O. Jacek Salij - "Wybierajmy życie"

W dyskusjach na temat eutanazji pojawił się argument, który wielu ludziom od razu zamyka usta: "Łatwo zdrowemu być przeciwnikiem eutanazji, ale nie bądź taki pewien, że kiedy przyjdzie co do czego, ty sam nie będziesz prosił o skrócenie ci życia. Czy w ogóle ktokolwiek może być pewien tego, że w sytuacji terminalnej - jeśli przyjdą bóle nie do zniesienia i jeśli zabraknie środków przeciwbólowych - nie będzie błagał o zastrzyk uśmiercający?"

Co odpowiedzieć na takie słowa? Otóż osobiście, jednego jednak jestem pewien całkowicie: Że gdybym tak się zachował, to i samemu sobie bym się sprzeniewierzył, i bardzo ciężko bym zgrzeszył. Niewątpliwie naraziłbym się w ten sposób na utratę wiecznego zbawienia. W końcu sam Pan Jezus uczy nas, że "kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony" (Mt 10,22).

Rozplenił się w naszych rozmowach na tematy moralne skrajny subiektywizm. A przecież to nie jest tak, że jeśli ktoś uzna takie lub inne postępowanie za moralnie słuszne, to tym samym ono będzie moralnie słuszne. I nie jest tak, że każde moje czy twoje zachowanie - tylko dlatego, że to ja lub ty tak się zachowujemy - jest moralnie bez zarzutu. Prawda moralna jest czymś obiektywnym i niezależnym od naszych zmieniających się poglądów, które niekiedy są naszym zmieniającym się widzimisię.

Z drugiej strony, chyba tylko ostatni pyszałek wypowiada się o prawie moralnym w tonie: "Patrzcie, ludzie, jakich zasad ja w życiu skrupulatnie przestrzegam!" Człowiekowi poważnemu bliższy jest ton inny: "Boże dopomóż mi, żebym Twoich przykazań trzymał się mocno również wtedy, kiedy przyjdą w moim życiu chwile trudne!"

Warto pod tym kątem podglądnąć Apostoła Pawła. Nie ufał on samemu sobie, ponieważ zbyt dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że jest tylko słabym człowiekiem; owszem, kocha go i szczodrze obdarza sam Bóg, ale sam z siebie jest on tylko glinianym naczyniem, w którym Bóg składa wielki skarb (2 Kor 4,7). Zarazem świadomość własnej słabości nie przeszkadzała Pawłowi nosić w sobie najgłębszą pewność, że przecież Pan Jezus upaść mu nie pozwoli (Rz 8,35-39).

Przypominają mi się dramatyczne deklaracje biskupów, którzy w czasach stalinowskich zagrożeni byli aresztowaniem i mogli się spodziewać nie tylko tortur, ale również "obróbki" chemicznej. Węgierski kardynał Mindszenty, na sześć dni przed aresztowaniem złożył w kilku archiwach kościelnych następujące oświadczenie: "Deklaruję jako nieważne i nieprawdziwe jakiekolwiek przyznanie się do winy, jakie byłoby mi przypisane od dnia dzisiejszego, tzn. od 20 grudnia 1948". Analogiczne oświadczenie złożył z ambony, 18 czerwca 1949, arcybiskup Pragi, Józef Beran.

Podobnie mógłby odpowiedzieć na sformułowany wyżej zarzut ad personam (tym dziwniejszy, że odnoszący się do zachowania jedynie hipotetycznego, do zachowania, które w ogóle nie miało miejsca) każdy rzetelny przeciwnik eutanazji: "Nawet jeśli tak się zdarzy, że moje umieranie będzie wyjątkowo trudne, mam w Bogu nadzieję, że będzie wzmacniał mnie swoją łaską, żebym się nie załamał. Gdyby jednak stało się ze mną coś takiego, że zacząłbym się załamywać pod ciężarem tego doświadczenia i sam prosił o uśmiercenie, ufam, że dobrzy ludzie mnie nie posłuchają, lecz pomogą mi moje życie spełnić do końca".

Dzisiaj niektórzy ludzie z niepokojącą łatwością wypowiadają się w duchu przeciwnym: rozgłaszają wszem wobec, że jeśli ich umieranie będzie zbyt trudne, poproszą o uśmiercenie. Ludzie ci na ogół nie są świadomi tego, że takimi wypowiedziami utrwalają w świadomości społecznej kilka wielkich kłamstw na temat zbrodni eutanazji.

Bo kłamstwem jest podstawowy dogmat obrońców eutanazji, jakoby stan terminalny był bezwartościowym okresem życia ludzkiego. W rzeczywistości jest dokładnie przeciwnie - jest to czas naszego ostatecznego dojrzewania. I może dlatego jest to czas szczególnie trudny, w którym będziemy potrzebowali szczególnej pomocy od innych ludzi i łaski od Boga.

Z przywołanej już w tej książce pracy Ryszarda Fenigsena o eutanazji w Holandii można się dowiedzieć o całej siatce kłamstw, którymi deformuje się prawdę na temat eutanazji, o faktach, od których włos jeży się na głowie: o tym, jak lekarze-eutanaści proponują "usługę uśmiercenia" chorym, którzy sami nie chcą o to prosić, o uśmiercaniu nawet bez wiedzy zainteresowanego, o nonszalancji w wydawaniu werdyktów, jakoby stan pacjenta był beznadziejny i zaniedbywaniu terapii, nawet gdy byłaby ona potencjalnie skuteczna. Tymczasem propagatorzy eutanazji przybierają minę niewiniątek i w oczy kłamią, że eutanazję stosuje się tylko na usilne prośby pacjenta i tylko po starannym sprawdzeniu stanu jego zdrowia przez wielopiętrowe komisje lekarskie.

W ogóle wszelkie kłamstwa, zwłaszcza kłamstwa w życiu publicznym, powinny budzić naszą natychmiastową czujność. Ojcem kłamstwa jest szatan i każde kłamstwo sygnalizuje jakąś jego obecność. I to nie przypadek, że zbrodnie przeciwko życiu ludzkiemu - w tym również zbrodnie aborcji i eutanazji - tak wyraźnie naznaczone są kłamstwem.

Zresztą kłamstwem jest również udawanie przez obrońców eutanazji ludzi naiwnych, którzy w ogóle nie zdają sobie sprawy z tego, że prośba o uśmiercający zastrzyk - kiedy człowiek cierpiący rzeczywiście o coś takiego prosi - nie jest zwyczajną prośbą, lecz wołaniem o zwiększenie miłości. Owszem, każdemu z nas może się zdarzyć, że w momencie wielkiego udręczenia wypowie swoją skargę w sformułowaniach wypracowanych w świecie, który nie chce liczyć się z Bogiem. Ufajmy, że Pan Bóg nas od tego zachowa, ale zdarzyć się to może.

Tym bardziej więc musimy teraz wyraźnie mówić o tym, jakie są prawdziwe nasze poglądy na ten temat. I w ogóle starajmy się tworzyć atmosferę, w której różne okrężne wołania ludzi cierpiących o zwiększenie miłości będą miały szanse na to, żeby zostały właściwie odczytane.

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści