O. Jacek Salij - "Trud wolności"

Grażynę przysłał do mnie znajomy, kiedy miała siedemnaście lat. Jakby nie miała skóry, raniło ją dosłownie wszystko: i każde spojrzenie i każdy brak spojrzenia, i każde przyjście gdziekolwiek, i to, że ma z tym problemy. Bardzo się o nią bałem. Przecież nie da się długo żyć w takiej udręce.

Pochodziła z rodziny religijnie raczej indyferentnej, ale podczas studiów uchwyciła się mocno Pana Jezusa. Teraz nieco łatwiej było jej znosić swoją nadwrażliwość.

Kiedy poznała Tadeusza, odetchnąłem: wspaniały, silny chłopak, będzie w nim miała mocne oparcie. Oboje pokończyli studia, pobrali się, Tadeusz stał się prawą ręką jakiegoś biznesmena. Przez rok powodziło im się świetnie, mieli nawet własny samochód.

Klęska przyszła niepostrzeżenie. Najpierw Tadeuszowi trudno było dogadać się z pracodawcą, rychło zaczął być częstym pacjentem szpitala psychiatrycznego. Cały ciężar troski o rodzinę spadł teraz na Grażynę. A rodzina szybko zrobiła się liczna: czworo dzieci i mąż, któremu to ona musiała teraz dawać oparcie, znosić jego chorobę, mobilizować przynajmniej do leczenia się, cierpliwie wierzyć w zmianę na lepsze.

Bieda stała się nieodłączną towarzyszką tej rodziny. Bo ile może zarobić matka czworga małych dzieci, biorąc jakieś zlecone prace do domu? I na jaki zasiłek z opieki społecznej można liczyć w dzisiejszych czasach? Grażyna z wdzięcznością mówi o kilkorgu kolegach ze swojej dawnej studenckiej grupy duszpasterskiej, którzy przejmują się losem jej rodziny. Gdyby nie ich pomoc - powiada - jakieś ubranka dla dzieci, czasem jakieś pieniądze, już dawno by zginęli.

Jednak nie bieda, choć nieraz bywa skrajna, stanowi główny problem tej rodziny. Łatwiej znosić biedę niż ludzkie okrucieństwo. Bo co może odczuwać nawet przeciętnie tylko wrażliwy człowiek, kiedy jakieś wyrostki wykrzykują twoje nazwisko jako synonim wariata? Albo kiedy jakiś "dowcipniś" oznajmia przez domofon, że przyjechał z pogotowia psychiatrycznego? Te wyrostki niewątpliwie odzwierciedlają na swój głupi sposób treść nieświadomie okrutnych rozmów, jakie na temat tej rodziny słyszą w swoich domach.

Gdybyż Grażyna była przynajmniej mniej wrażliwa i mniej inteligentna! Nieraz dochodzą do niej ludzkie zdziwienia, że się z "takim" mężem nie rozwiedzie - i że w ogóle kto to widział, żeby w "takiej" rodzinie było tyle dzieci. Tadeuszowi jest chyba jeszcze trudniej. Wszyscy jego koledzy ze studiów "do czegoś doszli", a on...

Na przykładzie tych dwojga wspaniałych ludzi można z bliska zobaczyć, jak wielkim skarbem jest wiara. Gdyby nie ich mocna wiara, i sami by już dawno zginęli, i zmarnowaliby swoje dzieci.

Dzieci też zresztą muszą swoje odcierpieć. Najstarszy synek, kiedy był w drugiej klasie, nagle przestał chodzić do szkoły, i nie było siły, która mogłaby go tam zaciągnąć. Nie pomagały prośby ani groźby, nie osiągały skutku jego własne postanowienia. Wychodził z domu - później już prowadzony przez mamę - z najlepszą wolą, żeby wreszcie pójść do szkoły, ale w miarę zbliżania się do niej coraz wyraźniej widział, że pójście tam przekracza jego siły. Co musiało przedtem przeżyć to nieszczęsne dziecko, jak ciężko musiało zostać skrzywdzone przez kolegów, żeby dojść do takiego stanu? Tak jakby choroba tatusia była hańbą albo zbrodnią.

Zarazem w dziecku był wielki pęd do nauki. Nie bez sugestii dorosłych, zaprzyjaźniony kolega informował go, co się dzieje na lekcjach. Dziecko uczyło się samodzielnie (w drugiej klasie szkoły podstawowej!), tak że kiedy w końcu przezwyciężyło swoje strachy przed okrucieństwem kolegów, nawet tego roku nie straciło. Od razu pierwszego dnia wróciło do domu z kilkoma piątkami. Mądrzy nauczyciele na szczęście zrozumieli, o co chodzi.

Dziecko jest najlepszym uczniem w klasie i to jakoś chroni je teraz przed prześladowaniem ze strony kolegów. Gorzej wiedzie się jego młodszemu bratu. Też zresztą nieprzeciętnie zdolny, nie potrafi jednak przezwyciężyć zahamowań przed ujawnianiem swojej wiedzy. Ugina się biedne dziecko pod ciężarem etykiety, że jest dzieckiem "wariata". Jest za małe, żeby do końca wiedzieć, jak wspaniałego ma ojca i że ze swoich rodziców powinno być przede wszystkim dumne.

Najmłodsze dzieci też zapewne nie będą miały łatwo. Zadowoleni z siebie i ze swojej prawości sąsiedzi - na ogół dokładnie tacy sami, jak my wszyscy - postarają się o to, żeby tym dzieciom nie było łatwo. Również te dzieci będą dowiadywały się - a może już teraz to wiedzą - jakim to przestępstwem jest mieć chorego ojca, który nie jest w stanie podjąć stałej pracy zawodowej i czasem potrzebuje pomocy psychiatry.

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści