jakimś wyciągnięciu pomocnej dłoni do tych kobiet. Ponadto idea ta od samego początku narażona była na sprowadzenie do czysto formalnej czynności urzędniczej.

Otóż sądzę, że ogólnospołeczną akceptację zyskałaby inna idea: Powinnyby w każdym mieście powstać grupy ludzi dobrej woli, których zadaniem byłoby próbować pomóc kobietom i dziewczynom w ciąży, które czują się za słabe, aby o własnych siłach sprostać zaczynającemu się macierzyństwu. Minimum, jakiego grupy te oczekiwałyby od lekarzy, szpitali i przychodni, to zgoda na ogłaszanie o swoim istnieniu. Ale zapewne udałoby się nawiązać jakąś dalej idącą współpracę. Niezmiernie potrzebne są dziś takie inicjatywy.

Co natomiast myślę o prawnym represjonowaniu za spędzanie płodu? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba sobie uświadomić, jaki jest sens sankcji prawnej. Otóż nie jest ona jedyną ani nawet najważniejszą zaporą przeciwko przestępstwu. Na ogół dotyczy ona przestępstwa skądinąd już przez społeczeństwo potępianego i ma na celu zniechęcenie do tego czynu marginesów społeczeństwa, które do danego przestępstwa są zdolne. Jeśli natomiast sankcją opatrzone są czyny przez znaczną część społeczeństwa akceptowane, to choćby obiektywnie były one głęboko niemoralne i szkodliwe społecznie, sankcja będzie poczytywana jako nałożona arbitralnie i niesprawiedliwa, zaś praktycznie będzie się ją sabotować; ponadto dotknie ona jedynie. niewielką część tych, którzy naruszają dane prawo, co wzmocni jeszcze przekonanie o jej niesprawiedliwości.

"Ale ty przecież - mógłby mi ktoś przerwać powyższy wywód - argumentujesz teraz przeciwko zniesieniu obecnej ustawy, argumentujesz przeciwko wprowadzeniu sankcji karnej za zabicie płodu: boć przecież sankcja taka spotkałaby się z niezrozumieniem, a nawet ostrymi protestami znacznej części naszego społeczeństwa!"

Otóż nie. Twierdzę stanowczo, że prawa do zabijania niewinnych istot ludzkich ktoś może z dobrej woli bronić tylko pod warunkiem, że nie uświadomił sobie dostatecznie, o co tu faktycznie chodzi, uległ opiniom jakiegoś środowiska, dał się pochłonąć jakiemuś spojrzeniu cząstkowemu itp. Niemożliwe jest, żeby jakikolwiek człowiek, mając fundamentalne rozeznanie stanu faktycznego, w dobrej woli domagał się bezkarności dla zabijania niewinnych istot ludzkich. Kiedy np. Andrzej Frycz Modrzewski podjął propagandę na rzecz wprowadzenia sankcji karnej za zabicie nieszlachcica, wielu ze szlachty - a więc tej części społeczeństwa, która miała wpływ na stanowienie praw - przeciwstawiało mu się nie dlatego, żeby było za bezkarnością zabijania: obawiano się raczej, że wprowadzenie takiej sankcji będzie zamachem na wolność szlachecką, na ustalone tradycje prawne itp. Wystarczyło zaś nazwać rzecz po imieniu i poprosić przeciwników, żeby nie uciekali przed spojrzeniem prawdzie w oczy - że istniejące prawo broni nie tyle wolności szlacheckiej, co bezkarności morderstw - żeby przywiązanie do wolności okazało się względem cząstkowym, który bezwzględnie musi ustąpić przed obowiązującym powszechnie szacunkiem dla życia ludzkiego.

Otóż twierdzę stanowczo, że istnieją tylko trzy powody, dla których ludzie dobrej woli mogą bronić sztucznych poronień: ignorancja, nie uświadomione zakłamanie oraz takie zamknięcie się w problemach cząstkowych (skądinąd ważnych i nierzadko dramatycznych), iż człowiek zapomina o tym, co najważniejsze, że chodzi tu o życie istniejącej już istoty ludzkiej. Patrzmy, ile zakłamania w samym terminie "przerwanie ciąży": przecież głównym celem tej nazwy jest stłumienie naszej wiedzy o tym, że zabija się poczętą już istotę ludzką! Przypatrzmy się najpoważniejszym nawet argumentom za legalnością sztucznych poronień: w każdym z nich ucieka się od pytania fundamentalnego: czy wolno zabijać niewinną istotę ludzką? Zauważmy nierzetelność i obskurantyzm licznych argumentów, którymi próbuje się zdezawuować działania w obronie życia nie narodzonych: ileż tam usiłowań zastąpienia argumentu szyderstwem, rzeczowej polemiki - inwektywą, ileż tam irracjonalnych haseł na temat postępu i średniowiecza itp.

Przypominanie tego faktu oczywistego, że nóż ginekologa zabija poczętą już istotę ludzką, ma w sobie coś z czynu Chrystusa, który przyszedł "na upadek i na powstanie wielu" (Łk 2,34). Większość ludzi, którzy dotychczas myśleli o tym jako jedynie o "przerwaniu ciąży", po prostu zrozumie wówczas potrzebę prawnej ochrony życia tych najsłabszych, którzy sami bronić się nie potrafią. Inni, którzy dotąd zapewne w dobrej woli bronili prawa kobiet do "przerwania ciąży", nie zmienią swojego stanowiska, ale odtąd będą go mogli bronić jedynie w złej woli: bo niemożliwe jest, żeby ktoś w dobrej woli i mając świadomość stanu faktycznego, bronił prawa do zabijania niewinnych istot ludzkich. Podobnie jak w czasach Frycza Modrzewskiego można było w dobrej woli bronić bezkarności morderstw popełnianych na nieszlachcie, ale tylko tak długo, jak długo można było w dobrej woli nie dostrzegać tego faktu oczywistego, że stanowiskiem takim broni się nie tyle wolności szlacheckiej, co bezkarności morderstw.

Można paradoksalnie powiedzieć, że nam wcale nie chodzi o wprowadzenie sankcji za "przerywanie ciąży". Nam chodzi o prawny zakaz zabijania poczętych już istot ludzkich. To nie jest tylko spór o słowa. Prawo, które bez zakłamań i eufemizmów nazywa przestępstwo po imieniu, budzi zarazem zrozumienie dla sankcji, którą zakazuje tego przestępstwa. Zresztą sankcję karną można tak modelować, żeby raczej wychowywała społeczeństwo, niż zapełniała więzienia. Ustawa zakazująca sztucznych poronień mogłaby na przykład przewidywać nawet możliwość - jeśli okoliczności za tym przemawiają - orzeczenia winy bez wymierzania kary, nawet w zawieszeniu.

Bo - chcemy czy nie chcemy - ustawy kształtują obyczaje. Obecnie obowiązująca ustawa powoduje trudne do opisania spustoszenie moralne zarówno społeczeństwa, jak środowiska ginekologicznego. Społeczeństwu ustawa ta narzuca zakłamany model postaw w stosunku do poczętego życia, wyzwala postawy bezinteresownej nieraz agresji wobec nie narodzonego dziecka (np. wobec dziecka, które może się urodzić ułomne albo którego przyjście na świat może przeszkodzić matce w kontynuowaniu studiów).

O spowodowanej przez ustawę demoralizacji środowiska ginekologicznego mówiłem wyżej. W tej chwili samo zaniechanie prawnych nacisków na lekarzy, żeby dokonywali poronień (naciski te w znacznej mierze działają dziś siłą rozpędu, jaki nadano im zwłaszcza w latach sześćdziesiątych), skłoniłoby wielu lekarzy do rewizji swojego stosunku do poczętego życia. Wprowadzenie zaś sankcji karnej za to, co jeszcze teraz nazywamy "przerwaniem ciąży", stanowiłoby ważny bodziec dla ginekologów moralnie zdezorientowanych, żeby wykonywać swoją służbę w duchu szacunku dla każdej poczętej istoty ludzkiej. Wystarczyłaby zapewne sankcja tak niska, że nie sięgająca nawet celi więziennej: bo istotnie ważna wydaje się nie tyle surowość sankcji, co sam fakt, że prawo dany czyn piętnuje.

Zarazem jednak nie wolno ograniczyć się do samych postulatów zniesienia obecnej ustawy. Tym, co w dniu dzisiejszym wydaje się nie mniej ważne, to praca na rzecz przemiany społecznego stosunku do ciągle jeszcze u nas masowych sztucznych poronień, rozwój różnych inicjatyw mających na celu powstrzymywanie rodziców od takich decyzji, a także moralne przebudzenie środowiska lekarskiego.

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści