Karol Wojtyła - "Miłość i odpowiedzialność"

Rozważania na temat współżycia małżeńskiego prowadzone od strony seksuologii, (aby uzupełnić punkt widzenia etyki) stawiają przed nami. W sposób konieczny problem świadomego macierzyństwa. Jest to problem tak ściśle zespolony z poprzednim, że poniekąd stanowi tylko dopełnienie tamtego, jakby dalszy jego ciąg. Samo pojęcie "świadome macierzyństwo" może być rozumiane w sposób różnorodny. Może więc oznaczać świadomość tego, co to jest macierzyństwo (a przez analogię: ojcostwo) - problemowi temu poświęciliśmy dość dużo miejsca w rozważaniach rozdziału I oraz IV - zwykle jednak przez "świadome macierzyństwo" rozumie się co innego. Można by to krótko ująć w następującym zdaniu: "Wiedz, w jaki sposób kobieta we współżyciu małżeńskim staje się matką, i postępuj tak, abyś stawała się nią tylko wtedy, kiedy chcesz". Zdanie to, chociaż w swoim brzmieniu zaadresowane do kobiety, odnosi się właściwie do mężczyzny jako do jej "partnera" we współżyciu seksualnym (małżeńskim), on bowiem decyduje tutaj w większości wypadków. Wskazanie to czy też program - świadome macierzyństwo jest dzisiaj już wyraźnym programem - wypowiedziane w taki sposób jak powyżej może nie nasuwać żadnych zastrzeżeń. Przecież człowiek jest istotą, rozumną i stąd dążność do jak najpełniejszego udziału świadomości we wszystkim, co czyni, jest zgodna z jego naturą. Jest z nią zgodna również dążność do świadomego stawania się matką - ojcem, jednego, bowiem nie sposób oddzielić od drugiego. Świadomość, kiedy i w jaki sposób kobieta i mężczyzna współżyjąc z sobą po małżeńsku mogą stać się rodzicami, powinna kierować ich współżyciem. Są, bowiem odpowiedzialni za każde poczęcie zarówno przed sobą, jak i przed rodziną, którą przez takie poczęcie tworzą lub pomnażają. Była już o tym wszystkim mowa w rozdziale IV (punkt: Rozrodczość a rodzicielstwo oraz wstrzemięźliwość okresowa. Metoda i interpretacja). Rozważania niniejsze wyraźnie nawiązują do tamtych.

Program świadomego macierzyństwa łatwo może zejść na grunt założeń utylitaryzmu, gdzie zarysowuje się konflikt z ponad-użytkową wartością osoby - problem, któremu najwięcej chyba miejsca poświęcono w całej książce. Jedyne wyjście z tego konfliktu zgodne z charakterem osoby, a przeto w pełni godziwe, stanowi cnota wstrzemięźliwości, której ramy wyznacza poniekąd sama natura. Dokładne jednak zrozumienie tego wymaga znów pełniejszego naświetlenia od strony seksuologii.

Natura kobiety - jak wiadomo - reguluje liczbę poczęć w sposób precyzyjny i niejako "oszczędny", w całym, bowiem cyklu miesięcznym pojawia się tylko jeden raz dojrzała komórka jajowa, przedmiot możliwego zapłodnienia. Po stronie mężczyzny natomiast współżycie małżeńskie łączy się za każdym razem z potencjalną płodnością. Wyznacznikiem liczby potomstwa jest, więc organizm kobiety. Zapłodnienie może nastąpić tylko w tym momencie, w którym organizm kobiety na to pozwala. Pozwala wówczas, kiedy jest do tego przygotowany przez cały ciąg uprzednich reakcji biochemicznych. Czas "płodności" jest możliwy do określenia, jednakże nie w sposób ogólny i szablonowy, lecz zindywidualizowany u każdej kobiety z osobna. I każda kobieta może zaobserwować zmiany, jakie zachodzą w niej w odpowiedniej fazie cyklu. Poza tym istnieją obiektywne metody naukowe biologiczno-lekarskie, które dostarczają wskaźników do oznaczania momentu owulacji, czyli okresu płodności.

Zacznijmy jednak od naświetlenia pozytywnej strony problemu. Mówi się w seksuologii o "instynkcie macierzyńskim i ojcowskim". O ile ten pierwszy budzi się zwykle u kobiety już przed urodzeniem dziecka, a często jeszcze przed jego poczęciem, o tyle drugi rozwija się zwykle później, czasem dopiero wobec dzieci, kilkuletnich. Instynkt macierzyński może się rozwijać u dziewcząt już w okresie dojrzewania, jest on, bowiem biologicznie zależny od działania hormonów, a rytm płciowy kobiety, co miesiąc przygotowuje ją do przyjęcia dziecka i nastawia jej organizm na to właśnie. Stąd zjawia się całe to nastawienie na dziecko, które seksuologia nazywa instynktem macierzyńskim, opierając się na fakcie, że nastawienie owo jest wywołane w znacznej mierze powracającymi, co miesiąc stanami organizmu kobiety. We współżyciu małżeńskim nastawienie to nie dominuje w świadomości kobiety, a zwłaszcza mężczyzny i nie musi bynajmniej dominować (zgodnie z tym, do czego doszliśmy w rozważaniu na temat rozrodczości i rodzicielstwa w rozdziale IV). Natomiast jest rzeczą zrozumiałą, iż wraz z małżeństwem i współżyciem małżeńskim budzi się chęć posiadania dziecka jako zjawisko naturalne, podczas gdy przeciwne temu nastawienie woli i świadomości jest właśnie czymś nienaturalnym. I ten lęk przed poczęciem, lęk przed dzieckiem, jest momentem dużej wagi w problemie świadomego macierzyństwa. Jest to poniekąd moment paradoksalny. Z jednej strony, bowiem on właśnie wywołuje cały problem "świadomego macierzyństwa" w formie: "Co uczynić, aby mieć dziecko tylko wówczas, kiedy się go chce", a z drugiej strony tenże sam lęk przed dzieckiem w zasadniczej mierze utrudnia wykorzystanie tych możliwości, jakie pozostawia w tej dziedzinie sama natura.

I tu leży zasadnicza trudność, jeśli chodzi o - prawidłową z punktu widzenia i przyrodniczo-medycznego, i etycznego - regulację poczęć. Trudność ta nie tkwi w samej naturze, która liczbę poczęć reguluje w sposób przejrzysty i stosunkowo łatwy do odczytania. Czynniki zakłócające prawidłowość biologiczną u kobiety są przede wszystkim natury psychogennej. Z ich działaniem spotykamy się o wiele częściej niż z zaburzeniami natury organicznej. Z czynników zaś psychogennych na pierwszy plan wysuwa się właśnie ów lęk przed poczęciem, lęk przed zajściem w ciążę.

Wiadomo, że zmęczenie fizyczne, zmiana klimatu, stany stresowe, a zwłaszcza lęk wstrzymują miesiączkę lub ją przyspieszają. Lęk jest, więc tym potężnym bodźcem negatywnym, który może zniszczyć naturalną prawidłowość cyklu płciowego kobiety. Praktyka ambulatoryjna potwierdza też tezę, że właśnie lęk przed zajściem w ciążę odbiera kobiecie ową "radość spontanicznego przeżywania miłości", którą; przynosi działanie zgodne z naturą. Lęk ów, jako uczucie dominujące, majoryzuje wszystkie inne doznania, doprowadzając do reakcji nieobliczalnych.

Wszystko to wskazuje pośrednio, jak decydująca w tej sprawie jest właśnie postawa moralna przeanalizowana w rozdziale IV. Owa postawa moralna sprowadza się do dwóch elementów: gotowości do rodzicielstwa podczas współżycia ("mogę być matką", "mogę być ojcem") oraz gotowości do wstrzemięźliwości, płynącej z cnoty, z umiłowania najbliższej osoby. Tylko na tej drodze może dojść do wyrównania biologicznego kobiety, bez którego nie sposób pomyśleć i realizować naturalnej regulacji poczęć. Natura u człowieka jest podporządkowana etyce - prawidłowy rytm biologiczny kobiety i wynikająca z niego możliwość naturalnej regulacji poczęć związana jest jak najściślej z miłością, która ujawni  się z jednej strony w gotowości do rodzicielstwa, z drugiej zaś w cnocie wstrzemięźliwości, w zdolności do rezygnacji i ofiary ze swego "ja". Zaprzeczeniem miłości jest egoizm; przejawia się on w nastawieniach przeciwnych i stanowi najniebezpieczniejsze źródło owego dominującego lęku, który paraliżuje zdrowe procesy natury.

O tym się prawie nie mówi. Trzeba jasno stwierdzić, że u podstaw naturalnych metod leży jedna zasadnicza "metoda" cnoty (miłość i wstrzemięźliwość). Kiedy się ją założy i przyjmie w praktyce, wówczas dopiero cała wiedza o procesach seksualnych i rozrodczych może się okazać skuteczna. Jeśli bowiem człowiek uświadomi sobie, że zapłodnienie nie jest "trafem" czy zbiegiem okoliczności, ale faktem biologicznym, starannie przez naturę przygotowanym, przy czym przygotowania te mogą być w całej rozciągłości prześledzone, to możliwości rozumnego i zgodnego z naturą kierowania zapłodnieniem wzrastają.

Świadome macierzyństwo sprowadza się do dwóch rodzajów "metod", których analizę od strony etycznej przeprowadziliśmy już w rozdziale IV. Są to z jednej strony tzw. metody naturalne, z drugiej zaś metody sztuczne, polegające na użyciu środków antykoncepcyjnych. Środki antykoncepcyjne są z natury swej szkodliwe dla zdrowia. Środki biologiczne obok wyjałowienia chwilowego mogą sprowadzić daleko idące i nieodwracalne zmiany w ustroju człowieka. Środki chemiczne są z natury swej jadami komórkowymi, inaczej nie miałyby siły do zabicia komórek rozrodczych, są, więc szkodliwe fizycznie. Środki mechaniczne wywołują z jednej strony lokalne uszkodzenia w drogach rodnych kobiety, a prócz tego naruszają spontaniczność aktu płciowego, co jest nie do zniesienia zwłaszcza dla kobiety.

Najczęściej małżonkowie stosują akt przerywany, nie zdając sobie doraźnie sprawy z jego złych skutków. Skutki te jednak są nieuniknione. Pomijając fakt zawodności tej metody zapobiegania zapłodnieniu, powstaje pytanie, dlaczego ludzie tę metodę stosują. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że jest to zachowanie wypływające wyłącznie z egoizmu mężczyzny. Głęboka jednak analiza wykazuje, że mężczyzna przerywając stosunek często uważa, iż w ten sposób "ochrania kobietę". Istotnie, w takim zachowaniu, jakkolwiek są niszczone różne dobra, jak pozbawienie kobiety orgazmu, zachwianie jej równowagi nerwowej, to jednak pozostaje nietknięta jej podstawowa zdolność biologiczna: płodność. Stąd też nawet same kobiety mają nieraz przekonanie, że to "nie szkodzi". Mężczyzna zaś ma poczucie, że to on kieruje sytuacją i o niej decyduje. Kobieta natomiast zachowuje postawę właściwej sobie bierności seksualnej zostawiając mężczyźnie odpowiedzialność. W tej właśnie postawie obojga można doszukać się pewnego dobra, jakkolwiek szukają go na niewłaściwej drodze. Jeśli bowiem małżonkowie doszli do usprawiedliwionego wniosku, że z poczęciem winno się zaczekać, to mężczyzna zamiast przerywać zaczęty akt, nie powinien go w tej chwili podejmować, lecz w poczuciu odpowiedzialności poczekać aż do momentu biologicznej niepłodności małżonki. W tym celu powinni oboje poznać organizm kobiety i decyzję swą uzależnić od dokładnego poznania jego funkcji. Ale w ten sposób wracamy właśnie do sprawy wstrzemięźliwości okresowej.

Metody naturalne są to sposoby kierowania płodnością, które polegają na wstrzemięźliwości okresowej. Stosowanie metod naturalnych wymaga dokładnej znajomości organizmu danej kobiety oraz jej rytmu biologicznego, a prócz tego wymaga ono spokoju i równowagi biologicznej, o czym już bardzo wiele powiedziano uprzednio. Przede wszystkim jednak potrzeba pewnego wyrzeczenia się i wstrzemięźliwości, i to doraźnie, zwłaszcza ze strony kobiet. Naturalnie, bowiem biorąc, popęd seksualny odzywa się u niej najsilniej w momencie owulacji i w okresie płodności (nasilenie popędu jest jednym ze wskaźników tzw. zespołu owulacyjnego) - i właśnie w tym okresie trzeba zaniechać stosunków małżeńskich. Dla mężczyzny wstrzemięźliwość okresowa nie przedstawia tej trudności, popęd seksualny nie podlega, bowiem u niego takim wahaniom jak u kobiety. Wstrzemięźliwość mężczyzny musi się, więc dostosować do tych wskazówek, jakich dostarcza organizm kobiety. Ważniejszym zadaniem mężczyzny niż samo dostosowanie się do cyklu biologicznego kobiety jest stworzenie klimatu psychicznego dla nich wzajemnego współżycia, bez którego o skutecznym stosowaniu metod naturalnych nie może być mowy. Wymaga to właśnie regularnej wstrzemięźliwości ze strony mężczyzny i w ten sposób problem zgodnej z naturą regulacji poczęć apeluje w ostatecznej analizie do jego męskiej postawy moralnej. Współżycie małżeńskie wymaga z jego strony czułości, czyli zrozumienia dla przeżyć kobiety. W tym sensie świadome macierzyństwo apeluje do jego wstrzemięźliwości, bez której niepodobna uchwycić prawidłowego rytmu biologicznego w małżeństwie.

Jest to rytm natury i dlatego współżycie małżeńskie zgodne z nim jest równocześnie higieniczne, zdrowe, wolne od tych wszystkich nerwic powodowanych przez wymienione uprzednio sztuczne metody unikania ciąży. Nie można jednak metod naturalnych stosować doraźnie i mechanicznie bez uchwycenia całego rytmu biologicznego; stosowane doraźne i mechanicznie - zawodzą. Trudno, aby mogło być inaczej wobec faktów przedstawionych powyżej. Jeśli natomiast mężczyzna i kobieta stosują je przy pełnym zrozumieniu tych faktów oraz przy równoczesnym uznaniu obiektywnej celowości małżeństwa, to metody naturalne pozostawiają im poczucie świadomego wyboru oraz spontaniczności przeżycia ("naturalność") i - co najważniejsze - możliwość świadomego kierowania prokreacją. Wysiłek włożony w stosowanie tych "metod" jest natury przede wszystkim etycznej, jak na to wskazano już w rozdziale IV. Bez odpowiednio pojętej, wyrobionej cnoty wstrzemięźliwości nie sposób myśleć o naturalnej regulacji poczęć, o macierzyństwie, a także ojcostwie, prawdziwie świadomym.

Zagadnieniu przerywania ciąży należałoby poświęcić osobne studium. Tutaj wypada bodaj w kilku słowach dotknąć tego tematu: Fakt sztucznego przerywania ciąży sam w sobie jest - abstrahując od jego kwalifikacji etycznej - w wysokim stopniu "nerwicorodny", nosi wszystkie znamiona nerwic eksperymentalnych. Wszak jest to sztuczne przerwanie naturalnego rytmu biologicznego w skutkach swych daleko sięgające. Powstaje przy tym olbrzymi, z niczym nieporównywalny, uraz w psychice kobiety, która nie może tego faktu zapomnieć i nie może też wyzbyć się żalu do mężczyzny, który ją do tego doprowadził. Sztuczne poronienie wyzwala prócz reakcji somatycznych nerwicę lękowo-depresyjną z dominującym poczuciem winy, a niekiedy nawet głęboką reakcją psychotyczną. Znamienne są pod tym względem wypowiedzi kobiet cierpiących na depresję zakresu klimakterycznego, które po kilkudziesięciu czasem latach wspominają z żalem przerwane ciąże i mają z tego powodu późne poczucie winy. Nie trzeba, bowiem dodawać, że przerwanie ciąży jest z punktu widzenia etycznego bardzo ciężką winą. Rozpatrywanie tego problemu w łączności ze świadomym macierzyństwem (świadomym rodzicielstwem) byłoby ze względów merytorycznych zupełnie niewłaściwe.

  NA POCZĄTEK ROZDZIAŁU  
POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU Biblioteka wirtualna Spis treści