O. Jacek Salij - "Varia"

Siostra Julia Rodzińska (1899-1945) znajduje się, podobnie jak Ojciec Michał Czartoryski, wśród 108 polskich męczenników z czasów drugiej wojny światowej, beatyfikowanych przez Jana Pawła II 13 czerwca 1999 roku. Całe jej życie można streścić w jednym zdaniu: wiele miłości otrzymała od ludzi, ale jeszcze więcej jej ludziom oddała.

Kiedy miała lat osiem, utraciła matkę, dwa lata później umarł jej ojciec. Czwórką sierot (Stasia, przyszła Siostra Julia, była dzieckiem drugim z kolei, najmłodsza Janina miała lat cztery) krewni się nie zainteresowali. W tej sytuacji miejscowy proboszcz, w porozumieniu z przełożoną Sióstr Dominikanek z Nawojowej, dwie dziewczynki na wychowanie powierzył Siostrom, dwóch chłopców - zaprzyjaźnionej rodzinie Ewy i Franciszka Nowakowskich.

Siostry stworzyły dziewczynkom prawdziwy dom rodzinny, dbały o podtrzymywanie ich więzi z braćmi, zatroszczyły się również o ich wykształcenie. Stasia, po ukończeniu szkoły powszechnej, podjęła naukę w seminarium nauczycielskim w Nowym Sączu. Jednak w wieku 17 lat naukę przerwała, ażeby zrealizować wreszcie marzenia, jakie nosiła w sobie od dzieciństwa i samej zostać dominikanką.

W zgromadzeniu poznano się na jej zdolnościach pedagogicznych i zaraz po złożeniu pierwszych ślubów polecono jej ukończyć seminarium nauczycielskie. Natychmiast po uzyskaniu dyplomu, w roku 1919, siostra Julia zostaje skierowana do pracy w zakładzie dla sierot w Mielżynie. Odtąd całe jej życie zawodowe będzie wypełnione miłością do dzieci nie mających rodziców i staraniami, żeby stwarzać im nowy dom rodzinny.

W roku 1922 - po krótkim etapie w Rawie Ruskiej - zostaje skierowana do zakładu dla sierot w Wilnie, gdzie miała pozostać na stałe; nawet po swoim aresztowaniu (12 lipca 1943 r.) przyszło jej cały rok spędzić w wileńskim więzieniu. Ponieważ w roku 1926 ukończyła Wyższy Kurs Nauczycielski, może objąć kierownictwo prowadzonej przez Siostry szkoły powszechnej, a w roku 1934 zakładu dla sierot. Tę ostatnią funkcję sprawuje aż do roku 1940, kiedy to zakład przejęli Litwini. Siostra Julia Rodzińska niewątpliwie należała do najwybitniejszych wileńskich pedagogów, powszechnie szanowana zarówno za swoje całkowite oddanie dzieciom, jak za różne nowatorskie w tamtym czasie inicjatywy (np. znana była jako organizatorka kolonii i półkolonii dla dzieci).

Ostatnie półtora roku jej życia - a mówiąc ściśle, jej męczeństwa - przedstawiają w zasadzie poniższe teksty. Po rocznej udręce w więzieniu na Łukiszkach, siostra Julia zostaje przewieziona w lipcu 1944 do obozu koncentracyjnego w Stutthofie i tam - jako więzień nr 40992 - umieszczona w żydowskiej części obozu. Być może dlatego - nie ma jednak na to dowodów - że oskarżono ją o ukrywanie Żydów. Zarówno więzienie jak obóz ujawniły niepojętą potęgę jej wiary i zawierzenia Bogu. W obozie, choć sama skrajnie udręczona, okazuje się ponadto prawdziwą siostrą miłosierdzia. Za swoje usługiwanie chorym na tyfus zapłaciła cenę najwyższą: sama stała się ofiarą tej strasznej choroby. Umarła na tyfus 20 lutego 1945 roku. Nagie ciało Siostry Julii, położone na stosie trupów, ktoś okrył kawałkiem jakiegoś materiału, co w tamtych warunkach na pewno było hołdem większym jeszcze niż dzisiaj kompania honorowa na pogrzebie.

Poniższe teksty wyjęte są z książki: Justyna Mirosława Dombek, Moc w słabości. Życie i męczeństwo Siostry Julii Rodzińskiej, Kraków 1998.

W wileńskim więzieniu

Siostra Julia oraz trzy inne dominikanki zostały aresztowane 12 lipca 1943 roku. Umieszczono je w więzieniu Gestapo na Łukiszkach, które stało się wtedy miejscem masowych kaźni Polaków. Siostra Julia została umieszczona w izolatce numer 31b, a pozostałe dominikanki w celach zbiorowych. Izolatka była cementową szafą, w której można było tylko siedzieć. Dodatkowym źródłem bólu był niewystarczający dopływ powietrza i konieczność przyjmowania niezmiennej pozycji ciała. Siostra Julia została oskarżona o działalność polityczną i kontakty z partyzantami polskimi. W obliczu tych zarzutów, wobec Siostry został zastosowany ostry reżim i rok ścisłej izolacji.

Mimo użytych wobec niej form nacisku w czasie przesłuchań i presji izolatki, nie załamała się duchowo ani fizycznie. Do domu generalnego dotarła wiadomość o jej ogromnym cierpieniu i wierze w opatrzność Bożą, która pozwoli jej doczekać dnia wolności. Więźniarki z Łukiszek opisały metody zadawanych tam cierpień. Były bite i szykanowane, a jęki maltretowanych słychać było dniem i nocą, w celu wymuszenia zeznań pokazywano im - w tzw. katowni - więźniów tuż po przesłuchaniu, lub raczej to, co z nich pozostało. Stosowano torturę psychiczną, mówiąc, że w ręku Gestapo znajdują się już osoby najbliższe więźniarkom. Na potwierdzenie tych słów pokazywano przedmioty, które do nich należały. Grożono, że osoby im bliskie podzielą los ofiar z katowni. Więźniarki musiały w izbach tortur zmywać posadzki, które stale były zbroczone kilkucentymetrową warstwą krwi. Wybijano zęby i kaleczono ciała.

Świadectwa współwięźniarek ze Stuttfofu

Niemiecka Żydówka, Ewa Hoff, tak o niej napisała, w liście do jej współsióstr z 13 grudnia 1945 roku: "Była szlachetna, chętna do pomocy i dobra. Pełniła dzieła miłosierdzia w obozie, gdzie zapomniano, że w ogóle istnieje miłosierdzie".

Inny świadek jej obozowych cierpień, Klementyna Zastrzeżyńska, tak charakteryzuje siostrę Julię ":Uderzający był spokój, który promieniował z jej twarzy. Odnosiłam wrażenie, że jest wewnętrznie skupiona". Inna więźniarka, Irena Muschol, uzupełnia: "W jej pobliżu człowiek czuł potrzebę modlitwy". Siostra Julia obozowy kawałek chleba zamieniła na różaniec.

Często powtarzała więźniarkom, że Bogu mają powierzać swój ciężki los, gdyż wszystko jest w ręku Boga. Była mężna, co uzewnętrzniało się i w tym, że nigdy nie przerwała modlitwy na klęcząco, gdy do baraku niespodziewanie wpadali funkcyjni. To oni, więźniowie funkcyjni, wycofywali się z baraku, tracąc pozorną pewność siebie. Bez Siostry więźniarki nie miały odwagi prowadzić wspólnej modlitwy. Płakały, gdy pewnego wieczoru zabrakło Siostry Julii, ale same nie zdobyły się na to, by modlitwę zorganizować i poprowadzić.

Uratowała przed samobójstwem

Wiedząc o planie samobójstwa więźnia, którego żona była razem z nią w części żydowskiej, Siostra Julia - jak wspomina jej współwięźniarka, Klementyna Zastrzeżyńska - tak długo wysyłała grypsy, aż od niego uzyskała obietnicę, że nie odbierze sobie życia. Więzień przeżył obóz i powtarzał, że Siostra Julia obudziła w nim nadzieję przetrwania i przezwyciężyła lęk przed dalszym życiem obozowym.

Ocaliła młodą matkę

Barak nr 30 był umieralnią, do której nikt nie chciał się zbliżyć, lecz Siostra konającym tam więźniom niosła słowa pociechy duchowej i dar miłosiernego serca. Chorzy, pozbawieni zainteresowania ze strony władz obozowych i zdrowych jeszcze więźniów, umierali w samotności. Siostra Julia zwilżała im usta z trudem zdobytą wodą.

Jedną z polskich więźniarek, tak wyniszczoną tyfusem, że uznano ją za martwą, w ostatniej chwili wyciągnęła ze stosu całopalnego. Zaopiekowała się nią szczególnie troskliwie, gdyż pragnęła, aby przeżyła obóz i wróciła do małej córki pozostawionej u obcych ludzi. Ta ofiara została przyjęta. Siostra, która uratowała tę kobietę, zmarła na tyfus, a ona, wyciągnięta ze stosu trupów, przeżyła obóz i złożyła świadectwo o poświęceniu Siostry.

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści